Baza pod Broad Peakiem (20/07/2021)

Ale to fajnie wyspać się na szerokim materacu, gdy nikt się na mnie nie zsuwa, rano przyjść na śniadanie gdzie wszystko jest podane na talerzach i nie trzeba wytapiać wody ze śniegu, no a poza tym móc się wykąpać i założyć ciepłe ciuchy!

Co do śniadania to mimo że przyszłam na nie dopiero o 9.30, mocno kajając się, że zaspałam, i tak byłam pierwsza, bo byli tacy, co pojawili się dopiero w południe, na godzinę przed obiadem . Za to w jakiej obstawie miałam te śniadanie! Z jednej strony siedział Akbar, czyli jak o nim mówimy „King of Baltoro”, z drugiej Don Bowie, wspinaczkowa sława. Szkoda jedynie że tematami rozmowy chcąc nie chcąc wracaliśmy do wydarzeń związanych ze śmiercią Pana Kima (ciekawe, że różnica wieku między nami to zaledwie 2 lata!). Jednym z wątków był tekst usłyszany przez radio w czasie kiedy próbowano wyciągnąć Mister Kima z otchłani. Na możliwość przejścia dalej drogi czekało wówczas kilka niewątpliwie zmarzniętych, a tym samym zniecierpliwionych osób, gdy nagle padło, dobrze słyszalne w eterze: -A może go po prostu odciąć? No po prostu szok! Jakby nie było Mr Kim ciągle wtedy żył i walczył o wyjście na powierzchnię. Nic dziwnego że oburzony Don postanowił zrobić dochodzenie, kto był autorem tej osobliwej „rady”. Wyników jak na razie nie mamy.

Po jakimś czasie do rozmów o wypadku Mr Kima dołączył Victor , Hiszpan. Victor z zawodu jest matematykiem, tak więc wziął kartkę papieru i rozrysował swoją teorię przyczyny tego co się stało. Przyznam że nawet dla mnie, typowej humanistki, brzmiało to logicznie. Otóż chodziło o siły działające na linę – zdaniem Victora koreańska (jak na ironię!) plastikowa, statyczna lina, nie miała szans wytrzymać naprężenia – po prostu pękła. Powiem tylko, że kilka godzin później tę samą teorię przedstawioną przez kogoś innego podali jako oficjalne wytłumaczenie nasi oficerowie łącznikowi.

Wspomniałam o kąpieli. Musiałam się wykąpać! Po tych kilku dniach w górze, ciągle w tych samych ciuchach (do spania też) już sama siebie czułam, a to sygnał, że dobrze nie jest. Ale i tak jest lepiej niż na poprzednich wyprawach, bo nie mam na spalonej twarzy jednej wielkiej rany, tylko w miarę normalnie wyglądam. Usta ratuje mi otrzymany od Akbara jakiś lokalny krem na bazie wazeliny z kamforą, a twarz smarowałam kremem z filtrem 100! (mocniejszego już nie ma). Zresztą po kąpieli i tak zrobiłam sobie namiotowe spa. Nasmarowałam się kremami nawilżającymi (dostałam ich cały zestaw od Dr Irena Eris), poobcinałam paznokcie (dwa pewnie zejdą – zawsze tak mam po powrocie z gór), potuszowałam sobie rzęsy… A potem zaaplikowałam sobie „Egzotyczną Przyjemność”. Żeby była jasność – chodzi o egzotyczne owoce w wersji liofilizowanej; mandarynki, banany, kiwi… Ale tak naprawdę to marzę o pomidorach. Nie, nie liofilizowanych, tylko świeżych, polskich.

Po południu

Obóz jakby wymarły – wszyscy pochowani w namiotach albo siedzący w mesach ale nie że rozmawiający między sobą, ile z nosami w ekranach komórek. Niby trudno się dziwić – takie czasy, a każdy spragniony kontaktu z bliskimi (sama też chciałabym nadrobić komórkowe zaległości, tyle że akurat doja komórka ma problem z logowaniem się do sieci), no ale coś nam chyba przez ten internet umyka. Wspominaliśmy dziś z Akbarem wyprawę z 2017 gdy nie było internetu – graliśmy w karty, szachy, rozmawialiśmy… Teraz jak się wchodzi do mesy, to nawet przy iluś siedzących w niej osobach panuje charakterystyczna cisza, no jeśli nie liczyć warkotu generatora ładującego owe komórki, laptopy i resztę elektroniki. To że trudno załapać się na wolne gniazdko, to już inna historia. Ech, świat się zmienia…