Ach ta pogoda! (01/07/21)

Z Bazy pod Broad Peakiem (4800 m) do Japanese Camp (5600 m) i z powrotem do bazy (4800 m)

Niestety, w górach nie zawsze jest tak jak sobie człowiek zaplanuje. To natura rządzi, a zadaniem człowieka jest zasady, a czasem i humory natury szanować i się do nich przystosować. Dziś mieliśmy w planie założyć obóz pierwszy (C1), wynosząc przy okazji potrzebny sprzęt i w ramach aklimatyzacji tam przenocować. Prognozy wskazywały, że owszem, pogoda w stosunku do poprzednich dni będzie już ciut gorsza, czyli nie będzie „lampy”, ale ogólnie na działania górskie miało być jeszcze okej. Tyle że pogoda, zwłaszcza w Karakorum, lubi się zmieniać i normalne jest że prognozy to jedno, a rzeczywistość drugie.

Zaskoczenie było już po wczesno porannym wychyleniu głowy z namiotu – otaczała mnie wszechobecna białość, namioty pokrywał ciężki, mokry śnieg, no i sypało, sypało, bez specjalnej nadziei że skończy. Po długich rozterkach czy wychodzić zdecydowaliśmy że tak, wychodzimy, a decyzje będziemy dostosowywać do sytuacji. Nie wyszliśmy jednak o 4-tej jak planowaliśmy, a o 6-tej, bo i tak z braku słońca nie miało to znaczenia (wyjście o 4-tej miało na celu uchronienie się od męczarni prażenia się w gorącu na nasłonecznionym stoku). Po drodze do ściany spotkaliśmy słynny wspinaczkowy duet w składzie Don Bowie i Lotta Hintsa. Nie znałam ich wcześniej, no ale wiedząc że Lotta to była Miss Finlandii trudno było się nie zorientować że śliczna dziewczyna na lodowcowej ścieżce to właśnie ona. Pogadaliśmy chwilę – powiedzieli że spędzili w górze 6 dni, no ale że sypie i skończyło im się jedzenie, to postanowili zejść. Na koniec ostrzegli że warunki robią się ciężkie, zaprosili na pogaduchy do swojego obozu i rozeszliśmy się w przeciwne strony – oni do bazy, my z Fide – w kierunku ABC.

Termin „ABC” czyli z angielska Advanced Bace Camp = baza wysunięta, w przypadku Broad Peaka żadną bazą w sensie obozowiska akurat nie jest, ale Pakistańczycy jakoś upodobali sobie tak mówić, choć właściwiej byłoby powiedzieć „Crampon Point” (miejsce zakładania raków, uprzęży itp.). Przygotowując się w owym ABC do wspinania spotkaliśmy się z HAPami którzy jak się okazało wczoraj jednak oporęczowali drogę do jedynki. Widząc że wybieramy się do góry zaczęli nam odradzać wspinanie, zwracając uwagę że jeśli jeszcze popada, to zrobi się lawiniasto (w sumie to akurat wiedzieliśmy i bez ich rad). Tyle że jak na złość, chyba żeby tylko podkręcić nasze dylematy, akurat zrobiło się ładnie, przez moment pojawił się nawet skrawek błękitnego nieba i zaczęłam po cichu liczyć że może już więcej padać nie będzie. Na dodatek doszli dwaj Rosjanie – Anton i Witalij, którzy realizują projekt „Zjazdy na nartach z ośmiotysięczników” (ostatnio zjechali z Nanga Parbat) i zgadało się, że ich prognozy pogody były takie jak moje, czyli w miarę optymistyczne. Po krótkiej rozmowie z Fide stanęło na tym, że zakładamy raki, wbijamy się w ścianę i wspinamy się, a po drodze pomyślimy co dalej.Początek klasycznej drogi na Broad Peak już na początku wita pewnym utrudnieniem, a mianowicie trzeba pokonać nieprzyjemną szczelinę, której górnej krawędzi przy moim wzroście sięgnąć niełatwo (na szczęście Fide pomógł). Potem jest do pokonania całkiem stromy stok śnieżny, że mało bezpieczny można wywnioskować po lawiniskach, ale w razie czego jest na nim szansa że można odskoczyć na ograniczające go skały. Teraz póki co jeszcze nie ma spadających kamieni, ale pamiętając rok 2017 myślę że wraz z ociepleniem niestety się pojawią.

Ostatecznie do jedynki nie doszliśmy – po jakimś czasie znowu się rozpadało, a wszyscy których spotkaliśmy jak schodzili, uprzedzali że warunki są trudne i uprzedzali, że w jedynce nikt nie został. Ale i tak wysoko dotarliśmy – do położonego ok. 150 m poniżej jedynki miejsca zwanego Japońskim Obozem, gdzie ugotowałam sobie z roztopionego śniegu zupę pomidorową z ryżem (znaczy się – zalałam liofilizat), no i zrobiliśmy depozyt, zostawiając namiot, jedzenie, śpiwory, materace, gaz i trochę ciepłych rzeczy zawiniętych w namiotową płachtę i ortalionowy pokrowiec normalnie chroniący plecak. A potem? Potem zeszliśmy, a właściwie dzięki poręczówkom – zjechaliśmy na ósemkach w dół. Rosjanie uparli się że idą do jedynki, ale myślę że mocno ryzykują (oni jednak w razie czego mają narty, czyli mogą szybko zjechać na dół).Najgorzej dała nam w kość droga powrotna do obozu. Ze względu na zadymkę nic nie było widać i szczerze podziwiałam Fide, że wie jak iść. Nie chodzi o to że nie wiadomo gdzie jest obóz, ale o to, że kluczy się w labiryncie seraków (olbrzymich bloków lodowo-śnieżnych) no i trzeba wiedzieć gdzie są mosty śnieżne pozwalające na przejście niebezpiecznych lodowcowych rzek. Znam cztery przypadki śmierci w takich rzekach tutaj właśnie pod Broad Peakiem; jedną z ofiar była młoda Polka. Jeśli się wpadnie do takiej rzeki (właściwie potoku) nie ma szans na ratunek – zlodzone brzegi nie pozwalają na złapanie się czegokolwiek, a nurt jest tak silny, że nawet najlepszy pływak sobie nie poradzi i ostatecznie ginie wciągnięty gdzieś tam pod lodowiec.

Zakończyliśmy naszą „wycieczkę” po 8 godzinach przemoczeni, nie powiem – zmęczeni, ale jednak zadowoleni, że coś tam na górze podziałaliśmy. Najbliższe dni nie rokują na wyjście w górę – wg prognoz do 7 lipca ma sypać śniegiem, co dla wspinaczy oznacza przymusowy rest. Może przez ten czas przynajmniej jakoś się pointegrujemy? Niestety, dostęp do internetu temu nie sprzyja. Kilka tygodni temu postawiono maszt na Concordii i mamy teraz zasięg, co sprawia że zamiast rozmawiać między sobą, wspominać wyprawy, grać w karty itp., wszyscy siedzą z nosami w komórkach czy laptopach. Ja nie ukrywam że też, zwłaszcza że mój humorzasty, telefon akurat rzadko kiedy raczy dać mi połączenie, co oznacza że wszyscy mają internet a ja tylko od czasu do czasu, w dodatku z ciągle przerywanymi łączami. Krótko mówiąc nie gniewajcie się że nie odpisuję, nie dzwonię itp., ale samo załadowanie posta na facebooka w moim przypadku trwa czasem 2 godziny, a ja akurat z tych co nie samym internetem żyją.

No a korzystając z okazji – ściskam jednak wszystkich którzy mi kibicują i wspierają, choćby dobrymi myślami!