Ostatni dzień (i noc) pod Broad Peakiem (28/07/2021)

W bazie ogólny rozgardiasz, bo wszyscy się pakują. Jedyna osoba która nie dotarła do bazy i ciągle pozostaje w górze to Argentyńczyk, który zszokował nas informacją, że NIE zamierza póki co schodzić z obozu 3 (gdzie został sam, samiuteńki) i dziś w nocy szykuje się do samotnego ataku szczytowego. Jedni z grona broadpeakowiczą mówią dosadnie co o tym myślą (nie będę przytaczać, ale ogólnie biorą go za wariata), inni (w tym ja) nie komentują, ale po prostu o tego chłopaka się boją. A tak w ogóle to jeśli chodzi o ataki szczytowe, paradoksalnie łatwiej było w tym roku zdobyć K2 niż Broad Peak. Nad Broad Peakiem ciągle wiszą ciężkie chmury, podczas gdy nad K2 niebo jest czyściutkie. Wśród tych którzy stanęli dzisiaj na wierzchołku K2 i to jako jedyni – bez dodatkowego tlenu, są nasi dobrzy koledzy: Niels (Belg) i Hugo (Boliwijczyk), którzy wcześniej załapali się do jedynej piątki jaka weszła na Broad Peak. Zdobyć obydwa te szczyty w ciągu zaledwie 2 tygodni to naprawdę niebywały wyczyn. Co by nie mówić, i Niels i Hugo to wysokościowe maszyny, a przy okazji – wielcy szczęściarze. Cieszę się ogromnie, że im się udało!Skoro nic się dziś specjalnie nie wydarzyło (poza tym że skradziono mi spod namiotu kijko-czekan Grivela, który po wyrażeniu mojej dezaprobaty dla tego czynu cudownie został podrzucony w to samo miejsce), opiszę pokrótce funkcjonowanie obozowej mesy (bo miałam o to pytania na priv). Otóż mesę ma każdy obóz, przy czym zwykle jest to duży namiot, którego główną część zajmuje stół lub stoły, na których zwyczajowo zawsze stoją termosy z gorącą wodą (jak zabraknie to prosi się o przyniesienie), plus pudełka z herbatami, kawą, czasem innymi napojami czy jakimiś przekąskami. W mesie jada się posiłki (w każdym obozie jest kucharz, bo nikomu nie kalkulowałoby się gotować w bazie samemu) i spędza się dużą część dnia. W określonych godzinach włączany jest generator, co oznacza że można podładować swoją elektronikę, a że teraz każdy ma tej elektroniki dużo (aparaty, komórki, zegarki, laptopy, MP3-ki, lokalizatory satelitarne, radia do łączności etc.) to zwykle jakiś jeden boczny stolik w mesie zawalony jest kłębowiskiem kabli, których zawsze jest więcej niż możliwych do podłączenia wtyczek.Jeśli nie jesteśmy poza obozem (mam na myśli gdzieś w górze albo w odwiedzinach w bazie pod K2), w mesie spędza się sporą część dnia. W obecnych czasach oznacza to niestety przeglądanie wiadomości w internecie (o ile jest internet), pracę z laptopem, albo po prostu gadanie. To ostatnie mnie akurat dotyczy szczególnie, bo do mesy ciągle ktoś wpada – przeważnie goście z innych obozów, czasem jacyś trekerzy (dziś było 3 chłopaków z Polski), a każdy jest na swój sposób ciekawy, więc rzeczywiście gros czasu spędzam na rozmowach. Z jakichś powodów w mesie naszego obozu gości jest zawsze najwięcej – może dlatego że jesteśmy w centralnym punkcie, może dlatego że jest u nas więcej miejsca niż gdzie indziej, nieistotne. Plusem tego jest to, że to u nas jest główne źródło obozowych informacji, do nas wpada ustalać się różne sprawy, u nas też odbywały się spotkania wspinaczkowej braci. Posiadówki przerywa co jakiś czas huk lawin. W takiej chwili rozmowy milkną i wszyscy nasłuchują. Jeśli lawina schodzi z Broad Peaka, wszyscy wyskakują przed mesę i patrzą czy przypadkiem nie na ścianie, gdzie być może ktoś się wspina. Jeśli to gdzieś na zupełnie innej górze, nikt nie wyskakuje, co najwyżej tylko macha ręką, że to nieistotny szczegół.W mesie najtłoczniej jest wieczorami, a to z racji tego że wtedy zwykle włączane są piecyki (po zachodzie słońca w bazie robi się naprawdę zimno). Nasza mesa i tak jest jak na tutejsze bazy wyjątkowa, jako że Akbar (szef agencji) zainwestował w kopulasty namiot cieplejszy od innych typów mes, ale zimno tak czy owak jest. I nie pomaga ciągłe zasuwanie zamków przy drzwiach czy wykładanie podłóg mes dywanami. W każdym razie odpalenie niewielkiego piecyka to każdego dnia wielka, wyczekiwana przez wszystkich chwila. Oczywiście jeden mały piecyk nie ogrzeje całej mesy – wciśnięcie się z krzesłem w promień grzania piecyka to cel większości z nas, ale miejsca starcza na maks 3 osoby. Tak na marginesie przez ostatnie dni przepychanek do piecyka już nie ma. Powód? Ano piecyk odmówił współpracy. Życie towarzyskie kończy się zwykle około godziny 21 (no chyba że jest jakaś specjalna okazja), bo potem robi się już tak zimno, że trudno wytrzymać (zwłaszcza jak się siedzi z dala od piecyka) no i wstająca o świcie obsługa kuchni po prostu chce spać. A jak się komuś spać nie chce, zawsze może popatrzeć na przepięknie rozgwieżdżone niebo, choć szczerze mówiąc widok ten trochę już nam spowszedniał. Około 22-ej z namiotów słychać już tylko albo chrapanie, albo kasłanie. No właśnie, już się nie mogę doczekać, kiedy wreszcie mi ten cholerny kaszel minie (żadne leki nie pomagają). Budzę się, kaszlę, duszę, potem trochę pośpię i znowu… Ot, uroki dużych wysokości.

Nasza messa wieczorową porą
Dzięki jednemu ze sponsorów mojej wyprawy – firmie Brother, mieliśmy na wyposażeniu mesy nawet drukarkę! A tak na marginesie to na dole stoi mesowy piecyk (włączany tylko wieczorami).
Drukarka Brothera bardzo się przydawała, m.in. do drukowania prognoz pogody ( w środku).
Żeby było łatwiej zapamiętać imiona naszej pakistańskiej obsługi, wydrukowaliśmy odpowiednie ściągi.