W obozie 3 na 6975 metrów (16/07/2021)

Zaskoczenie -w Camp 3 jest internet i to o niebo lepszy niż w bazie. A skoro tak to mogę pokazać jakie tu mamy widoki! Ale droga z Camp 2 do Camp3 (7000 m) dała mi się we znaki. Na szczęście jutro dzień na rest i dopiero wieczorem start na szczyt. Taki sam plan ma m.in. rosyjsko-norweski team zamierzający zjechać ze szczytu na nartach i Mr Kim który Broad Peakiem kończy Koronę Himalajów i Karakorum.

Camp 3 – widok po odchyleniu poły mojego namiotu. Po sąsiedzku mam Oswald Rodrigo Pereira który też się szykuje do wejścia na Broad Peak oraz ekipę Belgów.
Odcinek który nazwaliśmy Ścianą Płaczu. Wydaje się płaski, ale to tylko pozory. Jeśli dodać głęboki śnieg, palące słońce i wynikające z wysokości niedotlenienie, nic dziwnego że każdy w duchu przeklina tę drogę. Ale oczywiście strome, techniczne odcinki wymagające wspinania, też były.
Sąsiadka, czyli K2.

Do góry na szczyt! (15/07/2021)

Dziś w nocy Monika wyruszała w górę, docelowo na atak szczytowy. Minęła obóz 1 i obecnie jest w obozie 2 na 6400 m.

Plan jest następujący:
– 16.07 – przejście z Camp 2 do Camp 3(7000 m)
– 17.07 – przeniesienie namiotu do Camp 4 (7450 m), ok. 21 start na atak szczytowy
– 18.07 – jeśli wszystko pójdzie dobrze, Góra pozwoli, wystarczy sił, pogoda dopisze (nie będzie głębokiego śniegu i silnego wiatru) – wejście na szczyt i zejście tak, żeby zdążyć przed poniedziałkową zmianą pogody.

Dzisiejsza wiadomość Moniki:
„Broad Peak nie jest łatwą góra. To znaczy technicznie nie jest trudny, ale jest wyczerpujący, no i ma stoki zagrożone lawinami i lecącymi kamieniami. Podobno (tak tu mówią) zdobyło go do tej pory tylko kilkanaście kobiet (doliczyłam się 3 Polek), a wielu świetnych wspinaczy próbowało na nim sił wielokrotnie (rekordzista – 10 razy). Dość powiedzieć że Wanda Rutkiewicz zmagała się z tą górą 4-krotnie, i to bez skutku.

Wmawiam sobie, że moim celem jest bezpieczny powrót, a wierzchołek jest opcjonalny. Zresztą zawsze mówię, że u mnie bardziej istotny jest nie cel, a droga.  Niezależnie od tego czy zdobędę wierzchołek, czy nie (ach to niefortunne słowo „zdobędę”, bo przecież wiem, że z naturą się nie „walczy”), ta wyprawa i tak jest wyjątkową przygodą. Przy okazji jeszcze raz dziękuję wszystkim Wam, którzy pomogli mi  w tym, że jestem tu w tych pięknych górach, i obiecuję że wszystko co ciekawe, przedstawię w książce która po części już tutaj powstaje.

I na koniec jeszcze prośba… Chodzi o Antka – pisałam już o nim w innych postach. Ogromnie mi zależy na tym żebyśmy wspólnymi siłami zdobyli „Broad Peak dla Antka”. Do szczytu – 8051 m = 8051 zł Antkowi zostało dalej niż aktualnie mnie. Tylko że jego szczyt jest o wiele, wiele trudniejszy i nie kończy się na 2 miesiącach wyprawy. Kilka dni temu Antek miał kolejną operację, a zresztą  u niego każdy dzień to walka, walka o to żeby jego zdrowie przynajmniej w jakimiś stopniu zbliżyło się do pewnej „normalności”.  Jego mama pisała mi ostatnio: „Atek jest zależny 100% od nas. Między krzykiem z bólu i płaczem wraca rozmowami do planów i marzeń by wyruszyć w góry, by pomagać  w poznańskim zoo, ratować zwierzęta. I ani razu nie powiedział „dlaczego to ja”, nie krzyczy „po co te operacje?”.

Możecie mi wierzyć, to naprawdę niezwykły dzieciak – dla mnie Mały-Wielki Bohater. Kiedy idąc w górę padam z wysiłku, w głębokim śniegu nogi odmawiają mi posłuszeństwa i przechodząc kolejny kryzys obiecuję sobie że już nigdy więcej tego typu wypraw, myślę sobie jak wiele Antek dałby za to aby być tu na moim miejscu. To dla mnie ogromnie motywujące, zwłaszcza że ja trudny wyprawy znoszę na własne życzenie, a w jego przypadku tak zarządził los.

W każdym razie jeśli chodzi o zbiórkę na Antka ponownie dziękuję dotychczasowym darczyńcom (ze względu na problemy z internetem nie piszę stąd do Was z indywidualnymi podziękowaniami – zrobię to po powrocie), i już awansem dziękuję tym, którzy do zbiórki się jeszcze dorzucą. Przypominam – za zebrane pieniądze (tyle złotówek ile wysokości ma Broad Peak) kupimy Antkowi specjalną, ułatwiającą mu wiele czynności przystawkę do jego wózka. A w zamian wraz z Antkiem zrewanżujemy się loterią z nagrodami dla darczyńców!”  

Link do zbiórki: https://www.facebook.com/donate/400400764529478/ Na tę chwilę Antek wszedł z Waszą pomocą na 3412 „złotych metrów”. Pomóżmy mu wejść wyżej, tak żeby osiągnął swój ośmiotysięcznik i mógł cieszyć się życiem! 😊

Spotkanie ekip wspinaczy (12/07/2021)

Baza pod Broad Peakiem.

Szczerze mówiąc nie przepadam nad dniami poprzedzającymi atak szczytowy. Męczy mnie psychicznie niepewność, czy to na pewno dobrze wybrane dni, czy prognozy pogody się sprawdzą, czy wszystko pójdzie tak, jak sobie planujemy, czy nie zawiedzie sprzęt, no i przede wszystkim czy nie odmówią posłuszeństwa nasze własne organizmy? Początek dnia nie był optymistyczny. Przy śniadaniu na którym zjawiłam się tylko ja i Andriej (reszta postanowiła dłużej pospać), Rosjanin zaskoczył mnie wieścią że… schodzi w dół. Definitywnie kończy wyprawę. Leci do domu. Zatkało mnie, bo chłopak jest silny i na wysokości bardzo dobrze mu szło. Niby wspominał o jakichś powodach rodzinnych, że niby córkę z kolonii trzeba odebrać, ale w pewnym momencie wspomniał też o lawinach, i to chyba był kluczowy powód. Bo prawda jest taka, że choć mało kto z nas o tym mówi, każdy chyba jednak się boi. A jeśli ma się dzieci, lęk jest z natury rzeczy poważniejszy.

Kiedy przyszedł Akbar, zeszło z kolei na temat Pawła, polskiego wspinacza. Pawła poznałam przed wyprawą, w hotelu w Skardu, i od razu go polubiłam. Odbierałam go jako sympatycznego, radosnego, spontanicznego chłopaka, który miał zdobywać Gasherbruma II, a dodatkową sympatię zyskał sobie tym – tu trochę narcyzmu z mojej strony – że zabrał na wyprawę moją książkę o Manaslu. No a tu teraz przychodzą wieści, że Pawła zabrał helikopter, że miał poważny obrzęk płuc, że stan jego zdrowia jest ciężki. Kurcze, mam nadzieję że szybko wróci do zdrowia. Paweł, jeśli to czytasz, to wiedz że się o Ciebie martwię i masz zrobić wszystko bym się martwić przestała!

Najlepszą receptą na takie ciężkie psychicznie dni jest zająć się czymś. No to się zajęłam, znaczy się rzuciłam się w wir kontaktów towarzyskich. Zaczęło się od wizyty polskich trekerów, czyli 3 chłopaków, z którymi miło sobie gawędziłam siedząc w mesie, gdy z kolei wpadł w odwiedziny z bazy pod K2 Oswald (Oswald Pereira, filmowiec który też był na zimowym K2). Oswalda bardzo lubię, działając na różnych górach jesteśmy zresztą w stałym kontakcie przez komunikatory satelitarne, a że fizycznie to niezwykle wysportowany i mocny chłopak, to mając zezwolenie na wspinanie i na K2 i na Broad Peaku, postanowił pójść z nami na atak szczytowy (główny cel Oswalda to jednak zrobić dokument filmowy nawiązujący do zimowych wydarzeń na K2). Fajnie, bo to zawsze raźniej mieć rodaka na ataku szczytowym.Po obiedzie (pyszna pizza!) poszłam obejść wszystkie obozy z zaproszeniem na jutrzejsze spotkanie w naszej mesie. To inicjatywa moja i Akbara – żeby się spotkać, uzgodnić plany dotyczące ataku szczytowego, porównać prognozy pogody (mamy je w różnych obozach z wielu różnych źródeł), no i kto chce – ustalilibyśmy jakąś wspólną strategię działań. Oczywiście wizyta w każdym obozie to przynajmniej jedna herbatka, bo taki to bazowy zwyczaj – wchodzi gość, choćby nieznajomy, to od razu stawia mu się kubek i termos z jakimś gorącym napojem. Tak swoją drogą to nie myślałam że Koreańczycy mają taką dobrą kawę (oczywiście suszoną rybą też zostałam u nich poczęstowana). Najciekawsze spotkanie miałam jednak z Seleną. Selena, „Górska Księżniczka” jak widnieje na jej facebookowym profilu, to 12-letnia Pakistanka która ma ambicję zostać najmłodszą w świecie osobą która zdobyła ośmiotysięcznik, a także Koronę Ziemi. Dziewczynka wspina się już od kilku lat razem ze swoim ojcem i jak na razie najwyższą górą jest w jej cv pakistański, niezbyt trudny Spantik (7027 m). W rozmowie jest bardzo rezolutna, śmiała i posługuje się świetnym angielskim, ale trudno żeby nie, skoro mieszka w Kanadzie (z tatą, Pakistańczykiem mówi po angielsku, z mamą w urdu). Zobaczymy jak jej pójdzie na tym Broad Peaku. Wiem że niektóre media podały, że Selena już zdobyła Broad Peak, ale to tylko dowód z jakim dystansem trzeba traktować dziennikarskie „rewelacje”. W każdym razie póki co Selena dopiero kilka dni temu dotarła do bazy i nie wyszła jeszcze nawet do obozu 1. Życzę jej jak najlepiej, choć nie jestem pewna czy przebywanie na dużych wysokościach różnie wpływających na organizm, a przede wszystkim – na mózg, jest dla dzieci w tym wieku wskazane.

Teraz jest już noc. Ostatnio bardzo zimne są te noce, ale za to niebo usiane jest milionami gwiazd, no i pięknie odznacza się Mleczna Droga. Leżę w namiocie i stukam w laptopa mocno zgrabiałymi palcami. Główne odgłosy to trzepocząca na wietrze płachta namiotu oraz huk spadających lawin – z różnych gór ale z Broad Peaka najczęściej. Góro, bądź dla mnie łaskawa!

Widoki część 2 (12/07/2021)

Wczoraj była pierwsza część zdjęć z wyjścia aklimatyzacyjnego, dzisiaj druga. Jutro mamy spotkanie wszystkich ekip dotyczące ataku szczytowego – wszystko wskazuje na to że to kwestia najbliższych dni (ale dam znać). Tymczasem, poruszenie połączone ze zdziwieniem wywołała w bazie wieść, że przez lodowiec Baltoro wędruje spóźniony Argentyńczyk, który też marzy o zdobywaniu Broad Peaka. No cóż, ponoć lepiej późno niż wcale.

Widoki o-błę-dne (11/07/2021)

Wyjście w górę na kilka dni aklimatyzacji w górze zaowocowało:- zmęczeniem(trudno żeby nie)- euforią widokową (bo widoki były o-błę-dne)- nowymi znajomościami (chyba nie było wspinaczy z którymi bym nie pogadała)- kaszlem wysokościowym (i tak późno mnie tym razem dopadł)- zgubieniem kilku kilogramów ze swojego kochanego ciałka (okej, przyznaję się: po powrocie do namiotu „uczciłam| to zjedzeniem „pięterka” ptasiego mleczka)- marzeniem o prysznicu (no cóż, nie będę ściemniać że na wysokości higiena należy do priorytetów wspinaczy).Niestety, z powodów „obiektywnych”, znaczy się zbyt głębokiego, nieprzetorowanego śniegu i jeszcze nieoporęczowanej drogi do obozu 3, nie udało mi się zrealizować planu noclegu w Camp 3 – doszłam do wysokości 6700 m, co mimo wszystko nie jest złym rezultatem.

Biwak w jedynce (05/07/2021)

Dziś biwakuję w jedynce (camp 1). Pogoda dobra (K2 nie widać, aleje super widok na lodówce w dole), towarzystwo doborowe (Hiszpan, Węgier, Norweg i kilku Brytyjczyków), no i internet działa lepiej niż na dole (wczoraj pół dnia próbowałam puścić wpis i bez efektu).Jutro rano idę na 2 noce do dwójki, potem w planach nocleg w Co 3 (7100 m) i pewnie w sobotę będę w bazie.

Dzień odwiedzin (02/07/21)

Baza pod Broad Peakiem

Trudno byłoby policzyć gości którzy przewinęli się dziś przez nasz obóz, przy okazji podziwiając naszą nową mesę. Mesa (jadalnio-świetlica wspinaczy z danego obozu) rzeczywiście zwraca uwagę, bo różni się od tych w innych obozach. Osobliwy, przypominający kryształ namiot, Akbar sprowadził bodajże z Turcji i trzeba przyznać że jest to inwestycja którą bardzo doceniamy. Przede wszystkim, dzięki podwójnej powłoce i systemowi zamykania jest w nim cieplej niż w tradycyjnej mesie kojarzącej się mi z namiotami na obozach harcerskich. Okno z pleksi pozwala obserwować co się dzieje na zewnątrz, a wykładzina na podłodze sprawia, że zimno jakie bije z lodowca, nie jest tak bardzo odczuwalne.No dobra, ale miało być o gościach…

Zaraz po śniadaniu wpadł Thomas, Norweg który w teamie z Rosjanami zamierza zjechać z Broad Peaka na nartach, ale póki co przyszedł zapytać czy nie mamy jakiegoś pomysłu na biegunkę i bolący go już kilka dni brzuch. Następnym gościem był Mr Kim, czyli Kim Hong-bin, Południowokoreańczyk, który kiedyś tam na wyprawie stracił wszystkie palce, no ale uparcie nadal zdobywa ambitne szczyty, licząc że będzie pierwszym nie w pełni sprawnym wspinaczem, który zdobędzie wszystkie 14 ośmiotysięczników. Broad Peak jest już ostatnim ogniwem w jego Koronie Himalajów i Karakorum, przy czym próbuje z tą górą podobnie jak ja, drugi raz. „Pocieszyłam” go że Oscar Cadiach, Hiszpan dla którego Broad Peak również był ostatnim ośmiotysięcznikiem, podchodził do Broad Peaka 10 razy (dopiero za 10 skutecznie), no ale nie wiem czy Mr Kim się tym pocieszeniem ucieszył (na moje szczęście chyba nic nie zrozumiał, bo z jego angielskim raczej kiepsko). Potem przeszłam już na bardziej bezpieczne tematy, to znaczy zapytałam go o kimchi – przyprawioną na ostro kapustę kiszoną która stanowi ulubioną potrawę Koreańczyków, no i tu chyba skradłam serce Mr Kima, który zdradził że mają zapasy kimchi u siebie w obozie i będzie mu miło jak wpadnę i będzie mnie mógł tym specjałem poczęstować. Hmmm, ja akurat kimchi nie lubię (za ostre), muszę więc pokombinować, żeby rzecz jasna z wizytą do Koreańczyków wpaść, ale bez katowania się jedzeniem czegoś na siłę.

Kiedy zeszło na wspinanie, zapytałam Mr Kima czy wspinał się z Polakami. Przyznał że tak, choć nazwisk nie pamiętał. Z tych, które mu podrzucałam, wyłapał Kukuczkę, którego spotkał podczas tragicznej dla Kukuczki wyprawy na Lhotse w 1989 roku. Zaraz potem go jeszcze olśniło, że razem z Polakami (nazwisk nie podał), w 1999 roku wchodził na Nangę Parbat. Gdy zapytałam o najtrudniejszą górę z renomowanej 14-tki 8000 m+, wymienił Kanczendzongę.Co ważne, tuż przed przyjściem Mr Kima zdążyłam wziąć prysznic i zabrałam się za pranie, no ale wizyta Mr Kima czynność tę mi przerwała. Ledwo Mr Kim wyszedł, wróciłam do miednicy z już wystygłą wodą, ale zdążyłam wyprać raptem jedną skarpetkę, gdy gruchnęła wieść że przyszli Nepalczycy, a dokładniej Szerpowie, którzy mają poręczować K2, i którzy właśnie zatrzymali się w naszym obozie. No co zrobiłam? Ano zostawiłam pranie, nie ucieknie przecież, i pobiegłam zobaczyć czy są wśród nich moi znajomi Szerpowie, Lakpa i Mingma którzy kiedyś pomogli mi na Manaslu (opis tej sytuacji w książce o Manaslu). Jak to ja, na dzień dobry walnęłam gafę, bo w związku z brakiem pamięci do twarzy rzuciłam się z serdecznym powitaniem na jednego z Szerpów, który jak na złość miał na imię Lakpa i nawet zdziwiłam się, że jakoś nie wyraża wielkiego entuzjazmu z naszego spotkania, choć przecież bardzo się z Lakpą lubimy. Można wyobrazić sobie moją minę, gdy po chwili ktoś mnie uświadomił że Lakpa na którego czekam przyjdzie dopiero nazajutrz, a ten którego wyściskałam to tak naprawdę mnie nie zna. Ups! Przyznaję, tego typu gafy to moja specjalność, no ale jestem usprawiedliwiona (kto mnie nie zna i nie wie dlaczego, niech wbije sobie w wyszukiwarkę hasło „prozopagnozja” , które wszystko wyjaśnia).

Szerpowie odeszli, zdążyłam uprać jedną koszulkę, a tu rumor przed mesą – przyszła ekipa agencji Madison Mountaineering z jej słynnym szefem, Garettem Madisonem na czele. Wysokogórski zwyczaj nakazał zaprosić ich do mesy na herbatę, no i jakoś tak wyszło, że następną godzinę spędziliśmy na sympatycznych pogaduchach. Garett okazał się przesympatycznym facetem, ale trzeba przyznać że ekipę złożoną z Amerykanów, Brytyjczyków i Oksany – mieszkającej w Londynie Ukrainki, też ma fajną. Ciekawą postacią jest w niej 19-letni chłopak, który ma szansę zostać najmłodszym zdobywcą K2. Doświadczenie z górami wysokimi ma jednak takie sobie – był na wyprawie na Everest, ale doszedł tylko do Przełęczy Południowej, czyli do ostatniego obozu. Myślałam że jest może z którymś rodziców ale nie, wyjechał na wyprawę zupełnie sam. Interesujące jak przeżywają to jego rodzice. Cieszą się? Martwią? Są tak wyrozumiali dla pasji chłopaka, że go puścili czy też za pośrednictwem dziecka spełniają swoje marzenia i ambicje? Ledwo ekipa Garetta ruszyła dalej pod K2, ruszyłam się dokończyć pranie, ale gdy na chwilę wróciłam do mesy aby się cieplej ubrać, pojawił się kolejny gość – Wiktor, Katalończyk który okazał się prześmiesznym chłopakiem, ledwo mówiącym po angielsku (na szczęście w komunikacji wystarczył mój mierny hiszpański). Wiktor przygodę z ośmiotysięcznikami dopiero zaczyna, ale za to ma duże doświadczenie w skalnym wspinaniu – przerobił m.in. większość dróg na słynnym El Captain. Teraz jednak na górze nie zdążył się poudzielać, bo ma problemy zdrowotne – no zgadnijmy z czym? Z brzuchem rzecz jasna, przez co rozmowa zeszła ostatecznie na domowe sposoby leczenia różnych takich dolegliwości (Rosjanie polecili żucie… czarnej herbaty). Po kolejnej pół godzinie rozmów i kolejnych herbatek, Akbar (szef agencji) przypomniał że chyba mam zostawione pranie. No mam, więc idę prać, a tu w drzwiach zderzam się z poznaną dwa dni temu rosyjską parą – Dmitrijem i Tanią, którzy wpadli dowiedzieć się, co słychać. W górze jeszcze nie byli bo Tanię rozłożył… ból brzucha. Kurcze, to jakaś epidemia chyba…

A jak z praniem? Ano skończyłam jetuż przed kolacją, zmobilizowana obawą, że mi zamarznie. Ale co tam pranie, przynajmniej ciekawy dzień miałam.Ps. Do grona ciekawych osób które poznałam w ciągu ostatnich dni doliczyć jeszcze muszę:- Sirbara Khana – po śmierci Alego Sadpary najwybitniejszego pakistańskiego wspinacza (na koncie 7 ośmiotysięczników), który teraz chce obskoczyć obydwa Gasherbrumy.- Pakistańskiego HAPa o ksywce „Little Hasan” (Mały Hasan), który przedstawił się jako HAP Andrzeja Bargiela (podczas wyprawy na K2, kiedy to Andrzej zjechał na nartach, Mały Hasan pomagał mu ponoć we wnoszeniu ekwipunku i rozstawianiu obozów aż do ostatniego, Camp 4)- HAPa, który słysząc że jestem z Polski przedstawił się jako osobisty HAP Kingi Baranowskiej na wyprawie na Gasherbruma (chyba G2?).- kolejnego HAPa który twierdzi że był z kolei osobistym HAPem Artura Hajzera

Ach ta pogoda! (01/07/21)

Z Bazy pod Broad Peakiem (4800 m) do Japanese Camp (5600 m) i z powrotem do bazy (4800 m)

Niestety, w górach nie zawsze jest tak jak sobie człowiek zaplanuje. To natura rządzi, a zadaniem człowieka jest zasady, a czasem i humory natury szanować i się do nich przystosować. Dziś mieliśmy w planie założyć obóz pierwszy (C1), wynosząc przy okazji potrzebny sprzęt i w ramach aklimatyzacji tam przenocować. Prognozy wskazywały, że owszem, pogoda w stosunku do poprzednich dni będzie już ciut gorsza, czyli nie będzie „lampy”, ale ogólnie na działania górskie miało być jeszcze okej. Tyle że pogoda, zwłaszcza w Karakorum, lubi się zmieniać i normalne jest że prognozy to jedno, a rzeczywistość drugie.

Zaskoczenie było już po wczesno porannym wychyleniu głowy z namiotu – otaczała mnie wszechobecna białość, namioty pokrywał ciężki, mokry śnieg, no i sypało, sypało, bez specjalnej nadziei że skończy. Po długich rozterkach czy wychodzić zdecydowaliśmy że tak, wychodzimy, a decyzje będziemy dostosowywać do sytuacji. Nie wyszliśmy jednak o 4-tej jak planowaliśmy, a o 6-tej, bo i tak z braku słońca nie miało to znaczenia (wyjście o 4-tej miało na celu uchronienie się od męczarni prażenia się w gorącu na nasłonecznionym stoku). Po drodze do ściany spotkaliśmy słynny wspinaczkowy duet w składzie Don Bowie i Lotta Hintsa. Nie znałam ich wcześniej, no ale wiedząc że Lotta to była Miss Finlandii trudno było się nie zorientować że śliczna dziewczyna na lodowcowej ścieżce to właśnie ona. Pogadaliśmy chwilę – powiedzieli że spędzili w górze 6 dni, no ale że sypie i skończyło im się jedzenie, to postanowili zejść. Na koniec ostrzegli że warunki robią się ciężkie, zaprosili na pogaduchy do swojego obozu i rozeszliśmy się w przeciwne strony – oni do bazy, my z Fide – w kierunku ABC.

Termin „ABC” czyli z angielska Advanced Bace Camp = baza wysunięta, w przypadku Broad Peaka żadną bazą w sensie obozowiska akurat nie jest, ale Pakistańczycy jakoś upodobali sobie tak mówić, choć właściwiej byłoby powiedzieć „Crampon Point” (miejsce zakładania raków, uprzęży itp.). Przygotowując się w owym ABC do wspinania spotkaliśmy się z HAPami którzy jak się okazało wczoraj jednak oporęczowali drogę do jedynki. Widząc że wybieramy się do góry zaczęli nam odradzać wspinanie, zwracając uwagę że jeśli jeszcze popada, to zrobi się lawiniasto (w sumie to akurat wiedzieliśmy i bez ich rad). Tyle że jak na złość, chyba żeby tylko podkręcić nasze dylematy, akurat zrobiło się ładnie, przez moment pojawił się nawet skrawek błękitnego nieba i zaczęłam po cichu liczyć że może już więcej padać nie będzie. Na dodatek doszli dwaj Rosjanie – Anton i Witalij, którzy realizują projekt „Zjazdy na nartach z ośmiotysięczników” (ostatnio zjechali z Nanga Parbat) i zgadało się, że ich prognozy pogody były takie jak moje, czyli w miarę optymistyczne. Po krótkiej rozmowie z Fide stanęło na tym, że zakładamy raki, wbijamy się w ścianę i wspinamy się, a po drodze pomyślimy co dalej.Początek klasycznej drogi na Broad Peak już na początku wita pewnym utrudnieniem, a mianowicie trzeba pokonać nieprzyjemną szczelinę, której górnej krawędzi przy moim wzroście sięgnąć niełatwo (na szczęście Fide pomógł). Potem jest do pokonania całkiem stromy stok śnieżny, że mało bezpieczny można wywnioskować po lawiniskach, ale w razie czego jest na nim szansa że można odskoczyć na ograniczające go skały. Teraz póki co jeszcze nie ma spadających kamieni, ale pamiętając rok 2017 myślę że wraz z ociepleniem niestety się pojawią.

Ostatecznie do jedynki nie doszliśmy – po jakimś czasie znowu się rozpadało, a wszyscy których spotkaliśmy jak schodzili, uprzedzali że warunki są trudne i uprzedzali, że w jedynce nikt nie został. Ale i tak wysoko dotarliśmy – do położonego ok. 150 m poniżej jedynki miejsca zwanego Japońskim Obozem, gdzie ugotowałam sobie z roztopionego śniegu zupę pomidorową z ryżem (znaczy się – zalałam liofilizat), no i zrobiliśmy depozyt, zostawiając namiot, jedzenie, śpiwory, materace, gaz i trochę ciepłych rzeczy zawiniętych w namiotową płachtę i ortalionowy pokrowiec normalnie chroniący plecak. A potem? Potem zeszliśmy, a właściwie dzięki poręczówkom – zjechaliśmy na ósemkach w dół. Rosjanie uparli się że idą do jedynki, ale myślę że mocno ryzykują (oni jednak w razie czego mają narty, czyli mogą szybko zjechać na dół).Najgorzej dała nam w kość droga powrotna do obozu. Ze względu na zadymkę nic nie było widać i szczerze podziwiałam Fide, że wie jak iść. Nie chodzi o to że nie wiadomo gdzie jest obóz, ale o to, że kluczy się w labiryncie seraków (olbrzymich bloków lodowo-śnieżnych) no i trzeba wiedzieć gdzie są mosty śnieżne pozwalające na przejście niebezpiecznych lodowcowych rzek. Znam cztery przypadki śmierci w takich rzekach tutaj właśnie pod Broad Peakiem; jedną z ofiar była młoda Polka. Jeśli się wpadnie do takiej rzeki (właściwie potoku) nie ma szans na ratunek – zlodzone brzegi nie pozwalają na złapanie się czegokolwiek, a nurt jest tak silny, że nawet najlepszy pływak sobie nie poradzi i ostatecznie ginie wciągnięty gdzieś tam pod lodowiec.

Zakończyliśmy naszą „wycieczkę” po 8 godzinach przemoczeni, nie powiem – zmęczeni, ale jednak zadowoleni, że coś tam na górze podziałaliśmy. Najbliższe dni nie rokują na wyjście w górę – wg prognoz do 7 lipca ma sypać śniegiem, co dla wspinaczy oznacza przymusowy rest. Może przez ten czas przynajmniej jakoś się pointegrujemy? Niestety, dostęp do internetu temu nie sprzyja. Kilka tygodni temu postawiono maszt na Concordii i mamy teraz zasięg, co sprawia że zamiast rozmawiać między sobą, wspominać wyprawy, grać w karty itp., wszyscy siedzą z nosami w komórkach czy laptopach. Ja nie ukrywam że też, zwłaszcza że mój humorzasty, telefon akurat rzadko kiedy raczy dać mi połączenie, co oznacza że wszyscy mają internet a ja tylko od czasu do czasu, w dodatku z ciągle przerywanymi łączami. Krótko mówiąc nie gniewajcie się że nie odpisuję, nie dzwonię itp., ale samo załadowanie posta na facebooka w moim przypadku trwa czasem 2 godziny, a ja akurat z tych co nie samym internetem żyją.

No a korzystając z okazji – ściskam jednak wszystkich którzy mi kibicują i wspierają, choćby dobrymi myślami!

W moim górskim domu (29/06/21)

Baza pod K2-Baza pod Broad Peakiem

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu że jak na zodiakalnego Raka przystało, jestem domatorem. Wiem, brzmi niczym krzyżówka paradoksu i żartu, ale słowo daję – naprawdę tak jest. Mam na myśli zarówno Warszawę, gdzie po zwłaszcza tych dłuższych wyjazdach naprawdę lubię posiedzieć w przysłowiowych czterech ścianach mojego mieszkanka, jak i góry. Na przykład teraz – po iluś dniach trekkingu, gdzie ciągle zmieniało się obozowiska, czyli było się takim górskim nomadem, z nieukrywaną radością dotarłam do bazy pod Broad Peakiem, która na ponad miesiąc stanie się moim górskim domem.

Owszem, będę wychodzić w górę, bo trzeba się aklimatyzować, zakładać obozy, wynosić sprzęt itp., ale do tej bazy-domu będę z przyjemnością wracać, bo będę miała w niej swój namiot stanowiący enklawę spokoju i namiastkę prywatności. Z tym własnym namiotem tak łatwo jednak dzisiaj nie było. Ponieważ inni membersi (tak nazywa się wspinaczy-uczestników wyprawy) dotarli do bazy już wczoraj, co lepsze namiotowe miejscówki były już zajęte. Fade, mój HAP (od ang. High Altitude Porter, odpowiednik nepalskiego Szerpy) pokazał mi wprawdzie wolną platformę (miejsce przygotowane na rozbicie namiotu), no ale była pełna wody z wytapiającego się pod warstwą kamieni lodu, co dobrze nie rokowało – jeśli już teraz tworzy się tam małe jeziorko, to jeślibym tam zamieszkała, miałabym istny basen. W tej sytuacji Fade zaproponował abym wprowadziła się do jego namiotu, ale asertywnie zakomunikowałam że choć w górze będziemy musieli dzielić namiot, to w bazie nie ma takiej opcji – muszę mieć jedynkę, namiot tylko dla siebie. W tej sytuacji Fade zachował się ładnie, wręcz dżentelmeńsko, bo odstąpił mi ten swój namiot, co sprawiło że następne 2 godziny z wielkim entuzjazmem się rozpakowywałam, co i rusz wreszcie znajdując rzeczy, które były mi potrzebne na trekkingu, ale wtedy nie wiedziałam gdzie są. Wiadomo, trochę tych rzeczy jest, w sumie z 60 kg, a zapakowane były wielką torbę wyprawową, 90 litrowy plecak oraz beczkę wyprawową, którą jak oddałam tragarzom w Skardu, tak ją zobaczyłam dopiero tutaj.Finał? Jak już po tych 2 godzinach skończyłam się wypakowywać i pięknie wszystko sobie poukładałam, dumna z namiotowego porządku powitałam w wejściu szefa bazy, który zakomunikował mi że… jutro przenoszę się do innego namiotu. Jednym słowem wykonałam kawał solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty, bo lepiej było się z tym rozpakowaniem powstrzymać.

Minusem dotarcia do bazy jest to, że musiałam pożegnać się z moją fantastyczną ekipą. Brak mi ich będzie, bo fajnie mi było z nimi. Poza tym martwię się trochę, bo na końcówce zachorował nam Trojan. Trojan (Marcin Trojniak) to ogólnie mocarz, kondycyjnie w ekipie najlepszy (przynajmniej na niższych wysokościach), twardziel paradujący w krótkich spodenkach tam gdzie reszta chodzi w puchówkach. Kiedy w Nepalu zdobywaliśmy Island Peak (prawie 6200 m), Trojan zameldował się na szczycie pierwszy. Tu niestety wysokość Trojana ścięła – po noclegu w bazie pod K2 (5000 m) wstał w delikatnie mówiąc nienajlepszej formie, a gubienie wysokości w tych warunkach nie jest ani szybkie, ani proste, tak więc biedny Trojan ciężko dysząc co 100 kroków stawał na odpoczynek. Podczas gdy reszta ekipy poszła zobaczyć jeszcze zawieszone na pobliskich skałach (tzw. Kopiec Gilkeya) tablice upamiętniające wspinaczy którzy na okolicznych górach stracili życie, ja z Trojanem rozpoczęłam istną „drogę krzyżową” w dół, do bazy pod Broad Peakiem, gdzie jeszcze wspólnie zjedliśmy pożegnalny obiad, i dalej asekurował go już Adam. W międzyczasie postanowiliśmy że po nocy w obozie na Concordii Trojan zjedzie po lodowcu Baltoro na wynajętym koniu – dzięki temu szybciej zgubi wysokość, co w takich przypadłościach jest kluczowe. Gdyby to był Nepal, sprawa byłaby prosta – mamy ubezpieczenie więc wezwalibyśmy helikopter. No ale to Pakistan, gdzie ubezpieczenie też rzecz jasna mamy, ale skorzystanie z helikoptera to w tym kraju mocno złożona sprawa. Helikoptery należą do armii, a ta niechętnie je udostępnia, no i nie ma zmiłuj się – nie ważne jaką kto ma polisę ubezpieczeniową – najpierw trzeba wyłożyć na stół kasę (mówiono mi o 16 tys. dolarów) i wtedy dopiero helikopter może wylecieć. Oczywiście o ile jest wolny i o ile jest pogoda, a z tą w górach różnie. Nie ma kasy, nie ma helikoptera.

.Wróćmy jednak do bazy… Ano jest w niej kilka obozów, a niektórzy wspinacze i tak dopiero docierają. W obozie mojej agencji (Leila Peak Expedition) jesteśmy w szóstkę – poza mną jeszcze Węgier, chłopak z Azerbejdżanu i trójka Rosjan, w tym Nastia którą poznałam na wyprawie na Lhotse (wspominam o niej w książce o Lhotse, koleżanka Iwana z Bułgarii, który zmarł w obozie 3). Jak to na początku, wszyscy rwiemy się do góry, chociaż póki co nie ma jeszcze żadnych poręczówek. Problem w tym, że nie wiadomo czy w ogóle będą, bo jakoś nikt się nie kwapi do ich zakładania. Ci co już w górze byli (na razie dochodząc jedynie do jedynki) mówią że jest po drodze kilka technicznych odcinków i że trzeba bardzo uważać na stare liny, które często poprzecinane spadającymi kamieniami urywają się w najmniej oczekiwanych momentach. No nic, skoro już tu jestem, nie ma zmiłuj się – trzeba działać, ale obiecuję działać rozsądnie.

Było lato, jest zima (26/06/21)

z Goro II (4400 m) do Concordii (4600 m), 26/06/2021

Niesamowite jak potrafi się zmienić pogoda. Wczorajszy dzień był upalny, słońce paliło, była prawdziwa „lampa” a dziś rano budzimy się, a tu śnieg! Namioty zasypane, a dookoła biało, biało. No i zamiast błękitnego nieba – ciężkie, szare chmury z których leciały nieprzyjemnie mokre płatki. Był tego jednak pewien plus, a mianowicie to, że drogę jaką mieliśmy do pokonania przeszliśmy szybciej niż było w planie, bo przynajmniej nie stawaliśmy co chwila na zdjęcia. Zresztą w ogóle szło się ciut lepiej, bo co mniejsze kamienie zostały przysypane i zrobiła się całkiem wygodna ścieżka zrobiona przez wychodzących wcześniej tragarzy.A właśnie – tragarze. Niesamowici są. Podziwiamy jak objuczeni różnymi ładunkami szybko i sprawnie przechodzą odcinki, które nam zajmują dużo więcej czasu. Przeskakują po kamieniach jak kozice, nie potykają się i o dziwo nawet nie ślizgają na podstępnych kawałach lodu.

No ale przede wszystkim podziwiamy jak wytrzymują w tych wysokogórskich warunkach w tym co mają na sobie. Wprawdzie coraz częściej widać na nich kurtki ewidentne otrzymane w prezencie od jakichś trekerów czy wspinaczy, jednak większość nosi te swoje tradycyjne luźne spodnie, do tego jakieś nędzne koszuliny i wełniane sweterki, zaś rękawic nie ma żaden. I tak w stosunku do 2017 roku widzę wielką poprawę w obuwiu jakie noszą. Wtedy większość z nich miała na nogach proste sandały lub w najlepszym razie jakieś rozpadające się półbuty, teraz natomiast ktoś im chyba odgórnie kupił rodzaj adidasów, które też na te warunki idealnie nie są, ale zawsze to jakaś poprawa. No i większość tragarzy nosi już skarpety, choć często z dziurami nie do załatania. Żal tych ludzi strasznie, zwłaszcza że ich szczerze polubiliśmy. Oczywiście dostaną od nas napiwki, ale raczej wątpliwe by kupili sobie za to lepsze ciuchy, bo przecież ważniejszą sprawą jest czekająca na pieniądze, zwykle wielodzietna rodzina.Już na dojściu do Concordii pokazał nam się po raz kolejny Broad Peak. Najpierw, z tych gęstych, ponurych chmur wyłonił się jego szczyt, a potem zaczęła odsłaniać się reszta góry. -O kurde, kawał góry! – jęknęłam, zdając sobie sprawę ile wspinania mnie tam czeka. Z drugiej strony trzeba przyznać, że góra jest piękna. Jej nazwa nadana przez brytyjskie służby robiące w XIX wieku pomiary tutejszych szczytów to K3, zaś Broad Peak to już późniejsze miano, odzwierciedlające kształt szczytu („broad” to po angielsku „szeroki”).Jakby przeciwwagą dla romantycznej scenerii było to co niedługo wyłoniło nam się przy samej ścieżce. Konkretnie – sterta… puszek. Brzydkich, pordzewiałych puszek, pochodzących jak podejrzewam z pobliskiego posterunku wojskowego. Niestety z problemem śmieci i nieczystości toaletowych w górach Pakistańczycy słabo sobie radzą, nie mówiąc o tym, że dla większości lokalsów wyrzucanie śmieci gdzie popadnie jest sprawą zupełnie oczywistą. I to nie tylko w górach – na tutejszych drogach wielokrotnie widzieliśmy kierowców czy pasażerów samochodów wyrzucających śmieci za okno.

Są jednak pozytywne wyjątki. Spotkaliśmy na przykład sympatycznych pakistańskich trekerów – ojca z 19-letnim synem, którzy zapytali czy mamy jakieś śmieci, bo oni schodzą w dół i mogą je zabrać. Kiedy nie kryłam swojego zaskoczenia ich podejściem, ojciec powiedział że sam z siebie chce dołożyć swój mały kamyczek do sprzątania naszej planety. Fajne, no ale widać było że facet reprezentuje intelektualną elitę – dobrze wykształcony, z dużego miasta (Karaczi). A właśnie, dzisiejsze spotkania… W poszukiwaniu naszych znajomych od wczoraj pakistańskich-trekerek (nie doszłam do ich obozu, bo są daleko), trafiłam do pobliskiego obozu gdzie są wspinacze z wyprawy na Gasherbrumy (agencja Imagine Climb Pvt.). Sami Pakistańczycy, a liderem jest Sirbaz Khan – w pakistańskim środowisku wspinaczkowym prawdziwa sława. Po śmierci Alego Sadpary na zimowym K2 to najbardziej utytułowany tutejszy wspinacz – ma na koncie 7 ośmiotysięczników. Jak się okazało, zdobył Lhotse 2 dni przede mną, a w wielu miejscach na wyprawie w 2019 roku musieliśmy się mijać. Zapytałam go, czy Alim Sadparą konkurowali ze sobą, czy się przyjaźnili i wspierali. Spojrzał na mnie… -W górach nie powinno być konkurencji – odpowiedział bez wahania. Pamiętam że tak samo powiedział mi kiedyś Nims. Mądrzy Ci Azjaci. Wiele możemy się od nich nauczyć.

No dobra, a co u nas, w naszej ekipie? Ogólnie okej, choć niektórzy odczuwają już wysokość, zgłaszając ból głowy i osłabienie. Mamy też sztafetę biegunkową – tę wkurzającą dolegliwość zaliczyła już połowa z nas (ja liczę że mnie ominie). Humory jednak dopisują, a i na niełatwe warunki nikt się nie skarży. Wchodząc na kolację, kiedy zrobiło się już naprawdę zimno, Krycha widząc jak trzęsiemy się z zimna rzuciła: -No cóż, upał ciut zelżał! Zimno nie przeszkadzało jednak, żeby przy kolacji sobie pośpiewać. Nie mamy gitary, ale repertuar piosenek górsko-turystycznych, a i szant też, przerabiamy. Dziś natomiast kolacja była tym bardziej uroczysta, że wypadły urodziny Trojana, no i kucharz upiekł tort! Nie wiem jak on zrobił tak pyszne ciacho w tutejszych warunkach, na prostym gazowym palniku, ale zrobił i naprawdę efekt był! Mało tego – do naszego „sto lat” po polsku, Pakistańczycy dołączyli z ich wersją, w urdu. W każdym razie wiem już że urodzinowe „wszystkiego najlepszego” to w urdu (fonetycznie): dżanam din mubarak ho.