Ach ten Broad Peak!

Niestety, drugi (i ostatni) atak szczytowy na Broad Peak kompletnie się nie powiódł. Nikomu. Nawet Donowi i Lhottcie, którzy byli ogólnymi, niekwestionowanymi faworytami w obstawianiu kto ma szansę na szczyt. Góra pokazała że ma swoje humory, nie zamierza nikogo na swój wierzchołek wpuszczać, i koniec. Prognozy pogody zupełnie się nie sprawdziły – miało być ładnie, bezwietrznie, a wręcz przeciwnie – wiało jak diabli, zaś szczyt spowiły ciemne chmury. Co ciekawe, w tym samym czasie na sąsiednim K2 ileś osób stanęło na szczycie. Dziwne? Wcale nie – K2 jest wprawdzie technicznie trudniejsze, no i wyższe, ale mimo to atak szczytowy jest tam krótszy. Poza tym K2, przynajmniej w tym roku, było lepiej przygotowane jeśli chodzi o liny poręczowe – na Broad Peaku poręczówek wcale wszędzie nie było, a nawet te co były (już mniejsza o ich jakość), po ostatnich opadach śniegu i palącym słońcu okazały się w wielu miejscach nie do wyrwania spod białego „betonu”. Aktualnie wszyscy co byli na górze schodzą, a wszyscy co są na dole trzymają kciuki by nie dopadły ich co i rusz schodzące lawiny. Część wspinaczy już opuściła bazę – ja zaczynam treking powrotny pojutrze, w czwartek, wybierając mniej popularną, trudniejszą trasę przez Przełęcz Gondogoro (5600 m).

Niestety, czas pożegnań. Ja i Akbar (pierwszy z lewej) jeszcze zostajemy, ale w dół schodzą: Nastia (Rosjanka), Jeff (Belg) oraz Zoltan (Węgier)

Póki co mam ostatnie chwile relaksu i doceniania plusów wypraw w góry wysokie. Jakie to plusy? Już mówię:- Można zrzucić co nieco z kochanego ciałka! I to bez żadnego katowania się dietami, wręcz przeciwnie – jedząc bardzo kalorycznie. Nie wiem ile kilosów straciłam, ale sądząc po luzach na ubraniach zeszłam z rozmiaru 38 na 36 i bez mocno zaciągniętego paska już się nie ruszam (inaczej zgubiłabym spodnie). Niestety, obawiam się że po powrocie do Polski, szybko wrócę do poprzedniego stanu 🙂– Można się wyspać! W Polsce mało śpię, bo nie nadążam z nawałem spraw. A tu, w górach, człowiek już o 21 jest zwykle w śpiworze, a budzi się jak słońce zacznie ogrzewać namiot (w przypadku mojego namiotu oznacza to godzinę 8-mą, choć potem potrafię jeszcze przysnąć). Owszem, mam w nocy przerwy gł. na kasłanie, przed snem też zwykle coś tam czytam, ale i tak wychodzi tego spania ogromnie duuuuużoooo (no i już ziewam 🙂 )- Można wypić kawę gapiąc się na piękne widoki (oczywiście o ile jest pogoda). To mój codzienny rytuał – siadam sobie na kamieniu i piję kawę z widokiem na K2 albo na Broad Peak! Tak na marginesie to najchętniej bym to robiła w pełnym spokoju i ciszy, ale zaraz zwykle zjawia się ktoś z obsługi któregoś z obózów i zaczyna się: „How are you? Ok? Good!” (jest to miłe do pierwszych 10 osób)- Człowiek przestaje przejmować się polityką, jakimiś aferami etc., bo o nich po prostu nie czyta – liczy się tylko to co tu i teraz. To akurat plus tego, że ciągle mam problemy z internetem. Fakt, głupio mi że nie odpisuję na maile czy posty, ale wierzcie mi, przy tych problemach z dostępem do sieci jakie stwarza mój telefon, plus ograniczoną możliwością ładowania elektroniki, nie mam jak sprawdzać ani facebooka, ani poczty, ani przeglądać jakichkolwiek portali. Wrzucenie posta jest tak czasochłonne, ze na tym mój kontakt ze światem zewnętrznym się kończy, a na komentarze czy wszelkie wiadomości postaram się odpowiedzieć po powrocie.- Docenia się, to co się ma w Polsce. Jeju, jak już marzę aby „uwalić się” na swoim łożu pod normalną pościelą, wykąpać w wannie, zjeść jakąś normalną sałatkę ze świeżych warzyw, zamienić puchową kurtkę na letnią sukienkę, a górskie buciory na sandałki, zamiast słuchać huku lawin posłuchać mruczącą Melę (moją kocicę)… Ileś tygodni w świecie lodowców i skał ma dużo uroku, kocham ten świat, ale… czas powoli wracać 🙂

Mój codzienny rytuał (o ile nie muszę gdzieś chodzić/wchodzić :)) . Kawa z takimi widokami smakuje lepiej!
Czas na małe „spa”. W górze skóra się bardzo wysusza, zanim więc wrócę w doliny trzeba ją trochę podreperować (ratunek kremami Dr Irena Eris Cosmetics)
A tu prezentuję luzy na spodniach. Gdyby nie pasek, nie byłyby się w stanie już na mnie same utrzymać. Niestety szkoda że niestety zanim zrzuciłam tłuszczyk, w pierwszej kolejności straciłam sporo mięśni.