Było lato, jest zima (26/06/21)

z Goro II (4400 m) do Concordii (4600 m), 26/06/2021

Niesamowite jak potrafi się zmienić pogoda. Wczorajszy dzień był upalny, słońce paliło, była prawdziwa „lampa” a dziś rano budzimy się, a tu śnieg! Namioty zasypane, a dookoła biało, biało. No i zamiast błękitnego nieba – ciężkie, szare chmury z których leciały nieprzyjemnie mokre płatki. Był tego jednak pewien plus, a mianowicie to, że drogę jaką mieliśmy do pokonania przeszliśmy szybciej niż było w planie, bo przynajmniej nie stawaliśmy co chwila na zdjęcia. Zresztą w ogóle szło się ciut lepiej, bo co mniejsze kamienie zostały przysypane i zrobiła się całkiem wygodna ścieżka zrobiona przez wychodzących wcześniej tragarzy.A właśnie – tragarze. Niesamowici są. Podziwiamy jak objuczeni różnymi ładunkami szybko i sprawnie przechodzą odcinki, które nam zajmują dużo więcej czasu. Przeskakują po kamieniach jak kozice, nie potykają się i o dziwo nawet nie ślizgają na podstępnych kawałach lodu.

No ale przede wszystkim podziwiamy jak wytrzymują w tych wysokogórskich warunkach w tym co mają na sobie. Wprawdzie coraz częściej widać na nich kurtki ewidentne otrzymane w prezencie od jakichś trekerów czy wspinaczy, jednak większość nosi te swoje tradycyjne luźne spodnie, do tego jakieś nędzne koszuliny i wełniane sweterki, zaś rękawic nie ma żaden. I tak w stosunku do 2017 roku widzę wielką poprawę w obuwiu jakie noszą. Wtedy większość z nich miała na nogach proste sandały lub w najlepszym razie jakieś rozpadające się półbuty, teraz natomiast ktoś im chyba odgórnie kupił rodzaj adidasów, które też na te warunki idealnie nie są, ale zawsze to jakaś poprawa. No i większość tragarzy nosi już skarpety, choć często z dziurami nie do załatania. Żal tych ludzi strasznie, zwłaszcza że ich szczerze polubiliśmy. Oczywiście dostaną od nas napiwki, ale raczej wątpliwe by kupili sobie za to lepsze ciuchy, bo przecież ważniejszą sprawą jest czekająca na pieniądze, zwykle wielodzietna rodzina.Już na dojściu do Concordii pokazał nam się po raz kolejny Broad Peak. Najpierw, z tych gęstych, ponurych chmur wyłonił się jego szczyt, a potem zaczęła odsłaniać się reszta góry. -O kurde, kawał góry! – jęknęłam, zdając sobie sprawę ile wspinania mnie tam czeka. Z drugiej strony trzeba przyznać, że góra jest piękna. Jej nazwa nadana przez brytyjskie służby robiące w XIX wieku pomiary tutejszych szczytów to K3, zaś Broad Peak to już późniejsze miano, odzwierciedlające kształt szczytu („broad” to po angielsku „szeroki”).Jakby przeciwwagą dla romantycznej scenerii było to co niedługo wyłoniło nam się przy samej ścieżce. Konkretnie – sterta… puszek. Brzydkich, pordzewiałych puszek, pochodzących jak podejrzewam z pobliskiego posterunku wojskowego. Niestety z problemem śmieci i nieczystości toaletowych w górach Pakistańczycy słabo sobie radzą, nie mówiąc o tym, że dla większości lokalsów wyrzucanie śmieci gdzie popadnie jest sprawą zupełnie oczywistą. I to nie tylko w górach – na tutejszych drogach wielokrotnie widzieliśmy kierowców czy pasażerów samochodów wyrzucających śmieci za okno.

Są jednak pozytywne wyjątki. Spotkaliśmy na przykład sympatycznych pakistańskich trekerów – ojca z 19-letnim synem, którzy zapytali czy mamy jakieś śmieci, bo oni schodzą w dół i mogą je zabrać. Kiedy nie kryłam swojego zaskoczenia ich podejściem, ojciec powiedział że sam z siebie chce dołożyć swój mały kamyczek do sprzątania naszej planety. Fajne, no ale widać było że facet reprezentuje intelektualną elitę – dobrze wykształcony, z dużego miasta (Karaczi). A właśnie, dzisiejsze spotkania… W poszukiwaniu naszych znajomych od wczoraj pakistańskich-trekerek (nie doszłam do ich obozu, bo są daleko), trafiłam do pobliskiego obozu gdzie są wspinacze z wyprawy na Gasherbrumy (agencja Imagine Climb Pvt.). Sami Pakistańczycy, a liderem jest Sirbaz Khan – w pakistańskim środowisku wspinaczkowym prawdziwa sława. Po śmierci Alego Sadpary na zimowym K2 to najbardziej utytułowany tutejszy wspinacz – ma na koncie 7 ośmiotysięczników. Jak się okazało, zdobył Lhotse 2 dni przede mną, a w wielu miejscach na wyprawie w 2019 roku musieliśmy się mijać. Zapytałam go, czy Alim Sadparą konkurowali ze sobą, czy się przyjaźnili i wspierali. Spojrzał na mnie… -W górach nie powinno być konkurencji – odpowiedział bez wahania. Pamiętam że tak samo powiedział mi kiedyś Nims. Mądrzy Ci Azjaci. Wiele możemy się od nich nauczyć.

No dobra, a co u nas, w naszej ekipie? Ogólnie okej, choć niektórzy odczuwają już wysokość, zgłaszając ból głowy i osłabienie. Mamy też sztafetę biegunkową – tę wkurzającą dolegliwość zaliczyła już połowa z nas (ja liczę że mnie ominie). Humory jednak dopisują, a i na niełatwe warunki nikt się nie skarży. Wchodząc na kolację, kiedy zrobiło się już naprawdę zimno, Krycha widząc jak trzęsiemy się z zimna rzuciła: -No cóż, upał ciut zelżał! Zimno nie przeszkadzało jednak, żeby przy kolacji sobie pośpiewać. Nie mamy gitary, ale repertuar piosenek górsko-turystycznych, a i szant też, przerabiamy. Dziś natomiast kolacja była tym bardziej uroczysta, że wypadły urodziny Trojana, no i kucharz upiekł tort! Nie wiem jak on zrobił tak pyszne ciacho w tutejszych warunkach, na prostym gazowym palniku, ale zrobił i naprawdę efekt był! Mało tego – do naszego „sto lat” po polsku, Pakistańczycy dołączyli z ich wersją, w urdu. W każdym razie wiem już że urodzinowe „wszystkiego najlepszego” to w urdu (fonetycznie): dżanam din mubarak ho.