W drodze z Islamabadu do Chillas (18/06/21)

18 czerwca, ok. 15


W drodze z Islamabadu do Chillas


Do końca liczyliśmy na samolot, ale nie mieliśmy szczęścia. O 5 nad ranem Akbar obudził mnie telefonem, że biletów na lot nie dało się załatwić, co oznaczało że musiałam pobudzić towarzystwo zrobić i po szybkim śniadaniu wyjechaliśmy.


No to jedziemy… Na początku była jeszcze ładna, szybka autostrada z kilkoma niedawno oddanymi do użytku tunelami, ale teraz odbiliśmy ze słynnej KKH (czyt: kejkejdżej), jak Pakistańczycy nazywają Karakoram Highway, i jedziemy przecinającym góry skrótem.

Z ciekawostek po drodze – mijaliśmy miasteczko Abbottabad, gdzie w 2011 roku zabito ukrywającego się tam Bin Ladena. Aby odciąć się od kojarzenia miejscowości z przywódcą Al-Kaidy, ufortyfikowaną posiadłość władze zrównały z ziemią. Inna sprawa że na skojarzenia z terroryzmem zapracowało też i to, że wcześniej, jako że kilka lat temu złapano w nim Indonezyjczyka, który miał na sumieniu współorganizację zamachów które przeprowadzono m.in. na Bali (w jednym z nich zginęła dziewczyna z Polski).

To już 8ma godzina jazdy, a przed nami jeszcze 5 (jak dobrze pójdzie). Wertepy jak diabli, choć tu i ówdzie wjeżdża się na ciut bardziej równe pozostałości asfaltu. Tempo jazdy zróżnicowane – teraz jest to np. prędkość pieszego, bo i dziury, i sznur samochodów przed nami, ale są momenty gdy kierowca ma szansę wcisnąć dach po dechy, co od razu powoduje uśmiech na jego twarzy. Szkoda tylko że po przejechaniu kilkuset metrów znowu jest wciskanie hamulca i kolejne ślimaczenie się.


Ale i tak dobrze że możemy tędy przejechać, bo ta wysokogórska droga (wjeżdża się na Babusar Pass – przełęcz o wysokości 4173 m) czynna jest tylko 4 miesiące w roku – od czerwca do połowy listopada. Teraz otworzyli ją raptem tydzień temu, choć i tak co i rusz są tablice, że mogą zdarzyć się osuwiska ziemi i kamieni. Inny rodzaj tablic to „złote myśli” skierowane do kierowców, takie jak: „Szybkość daje adrenalinę, ale zabija” (ang. „Speed thrills but kills”), albo „Lepiej późno niż nigdy” (org. „Better late than never”).

Trzeba przyznać że tutejsi kierowcy lubią brawurową jazdę. Droga jest wąska , przy czym zalegający śnieg i zwały kamieni i tak ją po części blokują, co nie przeszkadza by wyprzedzać na przykład na zakrętach albo mimo zbliżającego się na czołówkę samochodu z przeciwka. Inna sprawa ze tutejsi kierowcy są nad wyraz opanowani i spokojni. Żadnych tam przekleństw i wyzwisk – owszem, w ruch idą klaksony, migania światłami i różne gesty, ale to raczej znaki informacyjne typu: dawaj, śmiało, masz miejsce itp.


Z drugiej strony sporo kierowców słabo sobie radzi z jazdą. To ci, którzy przyjechali tu z południa, na urlop, a tam u siebie nie mają okazji do jazdy po krętych, górskich drogach, z przepaściami przed którymi nie ma tu żadnych barierek, na dodatek ze śniegiem i przelewającymi się przez drogę potokami. Dodatkowym utrudnieniem są co i rusz stada przeganianych szosą kóz i owiec. Rejon w którym jesteśmy to dla Pakistańczyków jeden z ulubionych rejonów urlopowych, zarówno ze względu na rzeczywiście piękne widoki jak i przyjemne temperatury. Klimę w busie już dawno mamy wyłączoną i cieszymy się, że nie spływamy potem będąc w Islamabadzie w którym jest dziś ponoć 36 stopni.

Turystów zagranicznych nie widzieliśmy w ogóle. Pan z przydrożnej knajpki gdzie na chwilę stanęliśmy w poszukiwaniu toalety powiedział że jesteśmy pierwszymi, jakich ma od rozpoczęcia pandemii. Dlatego też byłam mocno zaskoczona gdy w hotelu (nie ukrywam, całkiem dobrym), gdzie jedliśmy obiad, właściciel powiedział że jego gośćmi są… głównie cudzoziemcy. Dopiero potem okazało się, że chodzi o pracowników ambasad i Europejczyków na kontraktach.

No a jak spędzają tu urlop Pakistańczycy? Mam wrażenie że główną atrakcją jest tu dla nich uwiecznienie się przy płatach śniegu – tak jak pisałam wcześniej, większość z nich to turyści z południa kraju, gdzie jest zdecydowanie pustynnie.

Dwie godziny później…
Niedługo zacznie się ściemniać, a my dopiero na przełęczy. Do Chillas mamy jeszcze 45 km – niby wydaje się że nie dużo, ale w tutejszych warunkach będzie ze 2 godziny jazdy. Żeby nie było za łatwo, zaczęło sypać mokrym śniegiem, a nasz przewodnik „pocieszył nas” że jutro drogę oblicza na ok. 10 godzin jazdy. Ale… Nikt nie narzeka, wszystkim droga się podoba, bo przecież takich klimatów w Europie nie mamy