Lepsze nastroje (22/07/2021)

Nie wiem czy obecna młodzież kojarzy święto 22 lipca (mam na myśli PRLowską genezę tego dnia), ale pamiętam że wśród moich znajomych nazywaliśmy ten dzień „Świętem Wedla” (jako że dawniej nasze sztandarowe zakłady cukiernicze założone przez Wedla nosiły dumne miano „Zakłady im. 22 Lipca”). Piszę o tym dlatego, że dziś w kalendarzu 22 lipca, a torcik wedlowski mam (jestem jego wielką wielbicielką), wyciągnęłam go z zamiarem uszczknięcia jednego kawałeczka, no ale jakoś nim się zorientowałam, już było po torciku. W bazie dziś wreszcie ciut lepiej pogodowo, co sprawia że i towarzystwo w lepszych humorach. Obudził mnie zsuwający się z dachu namiotu śnieg. Oczywiście od razu zrobiło się jaśniej, przez moment myślałam nawet że słonecznie, no ale aż tak, to nie 😊. Najważniejsze jednak że nie padało, i że wreszcie można było zobaczyć przynajmniej te niższe partie gór.W ramach przedpołudniowego spaceru obeszłam broadpeakowe obozy z zaproszeniem tych co jeszcze są w bazie na poobiednie spotkanie związane z obgadaniem powtórnego ataku szczytowego. Na ustaloną godzinę 15-tą w naszej mesie pojawili się prawie wszyscy, za wyjątkiem Brytyjczyków którzy akurat tego dnia wybrali się na wycieczkę do bazy pod K2 oraz Dona i Lhotty którzy mają własny pomysł na zdobywanie szczytu, czyli chcą iść na niego… prosto z bazy. Czyli nie zatrzymując się na dłużej w żadnych obozach (okej, w dwójce na zupę), nie śpiąc, tak po prostu robiąc górę jednym ciągiem. Dla mnie to swoisty „kosmos”, coś nierealnego, ale zobaczymy – oboje są niezwykle sprawni, zaaklimatyzowani, znają swoje możliwości.Przyznam że spotkanie było bardzo konkretne i owocne. Umówiliśmy się, że wszyscy atakujemy szczyt tego samego dnia, raz żeby wspólnie torować drogę, ale też żeby było bezpieczniej. Wszyscy mają mieć ustawione radia na tę samą częstotliwość, ustaliliśmy też że graniczną godziną na zdobycie szczytu jest 15-ta – kto się nie wyrobi, ma zawrócić. Bierzemy też 200 m awaryjnej liny – na wypadek akcji ratunkowej (tfu, tfu) albo gdyby trzeba było coś oporęczować. W każdym razie pomni tego co się wydarzyło z Nastią i Mr Kimem, wszyscy jak widzę są bardzo wyczuleni na kwestie bezpieczeństwa i bardzo dobrze.A właśnie, co do Kima… Obchodząc obozy wpadłam też do obozu koreańskiego – złożyć kondolencje. Już się powoli otrząsają z przykrej sytuacji. Wczoraj jeden z nich dosłownie mi się rozpłakał, dzisiaj już bardziej panowali nad emocjami. Pokazali mi namalowany na metalowej tacy napis, jaki zawiśnie lada dzień na Wzgórzu-Memoriale przy bazie K2, a potem… zaprosili na koreański obiad. Wbrew moim obawom był lepszy niż się spodziewałam – brązowe kluski z jajkiem, kapustą kimchi i kiszoną rzodkwią. Szczerze mówiąc w naszej mesie wybór dań jest większy, ale zawsze fajnie zrobić sobie taką odmianę.Kończę bo wjeżdża kolacja. Kolejny dzień za mną…