Ciężko było…

Do obozu III (7050 m), z myślą rzecz jasna o zdobyciu szczytu, dotarła całkiem spora grupa wspinaczy. Z bazy pod Broad Peakim praktycznie wszystkich znam, więc jeśli kogoś nie pominęłam, statystyka wyglądałanastępująco: Rosjanie – 4 osoby, Litwin- 1, Azer -1, Ukrainka – 1, Hiszpan – 1, Węgier – 1, z Polski – ja, Brytyjczycy – 2, Kanadyjczycy – 3, Belgowie – 4, Norweg – 1, Koreańczycy – 5, Finka – 1, czyli w sumie ok. 25 osób. Do tego trzeba doliczyć na oko z 15 osób z bazy pod K2, których poza Oswaldem i Nilsem (Belgiem) średnio kojarzę (chodzi o tych co mają zezwolenia i na K2 i na Broad Peak). Dodatkowy „tłum” robiło około 25 Pakistańczyków z ekipy poręczującej oraz tzw. HAPów, czyli tych, których na różnych zasadach wynajmuje się jako tragarzy wysokościowych lub/i partnerów wspinaczkowych.

Praktycznie wszyscy poza pojedynczymi osobami przyszli z obozu 2 do 3 tak aby zrobić sobie spokojny dzień restu – zregenerować się, na spokojnie przystosować do wysokości. Mało tego, Koreańczycy założyli nawet obóz IV (8450 m), co planowali także niektórzy z nas (ja też), ale po namyśle z pomysłu tego zrezygnowaliśmy. Dylemat tkwi w tym, czy lepiej, jeśli na ataku szczytowym mamy 400 m w pionie mniej do przejścia, a 400 m w takich warunkach to dużo, czy lepiej być niżej, gdzie jednak jest więcej tlenu, przez co organizm trochę mniej się wyniszcza.

Na kilka godzin przed atakiem szczytowym ekipa HAPów poręczujących jasno dała nam zakomunikowała, że poręczówek do szczytu nie ma i nie będzie (bo są zmęczeni, bo mają za mało lin, bo jest bardzo głęboki śnieg), a równocześnie zwróciła uwagę, że przeszkodą po drodze jest olbrzymia szczelina. Powiało pesymizmem, czy w tej sytuacji w ogóle jest sens robić atak szczytowy, jednak przełożyć go nie było jak, bo wiadomo było, że chodzi o ostatni dzień dobrej pogody. Po negocjacjach stanęło na tym że HAPowie w nocy do poręczowania owszem wyjdą, z założeniem że poręczować będą tylko niektóre odcinki, dokąd im siły pozwolą, no i rzeczywiście – o godz. 20 wyszli, a wkrótce po nich ruszyli wspinacze.

Ja z Fide (moim HAPem) wystartowaliśmy o 21.30. Noc była ciepła (jak na tę wysokość minus 20 stopni temperatury odczuwalnej to nawet dla takiego zmarzlucha jak ja, zupełnie przyzwoicie), czułam się super, w myślach nieskromnie widziałam się już na szczycie. Szłam chyba szybko, bo któryś z HAPów zapytał nawet, na ile mam ustawiony przepływ tlenu. -Na półtora – odpowiedziałam (chodzi o 1,5 litra na minutę; do wyboru na pokrętle regulacji jest: 0, 0,5, 1, 1,5, 2, 3, 4). -No to niewiele – pochwalił mnie, co było dla mnie wskazaniem, że z moją wydolnością himalaistki-emerytki nie jest jeszcze źle.

Zrobiliśmy ładne 300 m w pionie, kiedy Fide stanął. -Brzuch mnie boli – stwierdził. Bywa, sama na dojściu do obozu 2 miałam problem, więc początkowo wcale się nie przejęłam. On jednak stanął na dobre i powtórzył: -Dalej nie idę. Brzuch mnie boli. Możecie wyobrazić sobie moją minę. Tyle miesięcy przygotowań, tyle pieniędzy, tyle różnych przeszkód pokonanych by wreszcie znaleźć się tu i teraz, i nagle wszystko na nic, bo gościa z którym od początku są jakieś problemy, teraz akurat boli brzuch? Żeby była jasność – biorę pod uwagę, że każdy ma prawo być chory, HAP to nie maszyna, lecz człowiek, ale z problemami żołądkowym problemy miewa tu większość z nas, są na to różne lekarstwa, a poza tym Fide ani przez ileś godzin poprzedzających atak szczytowy, ani też jakoś następnego dnia, na chorego nie wyglądał. Poza tym gdyby powiedział te kilka godzin wcześniej że coś nie tak, można byłoby dogadać jakieś zastępstwo, wariant awaryjny…

Moja rozpacz sięgała zenitu, podczas gdy on po prostu stał, obojętny na wszystko, ale na pewno nie wyglądający na zwijającego się z bólu.

Do wyboru miałam albo pogodzić się z tym że pech to pech, zdarza się, albo coś podziałać. Przypomniało mi się, że jeszcze na samym dole mijaliśmy się z Julią, Ukrainką z Kalifornii, która dość szybko zawróciła, rezygnując z dalszego wspinania. -To zejdź na dół i zaproponuj HAPowi Julii, że może poszedłby na górę ze mną zamiast Ciebie, co rzecz jasna jakoś rozliczymy – poprosiłam Fide. Poszedł. A ja przez godzinę czekałam, siedząc i życząc mijanym mnie wspinaczom powodzenia na górze, zarzekając się, że oczywiście wkrótce do nich dołączę. Po godzinie światła czołówek sunące w górę stoku zaczęły rzednąć, w końcu nie było widać żadnych, jasne więc było, że moje dalsze czekanie nie ma sensu i że jedyna droga to tylko ta w dół.

Po zejściu do obozu zdziwiło mnie że w moim namiocie tak ciemno. -Pewnie Fide krąży gdzieś po obozie i ciągle szuka zastępstwa… – wmawiałam sobie. O ludzka naiwności – gdy zajrzałam do namiotu okazało się, że Fide… śpi! Nie to, że ma wyrzuty sumienia, że mnie zostawił na lodzie, nie że się martwi że siedzę te 300 m wyżej i marznę (nawet nie przekazał nikomu, żebym nie czekała), nie to że wpadł na to, że jak już w końcu zejdę to może napiłabym się czegoś gorącego, bo na wysokości trzeba się dobrze nawadniać. Nie, Fide zawinął się w śpiwór i po prostu spał.

Wymiana uprzejmości nie miała sensu. -Daj mi butlę, pójdę sama! – zdecydowałam. Wiem, nie było to rozsądne z mojej strony, bo przy problemach zdrowotnych, sama w takich górach wspinać się nie powinnam, a tak na marginesie z tych samych powodów, odpadają też moje wspinania zupełnie bez butli.

Mając w plecaku 2 butle oznaczało to dociążenie się 8 kg (1 butla = 4 kg), do tego 2 litry picia, żele, batony energetyczne, apteczka, kilka innych rzeczy – w sumie kilkanaście kg tego wyszło, no ale co tam, zdeterminowana zaczęłam mozolne odrabianie wysokości, którą przed kilkoma godzinami już przecież osiągnęłam. Po drodze minęłam się z jakimś HAPem. -Mógłbyś zobaczyć, na ile mam odkręcony zawór butli? – poprosiłam, bo niestety przy rosyjskiej butli z tlenem (znawcy wiedzą – najbardziej zawodny typ) wskaźniki wypadają na karku, co utrudnia ich kontrolę i przestawianie. Chłopak coś tam wymamrotał, że się na tym nie zna, ale coś pokręcił, prawdopodobnie nieco odkręcając (zwiększając) przepływ tlenu, czego w tym momencie specjalnie nie odczułam bo akurat zrobiło się stromiej i to jeszcze przez głęboki śnieg.

Minęło trochę czasu, stopniowo zdobywałam wysokość powoli goniąc migocące w górze światełka czołówek, aż w końcu zrównałam się z Nilsem (Belgiem) i Hugo (białym Boliwijczykiem). -Nils, zerknij proszę, ile mi zostało tlenu? Nils zajrzał na wystający z plecaka zawór butli. -Nie, no super. Prawie pełna – stwierdził, nie podając co prawda konkretnej wartości, ale brzmiało lepiej niż świetnie i dodało mi optymizmu jeśli chodzi o wizję szczytu. Szkoda że nie włączyła mi się czerwona lampka, że coś za dobrze to wyglądało. Teraz już wiem, że Nils sprawdził stan… nie tej butli co trzeba. Odczytał napełnienie butli nieruszonej, podczas gdy ta używana… No cóż, ja jeszcze coś tam poprawiałam przy uprzęży, chłopcy poszli, potem podeszłam jeszcze jakiś kawałek i… Wyraźnie coś zaczęło być nie tak. Zaczęło mi brakować powietrza (właściwie to tlenu). Zdjęłam plecak, rzuciłam okiem na wskaźniki i… zmroziło mnie. Strzałka była na zerze. -Spoko, przecież mam jeszcze drugą butlę- nie widziałam jeszcze powodu do niepokoju. Zabrałam się za podmianę butli, ale nie mogłam odkręcić zaworu. Nie wiem czy brak sił, czy zimno, czy jakaś inna przyczyna – nie mogłam i już. Tu już trochę spanikowałam (ok, wcale nie „trochę”).Wiedziałam jaki może być scenariusz – wokoło ciemna noc, żadnych ludzi, jedyną moją szansą było „zgubienie wysokości”. Nie wiedziałam ile mam czasu zanim mnie „odetnie”, ale uznałam, że przede wszystkim trzeba pozbyć się plecaka, który postanowiłam wpiąć w akurat zaczynające się poręczówki (-Ktoś go znajdzie i zniesie – uznałam), no i jak najszybciej wiać w dół.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie i w dużej mierze bez mojego świadomego udziału. Niedostatek tlenu sprawił, że straciłam świadomość i zaczęłam się zsuwać po zaśnieżonym stoku. Plusem tego było to, że w naturalny sposób, w miarę szybko „gubiłam” wysokość. Gdy już zjechałam ze 100-150 m (w pionie) ocknęłam się – mój mózg zaczął znowu działać, tyle że wciąż zjeżdżałam, nabierając prędkości i mając w świadomości że muszę naprawdę już szybko działać. Na szczęście miałam czekan, a jak górscy spece wiedzą, sprzęt ten nie służy wyłącznie do lansu i zdjęć , ale m.in. do wyhamowywania takich właśnie zjazdów, co też miałam okazję wypraktykować.

Po zjeździe, a tym samym – utracie wysokości, nie było już sensu ponowne wyruszanie pod górę. Mój atak szczytowy można było uznać za zakończony. Szczęście w nieszczęściu mój plecak był całkiem niedaleko ode mnie – jak się okazało nie zdążyłam wpiąć go w poręczówkę i zaliczył lot podobny do mojego. Niestety sprawdzając butle nie zdążyłam go też właściwie zapiąć, co zaowocowało wypadnięciem wielu rzeczy – część z nich odnalazłam, ale kilka przepadło bezpowrotnie (obydwie butle, termos, puchowa rękawica, przygotowane do użytku zastrzyki z deksametazonem itp., itd.).

Gdy po 9 godzinach od rozpoczęcia ataku szczytowego wróciłam do namiotu, Fide nawet nie zapytał jak było, dokąd doszłam etc. Obrócił się tylko na drugi bok i nadal spał…