W czym idę, czyli buty

Biorę ze sobą trzy pary butów:
– sprawdzone już na iluś wyprawach sandały Keen. Przydadzą się, zanim dotrę w góry, czyli póki będzie ciepło (Islamabad, droga w góry), ewentualnie w obozach (choć pewnie konieczne będzie założenie do nich skarpet 🙂  ). To co fajne w Keen`ach to zakryte palce – ważne jak się nieopatrznie kopnie w jakiś kamień, nie mówiąc o tym że są mega wygodne.

  buty trekkingowe mojej ulubionej firmy Meindl; dokładniej model Anden Lady MFS (opis tutaj), czyli skórzane, na wibramie, dość wysokie (usztywniające kostkę), z odpowiednio profilowaną piętą dającą możliwość wpięcia raków-półautomatów. Przy wyborze butów kierowałam się tym, że muszą być dobre zarówno na trekking (śnieg, błoto, małe kamyczki i wielkie głazy), jak i na chodzenie po bazie,  a być może też dojście do obozu I (stąd opcja raków).

–  przeznaczone na wysokogórskie wspinanie buciory Millet Everest GTX (opis tutaj). To już wyższa technika, bo wg informacji producenta są to buty wytrzymujące temperatury nawet i minus 60 stopni (choć moje już pewnie nie, bo są mocno „zweteranione” i poprzekłuwane rakami). Tak na marginesie to każdy z tych butków waży po 1,6 kg (mowa o moim damskim rozmiarze), do czego trzeba jeszcze dołożyć też swoje ważące raki.