Dlaczego nie atak szczytowy

Powinnam teraz być w Camp 3 i szykować się do jutrzejszego ataku szczytowego, ale zamiast tego jestem na dole, w bazie, i wyprawę w sumie mogę uznać za zakończoną. Co się stało?
Przyczyna jest prozaiczna, tak prozaiczna, że sama informując najbliższych nie wiedziałam już, czy się śmiać, czy płakać… Ale po kolei.
Jak pewnie część z Was pamięta, mój poprzedni atak szczytowy, jakieś 10 dni temu, nie powiódł się, bo mój HAP, jak się w Pakistanie nazywa tragarzy-przewodników, obwieścił 300 m ponad Obozem 3, że ma ból żołądka i wraca do namiotu. To co się stało później, czyli dość dramatyczne dla mnie zdarzenia (problem z wymianą butli z tlenem, zjazd po stoku z dużej wysokości itp.) były następstwem owych problemów z HAPem i dowodem na to, że podjęta przeze mnie próba samodzielnego wyjścia na szczyt, nie była rozsądnym pomysłem.
Ok, wróciłam w dół, stanęło na tym że dostanę nowego HAPa. Tym którzy pytają dlaczego nie mogłabym wyjść bez HAPa wyjaśniam, że przyczyn jest wiele. Najważniejsza to przyczyny zdrowotne -rzadko bo rzadko, ale zdarzają mi się utraty przytomności i po prostu z założenia zwłaszcza na dużej wysokości po prostu muszę być z kimś. Drugi powód to taki, że nie mając zespołu nie jestem w stanie sama wynieść do góry niezbędnego sprzętu (namiot, butle z tlenem etc.). Trzecia przyczyna – nie uważam pomocy HAPa za żaden dyshonor – korzystają z HAPów największe wspinaczkowe sławy, nie widzę więc powodów dlaczego nie miałabym skorzystać i ja.
Nowego HAPa miałam dostać od Koreańczyków, którzy po śmierci Kima zakończyli już akcję górską. Wszystko już było domówione, a tymczasem w przeddzień mojego wyjścia w górę, Koreańczycy… się rozmyślili. Uznali że potrzebują wszystkich swoich HAPów i żadnego zabrać nie mogę. Przyznam, że było to dla mnie duże zaskoczenie, bo nie raz okazywali że mnie bardzo lubią, a w tym wypadku byli przecież świadomi, że swoją podjętą w ostatniej chwili decyzją, pozbawiają mnie szansy na szczyt.
No nic, Akbar, szef agencji pocieszał że HAPa mimo wszystko znajdzie. I rzeczywiście, przy kolacji, gdy poziom mojego zdenerwowania sięgał zenitu, okazało się że z bazy pod K2 wyruszył do nas, do bazy pod Broad Peakiem HAP, który o 4 rano następnego dnia wystartuje ze mną w górę. HAP o imieniu Taki (swoją drogą fajnie brzmiące imię), tak naprawdę miał być HAPem Oswalda Rodrigo przy zdobywaniu K2, ale że Oswald z wejścia na K2 się wycofał, to HAP można powiedzieć, że był wolny. Dobrze wróżyło też że Taki kilka lat temu był HAPem Andrzeja Bargiela, tak więc mogłam uznać że mam HAPa z najwyższej półki.
Następnego dnia lekko po 4 wyruszyliśmy z base campu. Taki okazał się bardzo sympatycznym gościem, idącym wprawdzie jak na HAPa dość wolno, ale uznałam że to taka taktyka pode mnie, żebym się za bardzo nie zmęczyła.
Po półtorej godziny wędrówki podeszliśmy pod ścianę, do miejsca gdzie zakłada się uprzęże, kaski i raki, po czym Taki oświadczył, że… dalej nie idzie. Myślałam że może coś nie załatwione w kwestiach finansowych, więc chciałam przez radio połączyć się z bazą, ale Taki uściślił: boli go serce i dalej pójść nie da rady.
Co zrobiłam? Nie, nie krzyczałam na niego, po prostu opadły mi ręce, uczucie bezsilności wzięło górę nad wkurzeniem. Przy poprzedniej sytuacji z Fide (tak miał na imię mój poprzedni HAP), musiałam się wypłakać, bo nie mogłam zrozumieć, jak to – tyle miesięcy przygotowań, pracy, działań kiedy wszystko było podporządkowane wyprawie, poszło tak sobie na marne? Tym razem już nawet płakać nie mogłam, a zresztą Taki to typ poczciwiny który chyba ze sto razy przepraszał, że mnie zawiódł, że trudno było mieć do niego pretensje (jego poprzednik, Fide, na żadne przeprosiny się nie zdobył).
Cóż był robić – pożegnałam kolegów którzy szli dalej w górę, a my wróciliśmy do bazy.
Żal mi? Pewnie. Czy jestem rozgoryczona? Pewnie. Przykro mi, że miałam dwie szanse zdobycia szczytu, wiem że oceniając swoje szanse fizyczne i mentalne – szczyt jak najbardziej był w moim zasięgu, ale zawiedli ludzie. Z drugiej strony zawsze mówię sobie, że nic za wszelką cenę. Coś jest po coś. To ze czasem coś nie wychodzi i sprawia, że czujemy się rozżaleni, niejednokrotnie ma drugie „dno”, w rzeczywistości daje wynik na plus, a pozornie kiepska dla nas sytuacja zamienia się w dobrą, pozytywną. Kiedy dziś przy kolacji napomknęłam coś, że chyba jestem najbardziej na tej wyprawie pechowa, jeden z kolegów słysząc to stwierdził: „-Może dzięki temu żyjesz?”. Może… Nie ma chyba co roztrząsać. Widocznie tak miało być.

Ps. Dziś na K2, w lawinie, zginął bardzo dobry wspinacz, Brytyjczyk Rick Allen.