Chillas – Skardu (19/06/21)

Pół godziny po pakistańsku.

Dzień pełen wrażeń… Widoki – obłęd! Największe wrażenie zrobiła na nas potężna Nanga Parbat, zwana tutaj „Killer Mountain” (Góra Zabójca), ale niczego sobie był też punkt widokowy na styk trzech olbrzymich masywów górskich: Himalajów, Karakorum i Hindukuszu. No ale to co było na drodze, po części słynnej Karakoram Highway (pisze się w oryginale „KarakorAm”, jedynie po polsku jest „KarakorUm”) też było niesamowite (mam na myśli jazdę na krawędzi przepaści, organizację ruchu, a właściwie jej brak i samą drogę – w dużej mierze wciąż bez asfaltu).

Ale nam ta Karakoram Highway dała w kość! Dziś miał być krótki, jedynie ok. 7 godzinny przejazd, a tymczasem spędziliśmy w podróży bite 22 godziny! Kierowca z przewodnikiem przekonali nas, że jak wstaniemy o 3 w nocy i szybko ruszymy, to wykorzystamy czas mniejszego ruchu na drodze, a poza tym nie będzie jeszcze ekip remontujących drogi, ale i tak psu na budę te nasze zerwanie się po nocy – zamiast być w Skardu na lunch, dotarliśmy po północy, totalnie wykończeni i solidnie zakurzeni. Powód? Ano po półtorej drogi całkiem wygodnej jazdy (po asfalcie znaczy się) stanęliśmy… Okazało się że w nocy osunął się kawał góry i zasypał jadącą ciężarówkę. Zginęły dwie osoby, a osuwisko zablokowało drogę, co sprawiło że z jednej i drugiej strony zaczął się tworzyć potężny korek samochodów. -Pół godziny i ruszymy! – zakomunikował nasz przewodnik po wizji lokalnej, a my naiwnie uwierzyliśmy.

Minęła godzina, półtorej… Nikt poza nami się nie niecierpliwił, bo przecież każdy Pakistańczyk wie, co znaczy Karakoram Highway (czyli: dojedziesz jak dojedziesz, o ile w ogóle dojedziesz). Gdy już słońce wyjrzało zza chmur i zaczęło się robić naprawdę gorąco, między leniwie przeciągającymi się kierowcami gruchnęła wieść: -Jeszcze tylko pół godziny! Wieść dotarła także do nas, co rzecz jasna bardzo nas ucieszyło i podkręciło optymistyczne nastroje.

Minęło trzy razy po pół godziny, czyli półtorej godziny, w międzyczasie moja dzielna ekipa uwaliła się na siedzeniach busa i smacznie spała, kiedy przyszedł przewodnik z uaktualnionymi wieściami: – Prace przerwano, bo lecą kamienie (w znaczeniu: lecą z góry, więc niebezpiecznie).

Upał tężał, ale na szczęście okazało się że niedaleko jest „hotel” (tak to określił przewodnik) gdzie postanowiliśmy podjechać, żeby przeczekać dłużący się już czas. „Hotel” okazał się rozwalającą się budą z trzema pokoikami o standardzie minus jednej gwiazdki (i tak były zajęte), było jednak trochę cienia i miejsce gdzie rozłożyliśmy sobie karimaty tak więc udar słoneczny już nam nie groził. Około południa przy „hotelu” był już tłum ludzi – kierowców i pasażerów czekających w kolejce samochodów, a my jako jedyni cudzoziemcy stanowiliśmy główną atrakcję.

Ciągle ktoś podchodził i prosił o wspólne zdjęcie, mieliśmy już nawet znajomych policjantów użyczających nam do zdjęć swoje karabiny i ogólnie było miło. Co ciekawe – nikt z pakistańskiego towarzystwa nie wyrażał zniecierpliwienia, a na pytanie czy takie wypadki jak ten, że ktoś ginie przywalony kamieniami, usłyszeliśmy, że jasne, tak, nie ma tygodnia żeby coś takiego się nie zdarzyło. Hmm, trudno to było nazwać pocieszeniem na dalszą jazdę, ale póki co i tak nigdzie nie jechaliśmy.

Z racji tego, że nic nie wskazywało na to, że się cokolwiek ruszy, zaczęliśmy kombinować jak tu załatwić dwa dżipy, które mogłyby nas zabrać drogą dla mniejszych samochodów (była taka równoległa). Gdy już nasz przewodnik znalazł jakieś autka do wypożyczenia, przyszło info: – Maszyny znowu pracują – pół godziny i będzie po sprawie! Skoro tak to dżipy wstrzymaliśmy, jak się okazało słusznie, bo po 2 godzinach drogę otworzyli. Uff, to było jedno z najdłuższych „pół godziny” jakie w swomi życiu zaliczyłam 🙂.

Ale żeby nie było za łatwo – jak się okazało nie był to koniec naszego pecha na Karakoram Highway. Niedługo potem znowu staliśmy (tym razem odpadła na drogę gąsienica od wielkiej maszyny rozpruwającej skały), a w kolejnym miejscu znowu coś tam się obsypało. A my?

My tymczasem przyzwyczailiśmy się że Pakistan rządzi się swoimi prawami, że „pół godziny” to dość umowna jednostka czasu, i że dojedziemy jak dojdziemy. A gdy już dotarliśmy do Skardu, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przejazd Karakorum Highway to dość specyficzna przygoda, ale warto było ją zaliczyć!