Dzień odwiedzin (02/07/21)

Baza pod Broad Peakiem

Trudno byłoby policzyć gości którzy przewinęli się dziś przez nasz obóz, przy okazji podziwiając naszą nową mesę. Mesa (jadalnio-świetlica wspinaczy z danego obozu) rzeczywiście zwraca uwagę, bo różni się od tych w innych obozach. Osobliwy, przypominający kryształ namiot, Akbar sprowadził bodajże z Turcji i trzeba przyznać że jest to inwestycja którą bardzo doceniamy. Przede wszystkim, dzięki podwójnej powłoce i systemowi zamykania jest w nim cieplej niż w tradycyjnej mesie kojarzącej się mi z namiotami na obozach harcerskich. Okno z pleksi pozwala obserwować co się dzieje na zewnątrz, a wykładzina na podłodze sprawia, że zimno jakie bije z lodowca, nie jest tak bardzo odczuwalne.No dobra, ale miało być o gościach…

Zaraz po śniadaniu wpadł Thomas, Norweg który w teamie z Rosjanami zamierza zjechać z Broad Peaka na nartach, ale póki co przyszedł zapytać czy nie mamy jakiegoś pomysłu na biegunkę i bolący go już kilka dni brzuch. Następnym gościem był Mr Kim, czyli Kim Hong-bin, Południowokoreańczyk, który kiedyś tam na wyprawie stracił wszystkie palce, no ale uparcie nadal zdobywa ambitne szczyty, licząc że będzie pierwszym nie w pełni sprawnym wspinaczem, który zdobędzie wszystkie 14 ośmiotysięczników. Broad Peak jest już ostatnim ogniwem w jego Koronie Himalajów i Karakorum, przy czym próbuje z tą górą podobnie jak ja, drugi raz. „Pocieszyłam” go że Oscar Cadiach, Hiszpan dla którego Broad Peak również był ostatnim ośmiotysięcznikiem, podchodził do Broad Peaka 10 razy (dopiero za 10 skutecznie), no ale nie wiem czy Mr Kim się tym pocieszeniem ucieszył (na moje szczęście chyba nic nie zrozumiał, bo z jego angielskim raczej kiepsko). Potem przeszłam już na bardziej bezpieczne tematy, to znaczy zapytałam go o kimchi – przyprawioną na ostro kapustę kiszoną która stanowi ulubioną potrawę Koreańczyków, no i tu chyba skradłam serce Mr Kima, który zdradził że mają zapasy kimchi u siebie w obozie i będzie mu miło jak wpadnę i będzie mnie mógł tym specjałem poczęstować. Hmmm, ja akurat kimchi nie lubię (za ostre), muszę więc pokombinować, żeby rzecz jasna z wizytą do Koreańczyków wpaść, ale bez katowania się jedzeniem czegoś na siłę.

Kiedy zeszło na wspinanie, zapytałam Mr Kima czy wspinał się z Polakami. Przyznał że tak, choć nazwisk nie pamiętał. Z tych, które mu podrzucałam, wyłapał Kukuczkę, którego spotkał podczas tragicznej dla Kukuczki wyprawy na Lhotse w 1989 roku. Zaraz potem go jeszcze olśniło, że razem z Polakami (nazwisk nie podał), w 1999 roku wchodził na Nangę Parbat. Gdy zapytałam o najtrudniejszą górę z renomowanej 14-tki 8000 m+, wymienił Kanczendzongę.Co ważne, tuż przed przyjściem Mr Kima zdążyłam wziąć prysznic i zabrałam się za pranie, no ale wizyta Mr Kima czynność tę mi przerwała. Ledwo Mr Kim wyszedł, wróciłam do miednicy z już wystygłą wodą, ale zdążyłam wyprać raptem jedną skarpetkę, gdy gruchnęła wieść że przyszli Nepalczycy, a dokładniej Szerpowie, którzy mają poręczować K2, i którzy właśnie zatrzymali się w naszym obozie. No co zrobiłam? Ano zostawiłam pranie, nie ucieknie przecież, i pobiegłam zobaczyć czy są wśród nich moi znajomi Szerpowie, Lakpa i Mingma którzy kiedyś pomogli mi na Manaslu (opis tej sytuacji w książce o Manaslu). Jak to ja, na dzień dobry walnęłam gafę, bo w związku z brakiem pamięci do twarzy rzuciłam się z serdecznym powitaniem na jednego z Szerpów, który jak na złość miał na imię Lakpa i nawet zdziwiłam się, że jakoś nie wyraża wielkiego entuzjazmu z naszego spotkania, choć przecież bardzo się z Lakpą lubimy. Można wyobrazić sobie moją minę, gdy po chwili ktoś mnie uświadomił że Lakpa na którego czekam przyjdzie dopiero nazajutrz, a ten którego wyściskałam to tak naprawdę mnie nie zna. Ups! Przyznaję, tego typu gafy to moja specjalność, no ale jestem usprawiedliwiona (kto mnie nie zna i nie wie dlaczego, niech wbije sobie w wyszukiwarkę hasło „prozopagnozja” , które wszystko wyjaśnia).

Szerpowie odeszli, zdążyłam uprać jedną koszulkę, a tu rumor przed mesą – przyszła ekipa agencji Madison Mountaineering z jej słynnym szefem, Garettem Madisonem na czele. Wysokogórski zwyczaj nakazał zaprosić ich do mesy na herbatę, no i jakoś tak wyszło, że następną godzinę spędziliśmy na sympatycznych pogaduchach. Garett okazał się przesympatycznym facetem, ale trzeba przyznać że ekipę złożoną z Amerykanów, Brytyjczyków i Oksany – mieszkającej w Londynie Ukrainki, też ma fajną. Ciekawą postacią jest w niej 19-letni chłopak, który ma szansę zostać najmłodszym zdobywcą K2. Doświadczenie z górami wysokimi ma jednak takie sobie – był na wyprawie na Everest, ale doszedł tylko do Przełęczy Południowej, czyli do ostatniego obozu. Myślałam że jest może z którymś rodziców ale nie, wyjechał na wyprawę zupełnie sam. Interesujące jak przeżywają to jego rodzice. Cieszą się? Martwią? Są tak wyrozumiali dla pasji chłopaka, że go puścili czy też za pośrednictwem dziecka spełniają swoje marzenia i ambicje? Ledwo ekipa Garetta ruszyła dalej pod K2, ruszyłam się dokończyć pranie, ale gdy na chwilę wróciłam do mesy aby się cieplej ubrać, pojawił się kolejny gość – Wiktor, Katalończyk który okazał się prześmiesznym chłopakiem, ledwo mówiącym po angielsku (na szczęście w komunikacji wystarczył mój mierny hiszpański). Wiktor przygodę z ośmiotysięcznikami dopiero zaczyna, ale za to ma duże doświadczenie w skalnym wspinaniu – przerobił m.in. większość dróg na słynnym El Captain. Teraz jednak na górze nie zdążył się poudzielać, bo ma problemy zdrowotne – no zgadnijmy z czym? Z brzuchem rzecz jasna, przez co rozmowa zeszła ostatecznie na domowe sposoby leczenia różnych takich dolegliwości (Rosjanie polecili żucie… czarnej herbaty). Po kolejnej pół godzinie rozmów i kolejnych herbatek, Akbar (szef agencji) przypomniał że chyba mam zostawione pranie. No mam, więc idę prać, a tu w drzwiach zderzam się z poznaną dwa dni temu rosyjską parą – Dmitrijem i Tanią, którzy wpadli dowiedzieć się, co słychać. W górze jeszcze nie byli bo Tanię rozłożył… ból brzucha. Kurcze, to jakaś epidemia chyba…

A jak z praniem? Ano skończyłam jetuż przed kolacją, zmobilizowana obawą, że mi zamarznie. Ale co tam pranie, przynajmniej ciekawy dzień miałam.Ps. Do grona ciekawych osób które poznałam w ciągu ostatnich dni doliczyć jeszcze muszę:- Sirbara Khana – po śmierci Alego Sadpary najwybitniejszego pakistańskiego wspinacza (na koncie 7 ośmiotysięczników), który teraz chce obskoczyć obydwa Gasherbrumy.- Pakistańskiego HAPa o ksywce „Little Hasan” (Mały Hasan), który przedstawił się jako HAP Andrzeja Bargiela (podczas wyprawy na K2, kiedy to Andrzej zjechał na nartach, Mały Hasan pomagał mu ponoć we wnoszeniu ekwipunku i rozstawianiu obozów aż do ostatniego, Camp 4)- HAPa, który słysząc że jestem z Polski przedstawił się jako osobisty HAP Kingi Baranowskiej na wyprawie na Gasherbruma (chyba G2?).- kolejnego HAPa który twierdzi że był z kolei osobistym HAPem Artura Hajzera