Etap przygotowań

Z Karolem, po jednym z treningów.

3-4 czerwca, Warszawa
Telekonsultacje
Finisz z Formą na Szczyt

Jeju, ale mi żal… No bo miałam jechać na weekend w moje ukochane Bieszczady, z niebyle jakiej zresztą okazji, bo na imprezę z okazji 60-lecia mojego koła, SKPB Warszawa (inaczej: Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) ale że jestem „w lesie” z pakowaniem, rozsądek nakazał odpuścić. Szkoda, bo następnego „lecia” trzeba będzie czekać 10 lat.

Za to na spokojnie mogłam skupić się na ostatnich konsultacjach ze specami z Formy na Szczyt. Na pożegnalnym treningu dostałam od Karola w prezencie mini-wałek do rolowania. Karol stwierdził że jakiś płaski kamień na którym będę się mogła wyciągnąć i wykonać kilka ćwiczeń na pewno znajdę i że na pewno mi to zaprocentuje szybszą regeneracją. Trochę byłam sceptyczna, ale po argumencie że Adaś Bielecki też taki wałek wziął na Annapurnę, stwierdziłam, że chyba trzeba Karolowi ufać.

To zdjęcie z kwietnia – analizujemy z Martą wyniki moich badań (żelazo, wapń etc.)

Z Martą-dietetyczką, przegadałam bite dwie godziny. Jak stosować izotoniki, jakie żele, co zjeść przed atakiem szczytowym, jak  przyrządzać pierzgę (do tej pory nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje – chodzi o w uproszczeniu: koncentrat pyłku pszczelego) i mnóstwo innych tego typu rad. Okej, jak ma pomóc…

No a na koniec była jeszcze telekonferencja z Robertem (lekarzem). Głównym moim problemem są zaburzenia kardiologiczne i zdarzające mi się w związku z omdlenia plus podejrzenie astmy „wysokościowej”, tak więc tym bardziej muszę działać rozsądnie. Robertowi ufam, bo to nie tylko dobry lekarz, ale też himalaista (zdobywca trzech ośmiotysięczników), tak więc teoria w jego przypadku idzie w parze z praktyką.
Jedno jest pewne – ogólnie czuję się przygotowana. Zwłaszcza od strony teoretycznej. Jak wyjdzie – czas pokaże. Życie i tak pisze najbardziej nieprzewidywalne scenariusze.

 

 

29 kwietnia –  UELI STECK NIE ŻYJE! 
Co za koszmarny news… Wstaję rano, żeby zobaczyć co tam na Evereście (w kwietniu i maju kiedy jest sezon na wspinanie w Himalajach śledzę co tam u znajomych wspinaczy słychać), a tu – poraziło mnie! Mroczki mi stanęły przed oczami i się najnormalniej w świecie poryczałam…
Powód? „Zginął Ueli Steck..” -wyczytałam. Uli jest…, znaczy się – był, jednym z najlepszych na świecie himalaistów. Ponieważ słynął z bardzo szybkich, sprawnych wspinaczek, mówiło się o nim „Swiss Machine” (faktycznie był Szwajcarem).

U góry zdjęcie z Wikipedii pokazujące co Ueli zamierzał zrobić w maju br. (trawers Everestu połączony z Lhotse), u dołu moje zdjęcie pokazujące topografię terenu.

Dowiedziałam się o wypadku godzinę temu i nie mogę uwierzyć… Pamiętam jak w 2013 r. siedzieliśmy sobie z Uelim i Simone Moro w namiocie chłopaków i gadaliśmy, oczywiście o górach. Bardzo Uliemu w tym co robił kibicowałam – imponował mi zarówno umiejętnościami, jak i niezwykłą skromnością. W tym roku planował trawers Everest-Lhotse (mapka na zdjęciu), tak więc ramach aklimatyzacji robił wypady na wznoszące się obok obozu 1 i 2 siedmiotysięcznik Nuptse. Niestety, dzisiaj, robiąc sobie takie treningowe wyjście, ponoć się poślizgnął, no i poleciał, bo jak to zwykle on – wspinał się solo, bez asekuracji.

Nie dociera to do mnie, zwłaszcza że przymierzałam się do wywiadu z Uelim. Na dodatek w 2013 roku na tej samej górze, też w ramach przygotowań do próby zrobienia nowej drogi na Evereście, a na Nuptse wychodząc treningowo, zginął Aleksiej Bołotow, którego też zdążyłam poznać.
Teraz Ueli i Aleksiej mogą się razem wspinać na niebiańskim Evereście. Żadne to jednak pocieszenie…

ps. Jak się wspinał Ueli, można zobaczyć na filmiku. Kliknijcie tutaj.

29 kwietnia. Dobre rady Kuby Porady…

Razem z Kubą Poradą i panem kamerzystą oglądamy wyniki naszej pracy. Nie widać Gosi Główki (producentki), która robi nam fotę.

Dziś w ramach cyklu „Pokaż nam świat” TVN wyemitował program, w którym razem z prowadzącym Kubą Poradą, rozmawiamy o przygotowaniach  do mojej wyprawy.  Jak wypadłam nie chcę oceniać (zwłaszcza, że się nie oglądałam 🙂 ), natomiast niezwykłe jest, jak bardzo czasochłonne, a zarazem pracochłonne jest nagranie takiego kilkuminutowego wejścia na antenę. Tak czy owak był to ciekawie, efektywnie, a zarazem wesoło spędzony czas.

 

18 kwietnia – Forma na szczyt – w przenośni i dosłownie

Ćwiczenia pod czujnym i wymagającym okiem Karola Henniga.

W ramach przygotowań swojej formy na szczyt zaczęłam treningi z „Formą na szczyt” –  firmą. Tworzy ją trio zapaleńców, którzy sami chodzą po górach, wspinają się, biegają ultramaratony, a że są specjalistami w różnych przydatnych przy tych aktywnościach dziedzinach, to postanowili swoją pracę i zainteresowania połączyć, tak aby przy tej okazji coś tam zarobić, ale równocześnie robić coś pożytecznego dla tych, którzy chcą zdobywać góry.  I tak Karol Hennig zajmuje się treningami kondycyjnymi, Marta  Naczyk – ustawieniem diety wspinacza pod kątem specyfiki gór, a Robert Szymczak to moim zdaniem najlepszy w Polsce lekarz od medycyny wysokogórskiej.
Cała trójka przygotowuje osoby oddelegowane pod ich opiekę przez Polski Związek Alpinizmu (m.in. ekipa zimowej wyprawy na K2), tak więc i ja też z tej „protekcji” pod opiekę kolegów i koleżanki trafiłam.

Jak dotychczas miałam dwa treningi z Karolem, które uświadomiły mi jedno:  zamiast skupić się na bieganiu, trzeba było wykonywać różne ćwiczenia wcale nie tak bardzo męczące, ale w rezultatach – efektywniejsze. No i przekonałam się, że nawet porozciągać się po treningach prawidłowo nie umiałam… Do wyprawy zostało półtora miesiąca – trzeba je będzie dobrze wykorzystać. Póki co gonię na spinning (to już bez Karola).

 

7 kwietnia. I tylko kasy brak…

W Zimbabwe szybko można stać się milionerem. Oto sto tryliionów tamtejszych doarów!

Myślami jestem już w Karakorum, a tu jak na razie stan finansów wyprawy wynosi zero!!! Niedobrze, same chęci nie wystarczą. Trzeba działać!
W międzyczasie rozmawiałam z Karolem z Formy na Szczyt, który ma pomóc mi w przygotowaniu kondycyjnym.  Umówiliśmy się na wtorek. Coś czuję że w ramach sprawdzianu dostanę niezły wycisk :).

 

6 kwietnia
Wieczorem, zaraz po treningu (bieg 12 km w szybkim tempie) spotkałam się z chłopakami jadącymi na Lhotse (Kuba Bojan i Mateusz). W sumie to ja też się na Lhotse wybierałam, no ale uznałam że Broad Peak jest ciekawszą opcją. Ale teraz im trochę tego Lhotse zazdroszczę, zwłaszcza że sporo znajomych tam będzie (ci znajomi to głównie w ekipach everestowych, bo obie góry mają wspólną bazę i obozy I, II, III). Potem, przez facebooka pogadałam jeszcze z Januszem Adamskim, który z kolei zamierza zdobywać Everest bez wspomagania się tlenem z butli. Oj, szykuje się ciekawy sezon. Będzie za kogo trzymać kciuki.