W moim górskim domu (29/06/21)

Baza pod K2-Baza pod Broad Peakiem

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu że jak na zodiakalnego Raka przystało, jestem domatorem. Wiem, brzmi niczym krzyżówka paradoksu i żartu, ale słowo daję – naprawdę tak jest. Mam na myśli zarówno Warszawę, gdzie po zwłaszcza tych dłuższych wyjazdach naprawdę lubię posiedzieć w przysłowiowych czterech ścianach mojego mieszkanka, jak i góry. Na przykład teraz – po iluś dniach trekkingu, gdzie ciągle zmieniało się obozowiska, czyli było się takim górskim nomadem, z nieukrywaną radością dotarłam do bazy pod Broad Peakiem, która na ponad miesiąc stanie się moim górskim domem.

Owszem, będę wychodzić w górę, bo trzeba się aklimatyzować, zakładać obozy, wynosić sprzęt itp., ale do tej bazy-domu będę z przyjemnością wracać, bo będę miała w niej swój namiot stanowiący enklawę spokoju i namiastkę prywatności. Z tym własnym namiotem tak łatwo jednak dzisiaj nie było. Ponieważ inni membersi (tak nazywa się wspinaczy-uczestników wyprawy) dotarli do bazy już wczoraj, co lepsze namiotowe miejscówki były już zajęte. Fade, mój HAP (od ang. High Altitude Porter, odpowiednik nepalskiego Szerpy) pokazał mi wprawdzie wolną platformę (miejsce przygotowane na rozbicie namiotu), no ale była pełna wody z wytapiającego się pod warstwą kamieni lodu, co dobrze nie rokowało – jeśli już teraz tworzy się tam małe jeziorko, to jeślibym tam zamieszkała, miałabym istny basen. W tej sytuacji Fade zaproponował abym wprowadziła się do jego namiotu, ale asertywnie zakomunikowałam że choć w górze będziemy musieli dzielić namiot, to w bazie nie ma takiej opcji – muszę mieć jedynkę, namiot tylko dla siebie. W tej sytuacji Fade zachował się ładnie, wręcz dżentelmeńsko, bo odstąpił mi ten swój namiot, co sprawiło że następne 2 godziny z wielkim entuzjazmem się rozpakowywałam, co i rusz wreszcie znajdując rzeczy, które były mi potrzebne na trekkingu, ale wtedy nie wiedziałam gdzie są. Wiadomo, trochę tych rzeczy jest, w sumie z 60 kg, a zapakowane były wielką torbę wyprawową, 90 litrowy plecak oraz beczkę wyprawową, którą jak oddałam tragarzom w Skardu, tak ją zobaczyłam dopiero tutaj.Finał? Jak już po tych 2 godzinach skończyłam się wypakowywać i pięknie wszystko sobie poukładałam, dumna z namiotowego porządku powitałam w wejściu szefa bazy, który zakomunikował mi że… jutro przenoszę się do innego namiotu. Jednym słowem wykonałam kawał solidnej, nikomu nie potrzebnej roboty, bo lepiej było się z tym rozpakowaniem powstrzymać.

Minusem dotarcia do bazy jest to, że musiałam pożegnać się z moją fantastyczną ekipą. Brak mi ich będzie, bo fajnie mi było z nimi. Poza tym martwię się trochę, bo na końcówce zachorował nam Trojan. Trojan (Marcin Trojniak) to ogólnie mocarz, kondycyjnie w ekipie najlepszy (przynajmniej na niższych wysokościach), twardziel paradujący w krótkich spodenkach tam gdzie reszta chodzi w puchówkach. Kiedy w Nepalu zdobywaliśmy Island Peak (prawie 6200 m), Trojan zameldował się na szczycie pierwszy. Tu niestety wysokość Trojana ścięła – po noclegu w bazie pod K2 (5000 m) wstał w delikatnie mówiąc nienajlepszej formie, a gubienie wysokości w tych warunkach nie jest ani szybkie, ani proste, tak więc biedny Trojan ciężko dysząc co 100 kroków stawał na odpoczynek. Podczas gdy reszta ekipy poszła zobaczyć jeszcze zawieszone na pobliskich skałach (tzw. Kopiec Gilkeya) tablice upamiętniające wspinaczy którzy na okolicznych górach stracili życie, ja z Trojanem rozpoczęłam istną „drogę krzyżową” w dół, do bazy pod Broad Peakiem, gdzie jeszcze wspólnie zjedliśmy pożegnalny obiad, i dalej asekurował go już Adam. W międzyczasie postanowiliśmy że po nocy w obozie na Concordii Trojan zjedzie po lodowcu Baltoro na wynajętym koniu – dzięki temu szybciej zgubi wysokość, co w takich przypadłościach jest kluczowe. Gdyby to był Nepal, sprawa byłaby prosta – mamy ubezpieczenie więc wezwalibyśmy helikopter. No ale to Pakistan, gdzie ubezpieczenie też rzecz jasna mamy, ale skorzystanie z helikoptera to w tym kraju mocno złożona sprawa. Helikoptery należą do armii, a ta niechętnie je udostępnia, no i nie ma zmiłuj się – nie ważne jaką kto ma polisę ubezpieczeniową – najpierw trzeba wyłożyć na stół kasę (mówiono mi o 16 tys. dolarów) i wtedy dopiero helikopter może wylecieć. Oczywiście o ile jest wolny i o ile jest pogoda, a z tą w górach różnie. Nie ma kasy, nie ma helikoptera.

.Wróćmy jednak do bazy… Ano jest w niej kilka obozów, a niektórzy wspinacze i tak dopiero docierają. W obozie mojej agencji (Leila Peak Expedition) jesteśmy w szóstkę – poza mną jeszcze Węgier, chłopak z Azerbejdżanu i trójka Rosjan, w tym Nastia którą poznałam na wyprawie na Lhotse (wspominam o niej w książce o Lhotse, koleżanka Iwana z Bułgarii, który zmarł w obozie 3). Jak to na początku, wszyscy rwiemy się do góry, chociaż póki co nie ma jeszcze żadnych poręczówek. Problem w tym, że nie wiadomo czy w ogóle będą, bo jakoś nikt się nie kwapi do ich zakładania. Ci co już w górze byli (na razie dochodząc jedynie do jedynki) mówią że jest po drodze kilka technicznych odcinków i że trzeba bardzo uważać na stare liny, które często poprzecinane spadającymi kamieniami urywają się w najmniej oczekiwanych momentach. No nic, skoro już tu jestem, nie ma zmiłuj się – trzeba działać, ale obiecuję działać rozsądnie.