Wyprawa zakończona

    Więcej zdjęć – na https://www.facebook.com/monikawitkowska.travel/

PODSUMOWANIE WYPRAWY

Droga do obozu III. Gdzieś na wysokości 6400 m n.p.m.

Jak oceniam swoją wyprawę na Broad Peak? Ano jako bardzo udaną. Zobaczyłam osławione Karakorum, góry o których marzyłam od dawna, zmierzyłam się z ośmiotysięcznikiem który wśród Polaków ma dość kiepską „sławę” (zginęło tam w sumie siedmioro naszych rodaków), ale równocześnie ma też dużo uroku, zakumpliłam się z mnóstwem fajnych ludzi, z których niektórzy to sławy górskiego świata (inna sprawa że nie ma dla mnie znaczenia czy ktoś jest sławny czy nie, liczy się człowiek jako taki), no i odkryłam kraj, o którym wcześniej niewiele wiedziałam, a który zaliczam teraz do moich ulubionych (naprawdę, zakochałam się w Pakistanie). A że nie weszłam na szczyt? No trudno – tym razem Góra nie była łaskawa (choć może bardziej – pogoda). Najważniejsze że wróciłam, że nic mi się nie stało. Poza tym zawsze

Wcale nie zawsze było błękitne niebo. Częściej było właśnie tak.

powtarzam, że najważniejsza dla mnie jest w górach droga na szczyt, wszystko to co się z górą wiąże (ludzie, ciekawe historie, widoki, przyroda). Szczyt zdobyć chcę, lecz nie za wszelką cenę.

Wiem, wiele osób jest ciekawych, dlaczego wróciłam z wyprawy „bez szczytu”. Mam też pytania o rady i informacja praktyczne od osób które myślą o wybraniu się do Pakistanu. W takim razie polecam lekturę poniższego tekstu. Pisałam go wracając z gór do Islamabadu, jednak potem się tyle działo, że o nim… zapomniałam i dopiero teraz upubliczniam (tydzień po powrocie do kraju)

 

15 godzin w dżipie z Chillas do Islamabadu

Natchnęło mnie na „górski rachunek sumienia” i podsumowanie mojej wyprawy.

Broad Peak – ośmiotysięcznik który dał mi kosza 🙂

Mam trochę kaca, bo wiem, że Góra (Broad Peak znaczy się) była w moim zasięgu. Przynajmniej tak mi się wydaje teraz, z perspektywy dolin, bo tam w górze wcale to takie oczywiste nie było. Teraz już zapomniałam o zimnie, kryzysach, buntującym się na dużej wysokości organizmie, stresie, ryzyku, tęsknocie do bliskich, chwilach zwątpienia czy wkurzenia że przecież można byłoby sobie wymyślić trochę inny sposób spędzania wakacji  :).

Dużo pracy włożyłam w przygotowanie tej wyprawy, w przygotowania – organizacyjne, fizyczne i mentalne. Pomagało mi w tym wiele ludzi, za co jestem im bardzo wdzięczna, choć od początku  zastrzegałam, że w górach różnie bywa i że nie każda wyprawa kończy się wejściem na szczyt. Dotychczas wszystkie swoje wysokie góry zdobywałam przy pierwszym podejściu, tak więc statystyki i tak miałam niezłe :), natomiast brałam pod uwagę, że istnieje duża szansa, że któraś góra jednak mnie na siebie nie wpuści. Tą górą okazał się Broad Peak.

WIdoki są obłędne. Tutaj nawet wysoko nie jesteśmy – jakieś 5400 m, ale jest na co patrzeć.

Po raz pierwszy byłam w Karakorum, tak więc nie znałam specyfiki tych gór. Słyszałam że są humorzaste pogodowo, że w Himalajach jest łatwiej, bo są bardziej przewidywalne. Teraz już wiem, na czym to polega i dlaczego wielu doświadczonych wspinaczy w Karakorum przyjeżdża na tę samą górę po kilka razy (Oscar, Hiszpan który Broad Peakiem kończył swoją Koronę Himalajów, próbował zdobyć Broad Peak już po raz siódmy!). Pogoda na Broad Peaku czy sąsiednim K2 to prawdziwa loteria – prognozy pogody się nie sprawdzają, warunki zmieniają się błyskawicznie, no i w efekcie opracowanie taktyki ataku szczytowego przypomina grę w totolotka, zwłaszcza gdy mamy 5 prognoz, a każda mówi coś innego (na dodatek przeciwstawnego). Tu dla niewtajemniczonych: dobra pogoda na atak szczytowy nie oznacza marzeń o bezchmurnym niebie – nieba nie musi być widać, ale zależy nam na jak najsłabszym wietrze, no i wcześniej chcemy, żeby nie było dużych opadów śniegu stwarzających ryzyko lawin (na Broad Peaku, na dojściu do obozów, lawiniastych odcinków jest całkiem sporo). Poza tym opady śniegu to konieczność forsownego torowania drogi i

Odpoczynek w ABC – tak zwanej bazie wysuniętej.

problem zasypywania poręczówek (poręczówki to nie tylko asekuracja, ale także ułatwienie orientacji w terenie, co w nocy czy przy słabej widoczności jest kluczowe w kwestii bezpieczeństwa).

Zaaklimatyzowana byłam dobrze, zdrowotnie-kondycyjnie czułam się super. Niestety – dwa razy próbowałam ataków szczytowych i dwa razy, ze względów pogodowych zabrakło szczęścia. Pierwszym razem w obozie III (7100 m) zasypały nas niespodziewane, niepokazywane w prognozach opady śniegu. Zamiast iść na szczyt musieliśmy się ewakuować w dół – zagrożenie lawinowe było zbyt duże, a i tak nie mielibyśmy szans przetorować sobie drogi. Drugim razem dałam się podpuścić nieprzemyślanym działaniom kilku innych wspinaczy, którzy przekonywali że to ostatnia szansa na atak. Kosztowało nas to mnóstwo sił, a tymczasem koledzy stwierdzili, że się w tych prognozach pomylili i pogoda na kolejne dni żadnego ataku nie rokuje (czekanie na dużej wysokości nie ma sensu – za bardzo wycieńczamy nasz organizm). Na dodatek od pewnego momentu już nie miałam się z kim wspinać. Moja początkowa ekipa (Austriacy) wycofali się, inni wspinacze na których liczyłam też odpuścili, na wynajęcie choćby dla towarzystwa tragarza wysokościowego (dla  towarzystwa, bo wszystkie niezbędne rzeczy do obozu II, jak śpiwór, jedzenie, gaz itp. wyniosłam sobie wcześniej), nie miałam po prostu funduszy.

Lawina w której mogłam zginać. Zdjęcie Chrisa, wspinacza z Australii.

Równocześnie przyznaję – miałam na tej wyprawie dwa przełomowe momenty, które trochę dały mi do myślenia i nieco przytemperowały mój górski zapał. Jednym była lawina. Obok jest jej zdjęcie. Lawin w czasie mojego pobytu w bazie pod Broad Peakiem i K2 widziałam dużo, ale ta była szczególna. Po pierwsze wielka, po drugie – miałam szansę w niej zginąć. Poprzedniego dnia, będąc w obozie II (6200 m) dyskutowałam z moją kanadyjską kumpelą, o której zaczniemy schodzić do bazy. Ja chciałam wyruszyć wcześniej, Grace chciała pospać i wystartować o 8-mej. Nie chciałam się kłócić – stanęło na jej uporze. Być może dzięki temu żyjemy, bo gdybyśmy wyruszyły zgodnie z moim planem, na lawinę lecącą torem naszego zejścia, byśmy się zapewne załapały.

Obóz bazowy pod Broad Peakiem. Wysokość 4800 m.

Drugi moment kryzysowy dla mojej psychiki stanowiło spotkanie z Laurą – Meksykanką którą 10 dni wcześniej poznałam w obozie I. Laura była wtedy pełna sił, promieniała ze szczęścia, widać było że góry to jej żywioł (Broad Peak był dla niej chyba 10 ośmiotysięcznikiem). Przy próbie ataku szczytowego Laura dostała obrzęku mózgu. Kiedy ją drugi raz zobaczyłam, zamiast pełnej energii dziewczyny zobaczyłam osobę wizualnie kilkanaście lat starszą, mającą problemy z chodzeniem i nie potrafiącej dobrać słów aby odpowiedzieć na moje najprostsze pytania. Pozostaje mi mieć nadzieję, że zmiany jakie zaszły w mózgu Meksykanki, są odwracalne…

Co z perspektywy czasu uważam za błąd:
– za wczesne rozpoczęcie wyprawy (dotarcie do bazy już w połowie czerwca) – to nasza wyprawa zakładała poręczówki z których potem wszyscy korzystali
– podłączenie się pod wyprawę austriacką – zakładałam że językiem dominującym w ekipie będzie niemiecki, ale liczyłam, że w sprawach techniczno-organizacyjnych austriacki lider będzie rozmawiał ze mną i koleżanką z Kanady po angielsku (obie nie znamy niemieckiego). Niestety, mnóstwo spraw było niedogranych przez brak komunikacji, a my z Grace w naturalny sposób zostałyśmy z ekipy „wyoutowane”
– brak sprawdzonego partnera/partnerki do wspinania

Mimo wszystko to była naprawdę udana wyprawa. Niczego nie żałuję – bagaż doświadczeń jaki zdobyłam,  przygody, ciekawe znajomości i przeróżne przemyślenia rekompensują mi miesiące przygotowań, z takim trudem uzbierane pieniądze i tygodnie spędzone w trudnych, górskich warunkach.

Czy wrócę jeszcze na Broad Peak? Wiem, kiedyś zarzekałam się, że nie wracam na tę samą górę, ale… Czyli odpowiedź jest: tak, jeśli tylko miałabym możliwość zdobycia na to pieniędzy, chciałabym jeszcze raz spróbować!

 

21 lipca, Z K2 Base Camp do Broad Peak Base Camp
46 dzień wyprawy
Czas pożegnań

Polski obóz pod K2.

Z dużym żalem żegnałam się z bazą pod K2, a zwłaszcza z polskim obozem. Ale zanim to nastąpiło, niemal cały dzień spędziłam z naszymi chłopakami. Cieszę się, bo wreszcie na spokojnie udało mi się pogadać z Jędrkiem. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba to jak działa i jakie ma podejście – do gór i życia  w ogóle. I mimo sukcesów nie poprzewracało mu się w głowie – w każdym razie ma we mnie zagorzałego kibica (kibickę? :))

Około południa w ramach wycieczki dotarła prawie cała ekipa z bazy pod Broad Peakiem – Chilijczycy, Waldi, Grace, Sana, nawet Irańczyk i Peruwiańczyk. Na początku było dość sztywno, poniekąd ze względów językowych, potem jednak międzynarodowe towarzystwo zaczęło się

W czasie rozmowy z Jędrkiem Bargielem.

integrować. Wiem od Chilijczyków, że bardzo duże wrażenie zrobiła na nich rozmowa z Januszem Gołębiem – pół wieczoru potem jeszcze do tego wracali. Były wspólne zdjęcia, obiad, a nawet… mecz bokserski, bo Kamil, jeden z trekerów którzy wczoraj dotarli, okazał się trenerem tego sportu na Legii, a że wziął kilka par prawdziwych rękawic bokserskich, więc była okazja poćwiczyć.
Zamówieni na dziś tragarze nie dotarli, tak więc spakowane torby zostawiłam w namiocie i tylko z plecakiem, razem z resztą towarzystwa, na kolację zeszłam już do bazy pod Broad Peakiem. Tragarze mają się pojawić jutro (i przynieść mi torbę), natomiast na trekking wyruszamy pojutrze, w ostatecznym składzie: ja, Grace, Jimmy i Andre (dwaj Chilijczycy). Fajnie że chłopcy z nami idą, bo będzie na pewno fajniej, no i bezpieczniej (idziemy na skróty, ale za to mamy do pokonania przełęcz, prawie 6 tys. m wysokości).

 

20 lipca, K2 Base Camp
45 dzień wyprawy
Dzień polski
Zaraz po śniadaniu pognałam do polskiego obozu aby przeprowadzić wywiad z Andrzejem Bargielem, a tymczasem okazało się że Jędrek wziął narty i poszedł

Swojskie grono czyli polska ekipa pod K2.

w górę, notabene aby  na tych nartach zjechać. Fakt, umówieni na ten wywiad na dziś nie byliśmy, tak więc pretensji nie mam – na to konto popatrzyłam sobie przez lunetę jak Jędrek podchodzi. No więc nie podchodzi jak normalny człowiek – to istna dwunożna maszyna. Po prostu sprawia wrażenie jakby poszedł sobie na sympatyczny, lajtowy spacerek, a to że stromo, że wysoko, że tacha te narty, to po prostu drobiazg. Jędrek idzie – szybko i bez przystanków, a jak rozmawia z bazą przez radio, to w ogóle nie słyszy się żadnej zadyszki (no chyba że akurat tak trafiłam).
Przed obiadem wpadłam na chwilę do namiotu, żeby się trochę podpakować, a tu nagle… ktoś gada  po polsku. Wyskoczyłam, mówię „cześć” do trzech mijających mój namiot facetów, przedstawiam się, oni też i… niespodzianka! Jeden z nich to Darek Urbanowicz, mój dawno niewidziany kolega! Musieliśmy przyjechać do Pakistanu żeby się spotkać J

Tak zwany Memoriał, czyli umieszczone pod K2 tabliczki ku pamięci ofiar okolicznych gór.

Popołudnie wykorzystałam na ponowny wyskok na Memorial Hill – wzgórze z tabliczkami upamiętniającymi tych, co zginęli na okolicznych górach. Janusz Gołąb zamontował tam niedawno kolejną polską tabliczkę, ku czci …Wróża, polskiego himalaisty który zginął na K2 w 1986 roku. Tym razem na spokojnie sobie wszystko obejrzałam. Natknęłam się m.in. na  położoną na kamieniu, wyblakłą już polską flagę z napisem że ku pamięci Maćka Berbeki. Znalazłam też but z fragmentem kości. Smutne miejsce…
Za to końcówkę dnia miałam wesołą. W obozie polskim wszyscy czekaliśmy na zjazd Andrzeja. Bartek, brat Jędrka filmował go z drona, Piotruś kręcił film przez tą super lunetę, a ja tymczasem po babsku się o naszego bohatera po prostu bałam (co nie przeszkadzało mi w robieniu zdjęć). Oczywiście Jędrek zjechał jakby nigdy nic – tak jakby to był zjazd z Gubałówki. Seraki? Szczeliny? Stromizna? Eee, tam…

Uwaga! Jędrek zjeżdża po stokach K2!

Kolacja z kolegami-rodakami tym razem mocno przeciągnęła się. Poniekąd powodem było dotarcie nie tylko wymienionej na początku trójki, ale także Piotra Snopczyńskiego (Snopka), weterana polskich wypraw w góry wysokie (też robił próby z Broad Peakiem). Piotr przywiózł ze sobą pyszną miodówkę (tylko 30%, to tak jakby nic – zapewniał). W rezultacie chłopcy zamiast grać w pokera (to jedno z głównych bazowych zajęć), dziś oddawali się całkiem sympatycznym rozmowom. Aż nie chciało mi się od nich wychodzić i szczerze mówiąc zaczęłam żałować, że już jutro opuszczam bazę pod K2.

 

19 lipca, z BP Base Camp do K2 Base Camp
44 dzień wyprawy
Herbatki – na słono i z prądem
I znowu nie udało mi się wyjść z bazy pod Broad Peakiem tak jak planowałam, czyli bladym świtem. Bladym świtem padało, więc tylko przewróciłam się na drugi bok, a jak już przestać padało, to zostałam ściągnięta do mesy gościnnej Laila Peak na śniadanie. Po śniadaniu z kolei przyrządzono specjalnie dla mnie tradycyjną pakistańską herbatę – Payu Chaye, tak więc znowu – trzeba było posiedzieć. Swoją drogą herbata zasługuje na uznanie, bo to herbata na słono, trochę w stylu tybetańskiej, ale lepsza – może dlatego że nie z masła jaka, a krowiego. Wyglądem też się różni od zwykłej – jest lekko różowawa. Uczynny Sana napisał mi przepis jej przygotowania. W sumie to poza nim i Ibrahimem, który pracą w roli kelnera nikt inny chyba nie mógł by tego zrobić, bo większość obsługi wypraw (tragarze, obsługa obozów) nie umie pisać ani czytać, ba – często też mają problem z odczytaniem godziny z tarczy zegarka.

Popołudnie spędziłam z kolegami z polskiego obozu – m.in. na dyskusji z Januszem Gołębiem odnośnie podziału: wspinacze sportowi (jak nazywają siebie uczestnicy wypraw PZA) i turyści wysokogórscy (jak nazywają nas ci pierwsi). Bardzo lubię i cenię Janusza, ale nie będę kryła że we wspomnianej kwestii mocno się różnimy. A tak na marginesie, to zaraz na wejściu zostałam poczęstowana „herbatką z prądem”. Nie wiedziałam że polska wódka na tej wysokości, a zarazem na obczyźnie, może tak bardzo smakować.
Z kolei wieczór spędziłam na kolacji u Meksykanów. Trochę się wkopałam, bo nie lubię jeść na ostro, a oni akurat lubią, więc specjalnie się nie najadłam, ale przynajmniej miło pogadaliśmy. Ciekawa para – Baldia jest moją rówieśnicą, Mauricio to z kolei 60-latek. Jak się śmieje Baldia: nie mają dzieci, ale mają góry. Wydają na wyprawy wszystkie oszczędności – Baldia już jakiś czas temu sugerowała, że powinni rozejrzeć się za kupnem jakiegoś domu, ale Mauricio przekonał ją, że dom kupią na starość. Z K2 próbują już drugi raz – Baldia jest nieco zwariowana, nie zastanawia się specjalnie nad ryzykiem, Mauricio to z kolei asekurant, mocno wyczulony na kwestie bezpieczeństwa. Życzę im z całego serca, by teraz im się udało!

 

18 lipca, z K2 Base Camp (5000 m) do BP Base Camp,
43 dzień wyprawy.
Deszcz, karty i czyli chili

Co za obrzydliwa pogoda! Praktycznie cały dzień pada. Deszcz! Chyba wolałabym śnieg, co na 5 tys. metrów wydaje się być bardziej oczywiste.
Przez ten deszcz zamiast wyjść rano do broadpeakowego base campu, wyszłam dopiero po południu. Po prostu czekałam aż przestanie padać, no ale się nie doczekałam. Inna sprawa że i tak głupio byłoby wyjść, bo po śniadaniu wpadli w niezapowiedziane odwiedziny Baldia i Mauricio – urocza meksykańska para, próbująca zdobywać K2 już po raz drugi (rok temu nikt nie wszedł). Na Broad Peaku już byli, choć Mauricio zdobył tę górę dopiero za piątym podejściem. Widzę że z Broad Peakiem mało komu udaje się zdobyć szczyt od razu na pierwszej wyprawie. Oscar próbował już sześć razy, Tunc – trzy, a dzisiaj poznałam Chinkę, dla której jest to czwarta wyprawa na tę górę.
Chinka (Luo Jing z Pekingu, nie mylić z Chinką z bazy pod K2) jest w bazie nowa. Zaskoczyło mnie, że teraz kiedy wszyscy już się zwijają, pojawił się zupełnie nowy obóz. Pogadałyśmy trochę, bo dziewczę i miłe, i dobrze mówi po angielsku, no i teraz już wiem, dlaczego przyszła tak późno. Otóż zamierza zostać kobiecą rekordzistką w zdobywaniu Korony Himalajów i Karakorum. Właśnie weszła na Nanga Parbat (szacun!), no i prosto z Nangi przeniosła się tutaj. Ma na koncie już 12 ośmiotysięczników, tak więc twarda z niej sztuka. Owszem, ma iluś tam Szerpów do pomocy, ale nie zmienia to faktu, że twarda z niej sztuka.
W bazie pod Broad Peakiem przywitano mnie tak mile, że utwierdziłam się w przekonaniu, że stworzyliśmy naprawdę zgraną paczkę. Nawet nie zdążyłam iść do namiotu zostawić plecaka – od razu wylądowałam w mesie Lela Peak na herbacie, która nie wiadomo kiedy przerodziła się w kolację (kucharz specjalnie dla mnie przygotował mój ulubiony deser). W międzyczasie wysłuchałam bazowe newsy, pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, a potem graliśmy w karty, w grę której wcześniej nie znałam, polegającą na… oszukiwaniu (po angielsku nazywa się ją chyba Bluff). Najlepszy w oszukiwaniu był Armin-Irańczyk, ale ogólnie poziom był wyrównany, więc ogólnie było wesoło.
Szkoda tylko że nie udało mi się spotkać z Waldim, który akurat wybrał się do bazy pod K2 (nie wiem jak to się stało, że nie wpadliśmy na siebie po drodze), ani z Chilijczykami, którzy jeszcze nie wrócili ze „swojej” góry. Ponoć mieli trochę trudnych momentów, bo gdzieś tam na lodowcu się zgubili, tak więc Sana, ich oficer łącznikowy, zastanawiał się nawet czy nie organizować jakiejś akcji ratunkowej. No ale Jimmy i Andres to doświadczone chłopaki, poradzili sobie, a szczyt który był ich celem – zdobyli. Ponieważ była to góra do tej pory nie zdobyta, a nazwy jeszcze nie ma, nazwali ją Mirchi, co w języku urdu oznacza chili – papryczkę, choć w ramach gry słów, można to odnieść także do ojczyzny chłopaków (Chile – co w wielu językach wymawia się jako: chili).
Korzystając z obecności Akbara, szefa agencji Lela Peak (znak charakterystyczny Ażgara – kiedy inni chodzą w puchówkach, on niezmiennie ma na sobie krótkie spodenki), podpytałam go o poruszany już na tym blogu temat tradycji górskich. Okazuje się, że wśród mieszkańców górskich wiosek, wciąż żywa jest wiara w różne duchy które w górach mieszkają, budząc wśród tradycyjnie żyjących lokalsów strach i respekt (ale w yeti się tu nie wierzy). Ażgar słyszał, że niektórzy uważają że niedobrze jest w górach np. palić śmiecie czy zabijać zwierzęta (tak uważają przyjeżdżający do pracy na wyprawach nepalscy Szerpowie), ale on sam twierdzi, że trudno nie zabijać zwierząt jak się chce jeść mięso (to usprawiedliwienie dla zabijania kóz czy jakowołów), natomiast ważne jest by mieć szacunek dla gór i natury.

17 lipca, K2 Base Camp (5000 m),
42 dzień wyprawy.
Zimny dzień w chmurach

Zanim się położyłam wczoraj spać, dobry kwadrans stałam przed namiotem i gapiłam się w niebo. Powodem były gwiazdy – tysiące gwiazd tworzących taki obraz nieba jakiego, niestety, w Polsce nie uświadczysz. A może to takie wrażenie, bo powietrze czyste i żadnych świateł w okolicy, no i może wysokość też ma znaczenie? Noc za to była zimna, a kiedy rano wygrzebałam się z namiotu prawie nie widać było gór. Nieba też nie, bo znaleźliśmy się w sferze chmur, co dało się też odczuć po nieprzyjemnej wilgotności.
Dzień wykorzystałam „organizacyjnie”. Załatwiłam sobie tragarzy (to na piątek, bo tragarze obsługujący trekkingi muszą dojść), zrobiłam porządek w namiocie i przy tej okazji oddałam jednemu z tragarzy wysokościowych spodnie polarowe (ale się chłopak ucieszył), wzięłam prysznic, odwiedziłam kolegów z polskiego obozu, pogadałam z Meksykanami (koleżanka Latynoska pochwaliła się że zna Anię Czerwińską), poznałam się z Pakistańczykiem, który chwalił się, że był na Broad Peaku tragarzem Kingi Baranowskiej i opowiadał, że kiedyś to w górach było normalnie, pogoda przewidywalna, można było szczyty zdobywać, ale ostatni rok i ten to jakieś anomalie.
Wieczorem, przy kolacji zeszło na różne przesądy górskie, czyli w podtekście – co robić a czego nie, żeby zwiększyć swoje szanse na zdobycie szczytu. Zapytaliśmy o to naszych Szerpów. Jak nam wyjaśnił Pasang (jego rodzinne strony to region Manaslu) – dobrym znakiem jest zobaczenie we śnie jakiejś dziewczyny (oczywiście chodzi o sny już w górach). Inny dobry omen (też ujrzany we śnie) to woda i mleko (równocześnie, np. w dwóch naczyniach). Natomiast kiepsko, jeśli wylejemy niechcący wodę – wtedy prawdopodobnie ze zdobycia szczytu nic nie będzie. Niektórzy Szerpowie nie lubią też jeśli w bazie dochodzi do jakiś bliższych relacji męsko-damskich w układach pozamałżeńskich. No i tu od razu wiedzieliśmy dlaczego nie mamy dobrej pogody! Otóż ogólną tajemnicą bazowiczów spod K2 jest romans jednego z szefów ekspedycji z ponoć całkiem urodziwą Chinką (nie widziałam dziewczęcia, więc zdaję się na opinię panów). Tylko co z Broad Peakiem? Tam chyba żadnych tajemnych romansów nie mieliśmy. Niektórzy się śmieją, że to wszystko przez Oscara – skoro już 7 raz walczy z górą, to ewidentnie świadczy o tym że ma pecha, który pewnie przenosi się na innych.
A wracając do różnych ciekawostek górskich w odniesieniu do płci. Pasang powiedział że wśród Nepalczyków wszystkie góry traktowane są jako kobiety – ich opiekunkami są boginie. Chociaż wspomniał o jednym wyjątku – jakiejś górze która ma dwa wierzchołki, nazywane Królem i Królową. Na Królową mogą się wspinać wyłącznie panowie, na Króla nikt. Ponoć była jakaś ekspedycja próbująca wbrew tradycji Króla zdobyć, ale wszyscy jej członkowie w tajemniczy sposób zaginęli. Zażartowałam że to może sprawa yeti, no i tu z kolei zeszło na kolejny poważny wątek, bo akurat nasi Szerpowie jak najbardziej w yeti wierzą. Twierdzą że w regionie Manaslu mają trzy takie osobniki. Nie widzieli ich nigdy, ba, nie znają nikogo kto ich widział, ale twierdzą że niektórzy yeti słyszeli (tu Pasang nawet zademonstrował jak yeti pohukuje), albo widzieli jego ślady. Co do śladów to zdaniem Pasanga jak yeti cofa się czy ucieka, to stawia stopy naprzemianlegle – jedną tak jak się idzie do tyłu, drugą zostawioną w kierunku do przodu.

16 lipca, BP BC – K2 Base Camp (5000 m),
41 dzień wyprawy.
Wreszcie wakacje!!!

Decyzja podjęta: kończę akcję na Broad Peaku. Nawet nie chodzi o dzisiejszy dzień, nie o to, że jestem padnięta, że dostałam w kość, że przynajmniej na chwilę obecną brakuje mi sił, aby myśleć o ponownym wyjściu w góry. Podejrzewam, że za dzień-dwa, siły wrócą, choć prawda jest taka, że z każdym wyjściem na dużą wysokość, mięśnie powoli zanikają. Nie, nie obraziłam się na górę – takiej jej prawo, żeby wpuszczać na siebie kogo zechce, albo nie wpuszczać.
Powody rezygnacji są dwa: pogoda raczej już nie rokująca na sensowne okno pogodowe oraz związane z pogodą warunki na górze, czyli to, że zrobiło się po prostu niebezpiecznie. Równocześnie zanikła frajda ze wspinania. Sama byłam w szoku, że tak radykalnie mogą się zmienić warunki. To zupełnie inna góra niż 2 tygodnie temu – dużo trudniejsza, groźniejsza, jakby chciała pokazać że nie chce zakłócania swojego spokoju.
Nie tylko ja się wycofałam – większość innych wspinaczy również. M.in. Grace, Austriacy, prawdopodobnie Amerykanie… Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – czas jaki został mi do wylotu wykorzystam na pojeżdżenie sobie po Pakistanie.
Skoro tak, to można uznać że od tej pory mam wakacje. Jakie to fajne uczucie – nie obchodzą mnie już prognozy pogody, nie wertuję wykresów opadów, siły wiatry, nie muszę podejmować żadnych decyzji kiedy planować wyjście w góry. Wreszcie mam spokojną głowę i radochę że niczego nie muszę, że mogę robić to co chcę.
Właściwie jedyne co miałam na dzień dzisiejszy do zrobienia to powrót do bazy pod K2 gdzie mam wszystkie bety. Normalnie pomiędzy bazami jest godzina, dwie drogi, a tymczasem sama się zdziwiłam, że jakoś przeciągnęło mi się to do prawie całego dnia. No ale skoro miało być na luzie…
Miałam wyruszyć z samego rana, ale ledwo wyjrzałam z namiotu, znajomy kucharz z obozu Leila Peak pomachał żebym przyszła na śniadanie. Warto było, bo przyrządził najlepszy omlet jaki kiedykolwiek jadłam! Przy śniadaniu w towarzystwie Sany i jeszcze innego oficera łącznikowego, zeszło na wypaczenia religijne w odniesieniu do islamu i chrześcijaństwa, więc zanim wyszłam była już 11ta. Przechodząc koło namiotu Irańczyka powiedziałam grzeczne „do zobaczenia”, co znowu przerodziło się w 40minutową pogawędkę. A że zaraz była mesa Amerykanów, no i pora lunchu, nie było zmiłuj się – obsługa kuchni powiedziała że nie wyjdę jak lunchu u nich nie zjem. Swoją drogą lunch był boski – zupa, super sałatka i rewelacyjna pizza, a do tego jeszcze deser. Po czymś takim ciężko było wyjść, zwłaszcza że miałam pod górkę, do obozu Summit Climb, choć tam stanowczo zapowiedziałam, że żadnego jedzenia już nie przyjmuję. Ale sjestę sobie jednak zrobiłam – w połowie drogi, na nagrzanym słońcu kamieniu poleżałam sobie nie wiem jak długo (długo…) gapiąc się na szczyt Broad Peaku. W końcu wakacje, co nie?
Do dalszego marszu zmusiły mnie w końcu zasnuwające niebo chmury – nie były widać już nie tylko szczytu, ale i słońca, tak więc trzeba się było ruszyć. A kiedy już wylądowałam wreszcie w swoim obozie, znowu zaczęło się od jedzenia – Mosin zawołał mnie do kuchni i w sekrecie wręczył kubek czereśni (takich puszkowych, ale zawsze). Muszę uciekać z tych gór, bo jak tak dalej pójdzie to okaże się że żadnych kilogramów nie zgubiłam, a wręcz je złapałam.

15 lipca, K2 BC- BP BC- wyjście do C2-BP BC,
40 dzień wyprawy.
Morderczy „spacerek”

Nie wiem kto był prowodyrem tego zupełnie nonsensownego „ataku szczytowego”. Jeszcze wczoraj rano, wychodząc z bazy pod Broad Peakiem zahaczyłam o mesę Summit Climb, gdzie Oscar z Tuncem, jakby nie było – autorytety wspinaczkowe, zapewniali że w ciągu najbliższych dni w górę nie wychodzimy, bo nie pozwala na to pogoda. Obecni przy dyskusji Amerykanie przytakiwali, bo ich prognozy też za dobre nie były, tak więc ze spokojną głową przeprowadziłam się do bazy pod K2, zakładając że przede mną przynajmniej kilka dni restu. Jakież było moje zdumienie, gdy tuż przed kolacją dostaję satelitarnego smsa, o treści: jutro rano wszyscy wychodzimy na atak szczytowy! Zatkało mnie. W pierwszej chwili myślałam że to jakiś żart, ale Amerykanie smsowo potwierdzili – Oscar z Tuncem uznali że tak, to jest właśnie ten czas. Moje prognozy świadczyły że na górze wieje jak cholera, ale uznałam, że ich prognozy są pewnie lepsze, są doświadczeni, więc wiedzą co robią. Podejrzewam że głównym motorem akcji było to, że z bazy K2 na zdobywanie Broad Peaku miała wyruszyć grupa Szerpów, od dłuższego już czasu czekająca na odpowiednią pogodę.
W mózgu miałam istną burzę myśli. Rozsądek podpowiadał, że to bez sensu, bo moje prognozy wcale dobre nie były, a zrobił się z tego jakiś szalony owczy pęd. Z drugiej strony groziło mi, że jak będę tak czekać i czekać, to się nigdy nie doczekam, a nawet jak się doczekam jakiegoś „okna”, to mam szansę zostać w swoim ataku szczytowym zupełnie sama. Okej, idę – zdecydowałam, do czego zresztą zachęcały także rady różnych pytanie o zdanie osób. Dodatkowy dylemat stanowiło to, czy jeszcze tego dnia gnać z powrotem do bazy pod BP (zaczynało się już ściemniać, a droga po kamieniach przyjemna nie jest) czy wystartować tam odpowiednio wcześniej, bo przecież z broadpeakowego namiotu musiałam zabrać uprząż i wysokogórskie buciory. Stanęło na tym, że pójdę tam jednak rano, co miało dodatkowo ten plus, że w bazie pod K2 mogłam zjeść jeszcze wczesnoporanne śniadanie i zaopatrzyć się w płyny na drogę.
Podjęcie decyzji w ciągu 10 minut nie było łatwe… Na dodatek w międzyczasie zorientowałam się że mam nie naładowane baterie w aparacie i w moim Garminie, a u nas w bazie akurat tego dnia był problem z generatorem. Tu na szczęście przyszła z pomocą nasza stacjonująca pod k2 nasza polska ekipa, a konkretnie Jurek Natkański, który błyskawicznie załatwił mi ładowanie sprzętu, zaopatrzył w baterie do czołówki i jeszcze obdarował dodatkowymi żelami energetycznymi.
W nocy nie mogłam spać. Z emocji – że to atak szczytowy i żebym nie zaspała na nastawioną na budziku godzinę (trzecią!!!). Co z tego że wstałam o 3-ej, jak nie wstała obsługa kuchni – gdy już siedziałam przygotowana do drogi, oni dopiero zwlekali się z posłań. Coś tam przegryzłam, chciałam ruszać, a tymczasem okazało się, że Emtyas, tragarz wysokościowy który został wysłany, w roli mojego partnera wspinaczkowego, dopiero musi się spakować, choć wieczór wcześniej siedział i nic nie robił. Po godzinie obsuwu wreszcie opuściliśmy bazę pod K2, całkiem sprawnie docierając do bazy pod BP gdzie zabrałam potrzebny sprzęt, ale żeby nie było za dobrze, Emptyas który miał prowadzić, pogubił się na polu seraków, co nam dało kolejne pół godziny opóźnienia.
–Godzina w jedną czy drugą – no problem Monika… – pocieszał mnie, chociaż dobrze wiedzieliśmy że jak najbardziej – godzina rano ma ogromne znaczenie, bo odcinek który się robi bladym świtem w godzinę, w porze kiedy słońce już mocno operuje może zająć spokojnie 2-3 godziny. Tak też zresztą było.
Przy tak zwanym Crampon`s Point, wejściu w ścianę, gdzie przypina się raki i zaczynają się poręczówki byliśmy o 7-mej. Pierwszy odcinek w zmrożonym śniegu zrobiliśmy dość szybko i bez specjalnego wysiłku, ale kiedy zza gór wyłoniło się słońce, zrobiła się istna masakra. Najgorsze było to, że w wielu miejscach gdzie jeszcze niedawno był śnieg, pozwalający na całkiem fajne wspinanie, teraz były tylko gołe skały, obsypujące się piargi (a na nich – dwa kroki do góry – krok obsuwu w dół) i lejące się z góry strumienie wody z topniejącego śniegu. Lubię wiosnę, ale w tym wydaniu nie była ona fajna. W wielu miejscach zamiast wcześniejszego wspinania po śniegu, teraz było wcale niełatwe wspinanie skalne, w dodatku bez asekuracji, bo poręczówki wiszą sobie gdzieś zupełnie z boku (kiedy je zakładano, nie było wiadomo, jak zmieni się ukształtowanie terenu). Do tego trzeba dołożyć jeszcze co i rusz spadające z góry kamienie, no i świadomość ryzyka częstych lawin.
W tak to masochistycznym stylu wspinaczkowym dotarliśmy do obozu drugiego (6200 m), po to tylko by się dowiedzieć, że całe towarzystwo, które wyszło przed nami, właśnie wraca, bo prognozy są jednak zupełnie niekorzystne i zostawanie w dwójce nie ma sensu. Ze świadomością że wykonałam kawał solidnej, zupełnie niepotrzebnej roboty zaczęłam schodzenie, podczas gdy mój kompan (partner?) stwierdził że poczeka na swojego wujka, którym jest nie byle kto tylko sam Ali, ten co wraz z Simone Moro i Alexem Tixonem zdobył zimową Nangę Parbat. Nie powiem, trochę się wściekłam, bo w warunkach jakie były samotne schodzenie przyjemne nie było (ciągle te lecące kamienie), ale nie od dziś mam zakodowaną w głowie zasadę, że w górach wysokich często trzeba liczyć głównie na siebie.
Tak na marginesie to już po zejściu dowiedziałam się że tego dnia jakiejś ekipie również operującej tego dnia na Broad Peaku wybuchła w ABC (baza wysunięta) butla z tlenem. Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale odleciał (dosłownie) plecak w którym była niesiona, no i szlag trafił kask tragarza. Podejrzewam że chodziło o ekipę nikomu nie znane Norweżki, która wprawdzie ma zdobywać K2, ale wzięła do pomocy pięciu nepalskich Szerpów i postanowiła spróbować też z Broad Peakiem. Spotkaliśmy ją po drodze – dziewczę szło na luziku, bez najmniejszego obciążenia, a za nią tych pięciu Szerpów obładowanych ogromnymi plecakami.
Do bazy wróciłam w towarzystwie jednego z Irańczyków nie mniej niż ja wkurzonego na zmarnowany czas i siły. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu tym razem nie mieliśmy problemów z przekroczeniem niebezpiecznej lodowcowej rzeki – nasze zamulone zmęczeniem umysły ucieszyły się, że rzeka „zniknęła”, tak więc spokojnie możemy przejść po jej zaśnieżonym korycie. Dopiero po tym, jak beztrosko, bez używania lin asekuracyjnych znaleźliśmy się na „naszym” brzegu, zorientowaliśmy się, że rzeka jak najbardziej jest, płynie głęboko, wydrążonym pod spodem korytem, a to po czym przeszliśmy to most śnieżny, który rzecz jasna wcześniej czy później się zarwie. Trzeba mieć tylko nadzieję, że kiedy to nastąpi, nikogo na nim nie będzie. Nam w każdym razie się udało, choć nie skorzystanie z lin asekuracyjnych nie najlepiej o nas świadczyło.
Po dojściu do bazy humor mi od razu wrócił, a to za sprawą moich bazowych znajomych. Grace, która stwierdziła, że nie będzie mieszkać w bazie pod K2, tylko zostaje w bazie pod Broad Peakiem, od razu zaproponowała mi jakieś ciuchy do przebrania, no i śpiwór (wszystkie moje bety są w pod K2), a ekipa zaprzyjaźnionego obozu Leila Peak zaraz ściągnęła mnie do swojej mesy na gorącą herbatę i zaraz potem – kolację. Jeju, jak dobrze mieć takich dobrych, troskliwych znajomych, oferujących zupełnie bezinteresowną pomoc!

14 lipca, K2 Base Camp (5000 m),
39 dzień wyprawy.
Przeprowadzka

Pożegnaliśmy się chwilowo z bazą pod Broad Peakiem (chwilowo, bo mój namiot tam został, czekając aż przed atakiem szczytowym zagoszczę w nim na przynajmniej jedną noc), a przenieśliśmy się pod K2. Odległość między bazami to dla zaaklimatyzowanej osoby godzina drogi (mój mądry zegarek wskazał dystans 3,5 km), ale jakby nie było – teraz mieszkamy 200 metrów wyżej (5 tys. m), co daje się odczuć w temperaturze,
Przeprowadzka była wymuszona względami organizacyjnymi – Chris, Eduard, Manfred i Ruperth zamierzają zdobywać K2, a trudno było tylko dla mnie utrzymywać kuchnię i mesę pod Broad Peakiem. Z drugiej strony wcale nie oponowałam przeciwko tym przenosinom – będę miała czas aby zobaczyć, kto się na to K2 szykuje, no i co najważniejsze – jest tu przecież polska ekipa. Co do rodaków, to ledwo doszliśmy do celu, pognałyśmy z Grace do polskich chłopaków, przy okazji załapując się na lunch (kurcze, ale dobre jedzenie mają, i to na prawdziwych talerzach, nie metalowych jak my). Jak na razie chłopcy zakładają obozy – też narzekają na prognozy, które kompletnie się nie sprawdzają. Powiedziałam im że ponoć polskie media podały informację o ewakuacji helikopterem Darka, na wszelki wypadek pomijając powód, czyli że chodziło o ból zęba. Swoją drogą Darek ma ponoć wrócić – rozumiem że to już nie helikopterem  (swoją drogą mu współczuję – znowu robić trasę dość długiego trekkingu…).
Plusem przenosin do nowej bazy jest to, że znowu mam równe posłanie – pod Broad Peakiem lód się pod moim śpiącym cielskiem wytopił, więc spałam niczym w wannie. Tutaj nowe miejsce, to i równiutko. Przynajmniej na razie. Minusy to chociażby to, że słońce kryjące się za górami o godzinę wcześniej niż w tamtej bazie sprawia, że o tą godzinę wcześniej jest tu zimno. Zimniej niż tam, bo też i wyżej. No a tak w ogóle baza pod K2 to straszny śmietnik. Dziwne – mówi się zawsze o śmietniku pod Everestem, podczas gdy tam, w porównaniu z tym co jest tutaj, jest sterylnie czysto. Tutaj mam wrażenie że mam namiot na wysypisku śmieci – jakieś szmaty, pordzewiałe puszki, puste plastikowe butelki… Koszmar.
Muszę powiedzieć że żal mi było opuszczać bazę pod Broad Peakiem. Wszystkich tam znałam, tak więc dziś miałam „dzień uścisków”. Sana (znajomy oficer łącznikowy) powiedział że jak się stęskni, to nas odwiedzi, po czym sprostował, że właściwie to już jutro wpadnie. Najbardziej przykre było pożegnanie z Laurą, tą Meksykanką, która wydawała się tak mocna, a tymczasem w obozie 3 nabawiła się obrzęku mózgu. Przez te kilka dni Laura postarzała się o kilka lat, z tryskającej energii dziewczyny zamieniając się w osobę o spowolnionych ruchach, mającą problemy z kojarzeniem faktów, z trudnością w wypowiadaniu się (mówi coś i brakuje jej słów). Szczerze mówiąc dopiero teraz dotarła do mnie brutalna prawda, jakie efekty, może mieć przebywanie na wysokości.
A tymczasem zrobiła się ładna pogoda. Do obozu 3 dotarła ekipa w składzie: Waldi, Armin (Irańczyk) i Richard (Peruwiańczyk). Mają idealne warunki na atak szczytowy. Aż jestem zła, że jednak nie poszłam do góry. Chciałam, ale poddałam się presji innych, że silne wiatry, że głęboki śnieg, że jeszcze nie teraz. Duża szansa że przepuściłam całkiem dobre okno pogodowe. Wrrr… [ps. Z perspektywy kilku dni wiem już, że wcale nie było to dobre okno – faktycznie były zbyt silne wiatry. Waldi & kompani zeszli po kilku dniach czekania w dół).

13 lipca, Broad Peak Base Camp (4800 m),
38 dzień wyprawy.
Moje urodziny!

Jeszcze nigdy tak wysoko urodzin nie obchodziłam! Okej, raz zdarzyło mi się tego dnia wspinać na Matterhorn, ale teraz jest jednak trochę wyżej.
Ile mam lat, pisać nie będę… Kto dociekliwy może sprawdzić w internecie, a tymczasem ja sama siebie określam „starsza młodzież”.
Pierwsi z życzeniami byli Zenek M. i Bartek O., którzy pisali je chyba o północy, bo poinformował mnie o nich mój ukochany Garmin waląc mi o trzeciej w nocy zielonym światłem po oczach (zielone światło oznacza „masz wiadomość”, a o trzeciej w nocy, bo w stosunku do Polski są trzy godziny różnicy). O polskim poranku życzeń była już cała masa – i na Garminie, i na telefonie satelitarnym, co rzecz jasna jest całkiem miłe.
W obozie o urodzinach nie mówiłam, ale skądś wiedzieli, bo jeszcze przed śniadaniem zostałam wyściskana przez oficerów łącznikowych. Główna impreza odbyła się jednak wieczorem. Najpierw, po kolacji, na stół w mesie wjechał wielki tort, były życzenia (puszczona z komórki piosenka „Happy Birthday”), a potem rozpoczęły się śpiewy i tańce. Podejrzewam że na spontaniczną atmosferę niemały wpływ miała przywieziona przeze mnie flaszeczka polskiej wódki. Z naszego wspinaczkowego grona mało kto pił, siedzący przy stole muzułmanie podziękowali tłumacząc że nie mogą, co nie przeszkadzało temu, by dość duża pozostałość w butelce błyskawicznie zniknęła przenosząc się dyskretnie do kuchni, gdzie muzułmanie już się tak bardzo nie krępowali. Kto pił, kto nie, nie wiem, bo w międzyczasie zrobił się całkiem niezły tłumek Pakistańczyków, no i nim się obejrzeliśmy, impreza całkiem nieźle się rozkręciła. Trzeba powiedzieć, że chłopaki całkiem ładnie śpiewają, a taniec też wyraźnie mają we krwi. Razem z Grace zostałyśmy porwane do tańca, choć na szczęście dla nas zbyt skomplikowana choreografia to nie była. Jedno jest pewne – to były naprawdę niezapomniane urodziny!

Ps. Doniesiono mi smsowo że bardzo dużo życzeń pojawiło się na moim facebooku, no i specjalne życzenia złożył mi Portal Górski. Miło i trochę głupio, że nawet nie mam jak w bezpośredniej formie podziękować!

12 lipca, Base Camp (4800 m), 37 dzień wyprawy. Pogodowe dylematy
Główny temat rozmów w bazie to pogoda. Większość z nas ma dostęp do jakichś komunikatów meteo (mnie przesyła je Paweł – mój mąż oraz Bartek O., a do tego siedzę w serwisach austriackich), problem jednak w tym, że nijak nie ma między nimi zgodności. Mało tego – zwykle to co pokazują tabelki, wykresy czy opisy, nijak się ma do tego co jest na górze. Na razie problem polega na tym, że choć nawet zgodnie z prognozami mamy „lampę” (bezchmurne, słoneczne niebo), na górze jest silny wiatr, który sprawia że o ataku można zapomnieć.
Pocieszające jest jednak to, że wreszcie zaczynamy działać jak jeden team. Dołączyła do nas Grace – pokłóciła się z Ruperthem (miała powód…), zrezygnowała z K2 i postanowiła zawalczyć na Broad Peaku. Nie powiem – ucieszyłam się, bo Grace to bratnia dusza i dobra himalaistka, a jakoś nie za bardzo chciałam by Grace wspinała się na K2 (to w trosce o nią).
Boję się także o Amina – Irańczyka którego bardzo polubiłam, a który robi wszystko by wpakować się w kłopoty. Amin jest uroczy – po dzisiejszej nocy kiedy słyszał jak kaszlę, rano przybiegł z syropem, który jakoby ma mi pomóc, po czym zaparzył mi specjalną ziołową, „irańską” herbatę. Amin zadziwił wszystkich, bo nie ma kompletnie doświadczenia w górach wysokich, zjawił się w bazie i stwierdził że idzie na szczyt (pojęcie aklimatyzacji było mu ogólnie obce). Fakt, że potem jednak musiał zweryfikować nieco swój optymizm – normalnie się aklimatyzować, ale i tak na szczyt wlazł – idealnie wstrzelił się w ten jeden jedyny dzień okna pogodowego jaki do tej pory był. Wrócił wykończony, ileś dni po wszystkich którzy próbowali w tym czasie ze szczytem, a teraz okazuje się że idzie zdobywać… Gasherbrumy! Oba! To że problemem obu tych ośmiotysięczników jest mocno szczeliniasty lodowiec, gdzie bez partnera raczej się nie chodzi, Amina nie przeraża. Jego nie – nas tak, bo naprawdę się o niego boimy.

11 lipca, Base Camp (4800 m), 36 dzień wyprawy. Wielkie (po)Ruszenie
Oj, dzieje się! Dziś nad ranem kilka osób jednak szczyt zdobyło (6 wspinaczy plus 8 Szerpów i tragarzy), a że w międzyczasie przyszły prognozy mówiące że do końca tygodnia ma być dobra pogoda, towarzystwo siedzące w tym czasie bazie i czekające na okno pogodowe zaczęło myśleć jednak o wyjściu w góry. W efekcie konsultacji międzyobozowych stanęło na tym, że moi najbliżsi koledzy (bazowi sąsiedzi), w składzie: Waldi, jeden z Irańczyków i Richard-Peruwiańczyk, wychodzą jutro, natomiast ja, Amerykanie, drugi z Irańczyków i ekipa Oscara (Summit Climb), startujemy pojutrze, z zamiarem wyjścia na szczyt w nocy z piątku na sobotę. Ekipa jest mocna, jestem w niej jedyną kobietą, ale panowie obiecali, że mogę w razie czego na nich liczyć.
Co do dzisiejszych ataków szczytowych (ale super pogodę trafili – farciarze!), niestety nie udało się Grace. Około północy przysłała mi SMSa, że czuje się cholernie słaba, a jest już w namiocie, w C2, bo musiała się wycofać. Cholerna niesprawiedliwość losu – najwięcej razy była u góry, najbardziej doświadczona, jedna z najsilniejszych. Powiedzmy sobie szczerze – wykończyły ją decyzje Ruperta, które sprawiły że dziewczyna nie miała szansy na rest, a tym samym przygotowanie organizmu do kolejnej walki z górą. Co do mnie, to z żalem, albo dobra – powiedzmy sobie szczerze – niezłym wk… wieniem, podjęłam decyzję o zrezygnowaniu z tego ataku, m.in. właśnie dlatego że nie dano mi szansy na rest. Grace poszła, ale jak widać nawet bardzo silny organizm ma swoje granice wytrzymałości. Jeszcze gorzej wyszło z Laurą, Meksykanką którą wszyscy uważali za cholernie silną. Nie widziałam jej, ale z tego co opowiadają, dostała obrzęku mózgu. Grace mówiła że sprawiała wrażenie nieprzytomnej. Chciałam zaproponować jej jakieś leki, ale ponoć pilnujący jej mąż, który jest zarazem partnerem wspinaczkowym Laury, wszystko ma. Na obecną chwilę nie zagraża jej już ponoć niebezpieczeństwo śmierci.

10 lipca, Base Camp (4800 m), 35 dzień wyprawy. Za tych co pod szczytem
Emocje okna pogodowego opadają. Po pierwsze – dzisiejszej nocy, mimo zapewnień, nikt do ataku szczytowego jednak nie wyszedł. Różne są tłumaczenia: a to za silny wiatr, a to za głęboki śnieg… Tymczasem patrząc z dołu (z bazy) warunki wydają się być idealne: błękitne niebo, szczyt jak na dłoni. Fakt, to opis z poranka, bo po południu pojawiły się chmury i już tak fajnie to nie wygląda. W każdym razie co i rusz bazę obiegają wieści, kto z tych co na górze schodzi w dół. Największą sensacją okazała się ekipa Oscara, która jak wszyscy liczyli miała największe szanse na szczyt (Oscar – słynny hiszpański himalaista, dla którego Broad Peak ma być zamknięciem Korony Himalajów). Zeszli, uznając że zbyt niebezpiecznie, i po prostu – bez sensu, znaczy się, bez rokowań na sukces.
Dzień rozpoczęłam miło, wysypiając się jak nigdy (nawet mi nie przeszkadza, że moje legowisko ma postać wytopionej w lodowcu rynienki), obudzona przez obsługę kuchni obozu Chilijczyków i Waldiego. Ale to obudzenie to nie żadne tam tłuczenie się garnkami tylko melododyjne śpiewy, bo ich kucharz ciągle śpiewa. W balti, swoim języku, ale z tego co zrozumiałam to ichniejsze ludowe przyśpiewki.
Żeby nie spędzić dnia z lornetką gapiąc się na szczyt, dzień rozpoczęłam od prania. Trochę mi się ta mało ciekawa czynność przeciągnęła, bo przyszedł Waldi, przyniósł pyszną kawę, którą z kolei dał mu Jimmy – Chilijczyk) i jakoś tak przegadaliśmy chyba z 3 godziny. Po obiedzie poszłam w gości do obozu Summit Climb (ekipa Oscara), ale w sumie długo u nich nie zabawiłam, bo okazało się że z niezapowiedzianą wizytą zjawili się u nas chłopcy z polskiej ekipy na K2, Bartek i Piotrek. U nich na razie aklimatyzacyjne wyjścia do jedynki i dwójki, no i podobnie jak i u nas – czekanie na okno pogodowe

9 lipca, Base Camp (4800 m), 34 dzień wyprawy. Dzień lawin, Nieoczekiwana zmiana planów
Przyzwyczaiłam się do chaosu organizacyjnego w naszym obozie i różnych nieoczekiwanych obrotów spraw, ale dzisiejszy poranek zaskoczył mnie totalnie. No więc wchodzę do mesy na śniadanie – z 10 minut przed czasem (wiem, że jak śniadanie ma być niby o 9-tej, a przyjdę o tej godzinie, to na stole już nic nie będzie), mówię grzecznie zarówno Good morning, jak i Guten Morgen, a tu zamiast jakiejś choćby grzecznościowej odpowiedzi Ruperth rzuca:
-Grace ci wszystko wyjaśni…
Oo, jakiś ciężki kaliber – myślę sobie, i słusznie, bo chwilę potem moja kanadyjska kumpela pomiędzy kolejnymi chapati z masłem orzechowym (Kanadyjczycy uwielbiają ten specyfik) klaruje mi nowy pomysł Rupertha. Żeby jeszcze raz ruszyć z atakiem szczytowym, że plan jest taki, aby wyjść jeszcze tego dnia do dwójki, kolejnego poranka do trójki i po kilku godzinach przerwy – na szczyt…
– Kiedy mielibyśmy wystartować? – zapytałam.
– Około południa – rzucił lider.
Oniemiałam, bo przecież dopiero poprzedniego dnia zeszłam z góry. Po 6 dnia na wysokości bez nawet doby restu? Powiedzmy sobie szczerze – to zupełnie wbrew zasadom medycyny wysokogórskiej. Właściwie nie miałam co się zastanawiać – wiedziałam że organizm człowieka na wysokości sporo może, ale są jakieś granice – rest to rzecz poniekąd święta. Średnio podobała mi się też spontaniczność Ruperta – to że idziemy w górę maksymalnie na lekko, co oznacza że nie bierzemy ze sobą namiotów. Okej, w dwójce jakieś tam dwa mamy, ale w trójce – żadnego.
–Jak zamierzasz odpocząć przed atakiem szczytowym? – pytam lidera. Jak się okazało, liczy na namioty zostawione przez agencję Koblera. Znaczy się, że ludzie z Koblera po swoim ataku zejdą w dół, więc można będzie wykorzystać ich miejscówki. Okej, a jak nie zejdą, bo np. będą zmęczeni? Albo jak im się coś przedłuży i opóźnią swój atak? Co w takiej sytuacji Ruperth wyjaśnić nie umiał.
Przeanalizowałam sobie różne za i przeciw. Doszłam do wniosku, że pomysł Rupertha to szaleństwo wystawiające na ryzyko całą ekipę, ale rozumiem – chce ratować swoją opinię póki co dość kiepskiego lidera, a co do ekipy – to właściwie dla wszystkich jest to ostatnia szansa ataku. Dla wszystkich poza mną, bo ja przecież zostaję, bez sensu więc wypalać się teraz, lepiej zachować siły na kolejne okno pogodowe i bardziej przemyślaną akcję.
Decyzję podjęłam szybko: nie idę! Nie powiem, podświadomie trochę się łamałam czy dobrze robię, zwłaszcza że wszyscy inni zadeklarowali się, że idą. –Albo będę żałować, albo będzie to jedna z najlepszych decyzji mojego życia – powiedziałam sobie i postanowiłam do tematu w głębi swojego rozumku nie wracać.
Jak się okazało, w bazie zostali także Marc (Szwajcar) i Chris (Australijczyk). Dla Marca niedorzeczne było, że jakoby dzień wcześniej Ruperth krytykował wyjście do góry ludzi z Koblera, twierdząc że pchają się w zagrożenie lawinowe, po czym następnego dnia wyciąga swoich ludzi na lawiniaste zbocze w środku dnia, czyli przy maksymalnie wysokim ryzyku. Jak na złość – tego dnia było wyjątkowo dużo lawin. Kojarzyło mi się to z wystrzałem artyleryjskim, istną wojną, bo huczy z lewej, dudni z prawej, a właściwie to dookoła ciągle się coś przewala. Strona lewa nas nie obchodzi, bo tam żadnych ekip nie ma, za to jak coś głośniejszego dobiega z Broad Peaku lub z K2, wtedy wszyscy wyglądają z namiotów, i albo zaraz się chowają (jak coś małego), albo stoją zahipnotyzowani, patrząc w białą chmurę i zastanawiając się czy przypadkiem ktoś nie miał szansy tam być. Ruperth i nasza ekipa mieli szczęście – po drodze którą są poprowadzone poręczówki przeszła dziś naprawdę ogromna lawina, największa jaką do tej pory widzieliśmy. Na szczęście już w momencie jak naszych tam nie było.
Na wyjście naszej ekipy Mosin, nasz kucharz przygotował im rytualne „błogosławiaństwo”, Stał na obozowej ścieżce z talerzem wypełnionym mąką, do której włożył banknoty – dolce i rupie pakistańskie, i każdego tą mąką mazał. Odprowadziłam ich kawałek. Szczerze mówiąc chciałam zrobić im zdjęcia jak przekraczają rzeczkę, która w środku dnia łatwa do przekroczenia nie jest, ale z niewiadomych powodów Ruperth się na mnie po niemiecku wydarł, więc chęć fotografowania trochę mi przeszła. Cóż, przyzwyczaiłam się, że do dziwnych zachowań lidera, zresztą Grace w smsie z góry również napisała, że nasz lider „jak jest zestresowany to robi się chamski”, i że „jak ma jakąś ideę, to gubi rozum”. Poczekałam natomiast na schodzących z góry Amerykanów, którzy słysząc o szalonej eskapadzie naszej ekipy podsumowali to krótko: „Marsz Śmierci”. Potem się zreflektowali i dodali, że oby nie, ale nie kryli zaskoczenia, choćby tym, że ktoś o tej porze wychodzi w górę. Dziwili się tylko, że zakumplona z nimi Grace mijając się z nimi nic do nich nie zagadała. Głupio mi było im powiedzieć, że Ruperth zakazał towarzyskiej Grace rozmawiania z ludźmi z innych obozów.
Podczas gdy nasi walczyli na ścianie, my, czyli wszyscy którzy zostaliśmy w obozie, wzięliśmy sobie krzesełka, usiedliśmy na palącym słońcu i gapiliśmy się w białą ścianę wypatrując poruszających się punkcików. A potem spędziliśmy całkiem interesujący wieczór siedząc w mesie i rozmawiając z Sahidem (naszym oficerem łącznikowym) o życiu w Pakistanie. Rzecz jasna wrócił temat kobiet. Punktem zapalnym stało się stwierdzenie Sahida, że rzekomo kobiety mają trochę mniej inteligencji od mężczyzn, co rzecz jasna wywołało moje szczere oburzenie. Nasz pakistański kolega tłumaczył wprawdzie, że miał na myśli, że są gorzej wyedukowane, więc dlatego dla nich lepiej by same nigdzie się nie wypuszczały, że mężczyźni się muszą nimi opiekować, rzecz jasna mężczyźni z rodziny itp. itd. Co do rodzin, to zdecydowana większość pakistańskich małżeństw to związki aranżowane, czyli po prostu kontrakty zawierane przez rodziny. Sahid też jest z takiego małżeństwa i… jest zadowolony. Inna sprawa że swoją żonę przed ślubem znał – to jego daleka kuzynka.
8 lipca, Z C2 (6200 m) do Base Camp (4800 m), 33 dzień wyprawy. Powrót niemal jak do domu, pożegnanie Armando
Niesamowite, jak życie człowieka uzależnione jest od przypadków… Wczoraj, kiedy popijałyśmy u mnie w namiocie herbatę, Grace zapytała o której zamierzam schodzić na dół. Stwierdziłam że wolę rano, tak między 5 a 6-tą. Na to Grace że ona wolałaby tak około 8-mej, żeby nie zrywać się o świcie. W sumie było mi wszystko jedno, tak więc umówiłyśmy się że okej, zostaje ósma.
Dziś punktualnie o 8-mej Grace zameldowała się przy moim namiocie. W sumie byłam gotowa, ale ze względu na nocne temperatury w namiocie (minusowe rzecz jasna), zamarzły mi na kość paski w uprzęży, tak więc jakiś kwadrans trwało ich rozmrażanie i dopinanie. Niewykluczone że właśnie to grzebanie nas uratowało. Gdybyśmy schodziły wcześniej, załapałybyśmy się na potężną lawinę. Szczerze mówiąc nasi koledzy obserwujący z bazy zwalający się śnieg, zakładali dotyczące nas najgorsze scenariusze.
Tymczasem dla nas największą przeszkodą okazały się strumienie przecinające pole seraków. Wiadomo, że im wcześniej, tym są mniejsze, ale że było około południa, woda stanowiła prawdziwy żywioł. Pierwszy potok poszedł w miarę sprawnie. Drugi też. Przy trzecim spękałam – Grace miała łatwiej, bo zmieniła wysokogórskie buciory na mniejsze, lżejsze, do których przypięła raczki (małe raki znaczy się), co znacznie ułatwiało jej przyczepność na lodzie. Ja tymczasem patrzyłam w spienioną, mknącą lodowcową rynną wodę i ani rusz, nijak nie mogłam przeskoczyć przez całkiem szeroką szczelinę z potokiem wewnątrz. Przeszłam się kawałek w dół, kawał drogi w górę – nigdzie sensownego punktu przeprawy nie znalazłam. Grace była już chyba nieco zła, ale nic na to nie poradzę – przyblokowałam się przede wszystkim psychicznie, no bo pamiętałam Pakistańczyka i dwie dziewczyny którzy w tutejszych potokach stracili przecież życie. Zrezygnowana Grace wyciągnęła już w końcu radio, aby wezwać z bazy wsparcie w postaci Szerpów, no ale w tym momencie coś mnie jeszcze tknęło aby przejść się bardziej w dół potoku, no i znalazłam – miejsce w którym byłam w stanie potok przeskoczyć.
Kiedy już byłyśmy szczęśliwe że już po wszystkim i przeszłyśmy kolejne wzgórze z serakami, okazało się że gdzie tam, to wcale nie był jeszcze najtrudniejszy potok. Ten najgorszy był dopiero przed nami. Stanęłyśmy nad nim i miny nam zrzedły kompletnie – żadna z nas nie była w stanie samodzielnie go pokonać. Tu już pomoc Szerpów była niezbędna – z asekuracją linami jakoś się udało. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nie można zorganizować choćby zwykłej stalowej drabiny na którą złożyłyby się wszystkie obozy. Tak to problem mają wszyscy, bo nawet rośli faceci po którejś tam godzinie w ciągu dnia, nie są w stanie lodowcowej rzeczki pokonać.
Przyjście do bazy po prawie tygodniu upodlania się w wysokogórskich obozach, to trochę jak powrót do domu. A baza w międzyczasie się zmieniła!  Zrobiono ładne „płotki”, zaś przy mesie postawiono byka! Naprawdę! Z zabitego zoo (jaka) ściągnięto skórę, którą wypchano kamieniami, dostawiono do tego wyprawiony łeb z rogami i zrobiono z tego rodzaj bazowego totemu. Trochę śmiesznie, trochę makabrycznie, a na pewno – osobliwie. Swoją drogą teraz ciągle tego zoo jemy (to już drugi, nie ten co szedł z nami na trekkingu, tylko doprowadzony później). Dziś był w wersji grillowanej – Mohin całe popołudnie robił szaszłyki na polowym grillu z widokiem na ładnie oświetlony przez słońce Broad Peak. Ja, która w Polsce prawie nie jem mięsa, tutaj wsuwam mięsiwo aż mi się uszy trzęsą. Fakt, trochę z rozsądku, że coś jeść trzeba, ale często (nie zawsze) po prostu mi to mięso smakuje. Pakistańska kuchnia w dużej mierze opiera się na mięsie – wegetarian jest w tym kraju mało. Do tego zwykle ryż i/albo chapati (cienkie placki). Nie jest to bynajmniej moja ulubiona kuchnia świata – przede wszystkim przez swoją pikantność. Oczywiście zdaniem kucharza to co nam przyrządza, wcale pikantne nie jest, ale my mamy jednak w tej kwestii nieco inne zdanie.
Wracając do powrotu do bazy… Obsługa kuchni przywitała nas tak serdecznie, że aż się wzruszyłam. Swoją drogą ja też się stęskniłam za tymi życzliwymi chłopakami. I za naszymi sąsiadami z bazy Lela Tour. Razem z Grace wieczór spędziłyśmy właśnie u nich (u sąsiadów), bo zostałyśmy zaproszone na imprezę pożegnalną Armando. Sympatyczny Chilijczyk stwierdził, że ma dosyć gór i postanowił wrócić do domu. Szkoda, ale dzięki rakiji zostawionej przez Vlado (Słoweńca który zamierzał zjechać na nartach z K2, jednak coś mu strzeliło w kręgosłupie i jego pomysł wziął w łeb), ogólnie było wesoło. W końcu góry to nie tylko wspinanie, także sympatyczne znajomości.

7 lipca, Z C3 (7100 m) do C2 (6200 m), 32 dzień wyprawy. Szybciorem w dół
Dzisiejszy pobyt w trójce miał być przygotowaniem do wieczornego wyjścia na atak szczytowy.

6 lipca, Z C2 (6200 m) do C3 (7100 m), 31 dzień wyprawy. Droga bez końca
Rano nie wytrzymałam – ponieważ pogoda się poprawiła i trzeba było zasuwać do trójki, rano oznajmiłam swojej współspaczce, że gotujemy na zmianę (do tej pory tylko ja zajmowałam się tą pasjonującą czynnością), chociażby dlatego, że poza pilnowaniem menażki żeby nie spadła z palnika, muszę mieć czas na ubranie, zwinięcie śpiwora, materaca itp. Tatiana coś tam pomamrotała, i może bez entuzjazmu, ale w gotowanie się włączyła, doświadczając że nie jest to wdzięczna czynność, bo kiedy gotowała ostatni „wsad” swojego bidonu, zawartość menażki jej się wylała, co wywołało z ust koleżanki taką falę przekleństw, jakich nigdy bym się nie spodziewała. Chwilę później jednak ja też przeklinałam – chciałam uzupełnić sobie zawartość termosu, a tymczasem nic się nie roztapia… No tak, koniec butli, a kolejnej już nie ma… Co do atrakcji gotowania to powinnam jeszcze dodać emocjonujące chwile związane z zapalaniem kuchenki. Otóż jakoś nie przyszło nam do głowy, aby zabrać ogólnie najmniej zawodne zapałki (niezawodne o ile są suche rzecz jasna), natomiast mamy aż trzy zapalniczki. Problem w tym że na dużej wysokości zapalniczki mają swoje kaprysy. Nasz dotychczasowy rekord to próby ich użycia trwające około godziny. Próby bezskuteczne, ale paluchy po nich oj, bolą. Skończyło się na tym, że się ubrałam, wyszłam z przytulnego namiotu w zadymkę i polazłam po prośbie o lepszą zapalniczkę do namiotu Eduarda i Manfreda. To dzięki niej mogę teraz jeść zupę…

5 lipca, Camp 2 (6200 m), 30 dzień wyprawy. Śnieg panie, śnieg
Według planu mieliśmy dzisiaj około siódmej wyjść do trójki. Ponieważ akcja „gotowanie” (czyli roztapianie śniegu na cele spożywcze) zajmuje naszemu tandemowi około dwóch godzin, obudziłam się o piątej i doszłam do wniosku że… pogoda raczej nie na wspinanie. Ledwo odchyliłam połę namiotu, a do środka wdarł się śnieżny pył, nie mówiąc o tym że mimo solidnych mocowań namiot sprawiał wrażenie jakby miał zamiar zaraz odlecieć.
Moją opinię na temat pogody podzielali też na szczęście inni, aż w końcu i sam Ruperth będący już w trójce, nadał przez radio komunikat, że mamy tego dnia w obozie zostać.
Śnieg sypał przez cały dzień, co miało m.in. takie skutki że nie trzeba było do gotowania przynosić śniegu (wystarczyło zaczerpnąć go menażką sprzed namiotu) ale równocześnie trzeba było wygrzebać się z przyjemnego ciepła i namiot odśnieżyć. Poza tym kiedy skończył nam się gaz, wyprawa po kolejną jego butlę do położonego nieco wyżej namiotu Lorenza okazała się prawdziwym wyzwaniem. Inne czynności dnia były bardziej przyjemne: hibernacja w ciepłym śpiworze, słuchanie audiobooków i muzyki, na przemian rzecz jasna z nieodzownym na wysokości czasochłonnym gotowaniem.
A co do śniegu… Kilka dni temu zapytałam Grace o różne górskie przesądy. Żadnego kanadyjskiego nie zasugerowała, ale zeszło coś na temat wierzeń Szerpów. No więc niektórzy z nich uważają za karygodny seks uprawiany w bazie czy obozach przez pary niebędące małżeństwami. Podobno ma to przynosić pecha danej ekspedycji. O tym akurat wiedziałam, ale Grace powiedziała mi o jeszcze jednym szerpańskim „zabobonie”. Otóż jeśli ktoś się na wyprawie masturbuje, to efektem mają być opady śniegu. No proszę, śnieg tutaj póki co pada prawie non-stop.

4 lipca, Z C1(5600 m) do C2 (6200 m), 29 dzień wyprawy. Mozolnie w górę
3 lipca, Z Base Camp (4800 m) do C1 (5600 m), 28 dzień wyprawy. Śnieg po pas
Noc miałam praktycznie nieprzespaną. Przez Waldiego, kolegę-rodaka, który ze 2 dni temu poszedł się aklimatyzować, ale wczoraj wieczorem oficer łącznikowy jego obozu przybiegł do mnie z mrożącą krew w żyłach informacją, że z Waldim coś nie halo. Podał mi radio, no i słyszę, jak Waldi mamrocze, że jest gdzieś wysoko, ale nie wie gdzie, bo jest ciemno, że zgubił poręczówki, ale to mniej więcej 6800 m, że nie może rozbić namiotu ale wykopał sobie jamę śnieżną, i że jest ogólnie okej (jego głos bynajmniej na to nie wskazywał), ale ma prośbę, by połączyć go z jego żoną. Pomijam trudności techniczne (Waldi mówił przez radiotelefon, który należało nie wiadomo jak zgrać z telefonem satelitarnym), ale zapytałam Waldiego, czy przypadkiem nie organizować jakiejś akcji ratunkowej. Waldi na to że nie, jakoś do rana w tej jamie może przetrwa, a rozmowa z żoną doda mu sił. Nie byłam pewna, czy warto biedną dziewczynę w to mieszać, ale skoro Waldi się upierał, połączenie w końcu zorganizowaliśmy. Bez sensu, bo żadna ze stron się nie słyszała, ja coś tam próbowałam pośredniczyć, kłamiąc nieco dla dobra żony Waldiego, że nie, nic poważnego się nie dzieje i może spać spokojnie. Równocześnie w pamięci miałam słynną rozmowę Roba Halla na Evereście w czasie pamiętnej tragedii w 1996 roku – zamarzający na grani Rob też wtedy prosił obsługę bazy o rozmowę z żoną (notabene ciężarną), wiedząc że to ostatnia rozmowa w jego życiu…
Po kolejnych zapewnieniach Waldiego, że niby wszystko okej i po dyskusji z chłopakami z obozu Waldiego (dyskusja sprowadziła się do stwierdzenia, że właściwie nic zrobić nie możemy) położyłam się spać (było już późno, a miałam perspektywę rannego wstawania). To znaczy „położyłam się spać” to termin teoretyczny, bo zasnąć za cholerę nie mogłam. Budziłam się co kilka minut i myślałam, czy Waldi nie zamarza, jak mu pomóc, czy jednak nie uruchomić jakiegoś alarmu. W końcu około północy wylazłam z namiotu stwierdzając, że może przynajmniej wezmę od Sany (oficera łącznikowego) radio i będę gadała z Waldim jakoś go wspierając na duchu. Nic z tego nie wyszło, bo nie miałam pojęcia gdzie Sana śpi, a poza tym przypomniałam sobie, że baterie w radiu Waldiego już podczas naszej rozmowy były praktycznie na wykończeniu.
Po takiej nocy rano rzecz jasna byłam ledwo żywa. Nie było jednak usprawiedliwienia – umówiłam się z Grace i Manfredem że idziemy razem do jedynki. To początek zakładanego ataku szczytowego – za 3 dni mamy zameldować się w trójce, a kto jak sobie planuje dotarcie tam, to jego sprawa. Większość ekipy zamierza kolejnego dnia wybrać się od razu do dwójki, my jednak postanowiliśmy cieszyć się górami, a nie tylko ciągle po nich ganiać jak na jakichś wyścigach, stąd też pomysł aby potraktować wspinanie bardziej relaksowo, najdłuższy jego odcinek rozkładając na raty. Humory nam dopisywały, poza tym było fajnie, bo co chwila z kimś się na poręczówkach mijaliśmy, więc była okazja do pogadania. Irlandczyk jak zobaczył moją polską flagę na rękawie, zapytał mnie czy znam Ryśka Pawłowskiego, a jak powiedziałam że znam, był przeszczęśliwy (kiedyś się razem wspinali). Niestety, w ramach „relaksowego” podejścia trochę późno wyszliśmy, bo jakoś po 8-mej. Efekt? Rozmiękły śnieg, w który się wpadało momentami po uda. Od połowy drogi miałam już szczerze dosyć, a końcówka wlokła mi się już niczym najgorszy koszmar. Wyżłopałam wszystkie picie jakie miałam (za dużo nie miałam – raptem literek, bo uznałam że na tak krótki odcinek, w zupełności starczy), zjadłam wszystkie dwa posiadane batony, a tymczasem obozu jak nie było widać, tak nie było. Kiedy pomyślałam sobie, że może go gdzieś minęłam, pokazało się kilka namiotów, a z jednego z nich wysunęła się postać Grace zapraszająca do środka.
Słoneczne popołudnie sprawiło, że urządziłyśmy sobie sesję zdjęciową na skałach, a potem… padłam z niewyspania. Powód? Nocka z myślami o Waldim. Na szczęście od któregoś ze schodzących z góry wspinaczy dowiedziałam się, że kolegę gdzieś tam widziano, czyli żyje…

 

17 lipca

Jak smsowo poinformowała Monika, niestety, akcje na Broad Peaku musi uznać za zakończoną. Sami Pakistańczycy mówią, że warunki w tym roku są wyjątkowo niekorzystne, a prognozy pogody na kolejne dni wciąż nie dają szansy wejścia na szczyt. Nie za bardzo można też czekać, bo zbliża się monsun. Poza tym, wraz z innymi wspinaczami, doszli do wniosku, że ze względu na aktualne warunki góra stała się zbyt niebezpieczna. Na ośmiotysięcznikach to normalne, że nie każda wyprawa daje szansę na sukces. Póki co jest w bazie pod K2, a za kilka dni zaczyna treking powrotny. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Będzie miała czas, aby pojeździć trochę i pozwiedzać Pakistan. Obiecuje też wysłać zdjęcia.

O wyprawie Moniki można też poczytać na stronie patrona medialnego www.polskamowi.pl

15 lipca
Jak smsowo informuje Monika wczoraj wieczorem pojawiła się plotka o rzekomo świetnych warunkach pogodowych, dających szansę na atak szczytowy. Oczywiście, jak podkreśla, mają wiele różnych prognoz pogody, ale mało kiedy się one sprawdzają, natomiast ta miała być „pewna”. W każdym razie wszyscy mieszkańcy bazy pod Broad Peak ruszyli o świcie w górę. Jako że ona obecnie mieszka w bazie pod K2, to wstała już o godzinie 3 nad ranem, aby iść do bazy pod BP po sprzęt. Nadzieja na atak szczytowy bardzo szybko się rozwiała, bo najnowsze prognozy pogody wskazują na kilka dni bardzo silnego wiatru u góry. Co się jednak namęczyli się podejściem do obozu drugiego (zlokalizowanego na wysokości 6200 metrów) to ich. Jak stwierdza Monika, strasznie „humorzasty” pogodowo jest  Broad Peak. Coraz więcej osób się wycofuje, zwłaszcza że robi się niebezpiecznie – pojawiają się kolejne lawiny, z góry lecą kamienie.
Wielka lawina była też na K2 – zniszczyła poręczówki i trzeci obóz. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

 

14 lipca
Dzień urodzin (13 lipca) Monika spędziła w bazie pod Broad Peak w międzynarodowym towarzystwie. Kucharz przygotował super tort. Nie zabrakło też śpiewów w wykonaniu Pakistańczyków oraz wspólnych tańców. Teraz już przeniosła się do bazy pod K2 i zjadła obiad w polskim obozie (ekipy Andrzeja Bargiela i Jurka Natkańskiego). Jak co dzień analizuje prognozy pogody w oczekiwaniu na okno pogodowe, które umożliwi jej na atak szczytowy.  Sporo wspinaczy straciło już cierpliwość i opuściło bazę, ale ona liczy, że wróci jeszcze na Broad Peak. Tyle tylko, że nie ma już swojej ekipy, gdyż część wraca do domu, a część próbuje swoich sił na K2. Ona swoje siły połączyła z Amerykanami, Irańczykiem, Turkiem i Hiszpanem, dla którego BP to ostatni szczyt Korony Himalajów i Karakorum.  Samopoczucie jest ok, choć, jak wszyscy na wysokości, chudnie.
Informacje o Monice znajdziecie także na stronie patrona medialnego wyprawy www.polskamowi.pl

10 lipca
Monika smsowo informuje, że nie żałuje decyzji o wycofaniu się z ataku szczytowego. Lawina goni lawinę i jest naprawdę niebezpiecznie. Razem z innymi wspinaczami czeka na następne okno pogodowe. Mają nadzieję, że nie będzie tak dużych opadów śniegu. Jutro chcą się wszyscy spotkać, aby zamiast konkurowania, współpracować i stworzyć jedną drużynę. Ponadto od środy Monika przenosi się do bazy pod K2, która znajduje się półtorej godziny dalej. Są tam „nasi” – między innymi Andrzej Bargiel, który przygotowuje się do zjazdu z K2 na nartach.
Monika w bazie pod Broad Peak zostawia swój namiot, w którym ma przygotowane wszystko do wyjścia w górę. Poza tym w drugim obozie, zlokalizowanym na wysokości 6200 metrów, ma namiot ze śpiworem, kurtką, spodniami puchowymi i kuchenką. Ciepłe ubranie, dobry śpiwór i gruby polar przydają się, bo szczególnie w nocy jest bardzo zimno.
W obozie trzecim, na wysokości 7100 metrów, ma zaś depozyt z jedzeniem.
– Na razie siły są, teraz potrzebna jest dobra pogoda i szczęście – podsumowuje Monika.  AK

 

7 lipca
Jak smsowo informuje Monika, niestety, musieli wycofać się z planowanego na dzisiejszą noc ataku szczytowego. Ilość śniegu, która spadła w obozie trzecim, w którym nocowali i skąd startuje się na szczyt sprawiły, że pojawiło się poważne zagrożenie lawinowe. Teraz Monika schodzi do bazy na odpoczynek i podobnie jak inni wspinacze będzie jeszcze próbować. Niestety, takie są uroki Karakorum – w ubiegłym roku nikt nie zdobył szczytu Broad Peak właśnie przez pogodę. AK

5 lipca
Planowany na piątek atak szczytowy trochę się komplikuje. Po nocy spędzonej w camp 2 na wysokości 6200 metrów mieli iść dalej do camp 3 (7200 m.), a tymczasem wieje i sypie śnieg. W takiej zadymce jedyna rozsądna decyzja to poczekać.
Informacje o wyprawie znajdują się także na stronie patrona medialnego wyprawy Moniki (www.polskamowi.pl)

Dostałam od Moniki kolejną część jej dziennika z wyprawy. Całość poniżej.

2 lipca – Base Camp (4800 m), 27 dzień wyprawy. Hurra! Koledzy z Polski!
Trochę psychicznie odżyłam… Różnie między Polakami bywa, ale jak przez dłuższy czas nie ma z kim pogadać w ojczystym języku, to docenia człowiek co znaczą rodacy i swojska mentalność. Wspominani wczoraj tragarze, którzy pojawili się w bazie, faktycznie byli zwiastunami polskiej ekspedycji. Wystarczyło spojrzeć na przyniesione przez nich beczki obklejone naklejkami Fundacji im. J. Kukuczki. Poza tym przyniesiono też narty – tu już nie miałam wątpliwości, że muszą należeć do Andrzeja Bargiela, który zamierza zjechać z K2 (potem Andrzej zdradził, że ma tych nart… 6 par!). Po jakimś czasie chłopcy nadeszli – zmęczeni (ja też po tym dniu trekkingu byłam wypompowana), ale przy kolacji na którą zostałam zaproszona, całkiem długo żeśmy sobie pogadali (do swojej docelowej bazy chłopcy mieli jeszcze tylko 2 godziny drogi, jednak zostali w bazie pod Broad Peakiem na noc). Właściwie to są to dwie polskie ekipy, ze względu na koszty korzystające z tej samej lokalnej agencji (dzięki temu dzielą się kosztami permitu, oficera łącznikowego, transportu, organizacji obozu bazowego etc). Jedna grupa, której liderem jest Jurek Natkański, to ci którzy przygotowują się do zimowej wyprawy na K2 (ze znanych mi – m.in. Janusz Gołąb czy Darek Załuski). Druga ekipa to wspomniany Andrzej Bargiel plus jego brat (Bartek, zwany „Młodym”) i zaufani kumple-pomagierzy (wielu z nich to zakopiańscy TOPRowcy). Cieszę się, bo jak już zakończę akcję na Broad Peaku i zgodnie z planem przeprowadzę się do bazy pod K2 żeby kibicować tym, którzy będą tam działać (po cichu liczę że przynajmniej do jedynki na K2 się wybiorę), będę miała fajne, a zarazem ciekawe towarzystwo. W Polsce brakuje czasu na różne rozmowy – w górach tego czasu będzie pewnie aż za dużo .
Przy kolacji w mesie przystrojonej tak, że chłopcy nazwali ją „chińskim burdelem” (czerwona wykładzina, błyszczące obrusy, kwiatowe girlandy i ogólnie czerwonawe światło) wspominaliśmy sobie przygody z dotarcia do base campu. Gdzieś tam po drodze, na dojeździe do Askole, chłopcy mieli jeść obiad, ale że był to jeszcze okres ramadanu, a okolica była dość konserwatywna, miejscowy imam podczas nabożeństwa napuścił lokalsów na niewiernych łamiących obowiązujące zasady. Podobno zrobiło się nieprzyjemnie – jedzenie chłopcy w końcu dostali, ale w jakiejś mocno zakamuflowanej formie, w kartonach itp.
Z innych newsów to: po pierwsze – razem z polską ekipą pojawił się w bazie Richard, Peruwiańczyk, który nie idzie na K2, tylko zostaje na Broad Peak. Wydaje się bardzo miły, chce być pierwszym Peruwiańczykiem z Koroną Himalajów i Karakorum (ma na koncie już większość ośmiotysięczników).  Po drugie dotarła do nas smutna wiadomość że na niedalekiej Nanga Parbat zaginęło dwóch podobno bardzo doświadczonych wspinaczy (Hiszpanie?). To już kilka dni temu, w międzyczasie szukano ich z wykorzystaniem helikoptera, ale bez efektu. Niestety, można się domyśleć, co to oznacza…
A co do nas to ostatecznie stanęło na tym, że atak szczytowy będzie (Inszaallah – jak się tutaj mówi, czyli jak Bóg sprawi…) w piątek.  Ruperth (nasz lider) wyrusza do góry z naszymi Szerpami już jutro, z zamiarem zaporęczowania drogi powyżej obozu trzeciego (muszą to zrobić, bo wszystkie obozy im za to poręczowanie zapłaciły). Każdy z ekipy ma sam zdecydować kiedy chce wyjść i w jakim układzie – tak by spotkać się w czwartek w C3. Np. Eduard z Chrisem i Lorenzem wychodzą we wtorek, od razu do dwójki, podczas gdy ja z Grace i Manfredem wybieramy wersję „nie zajechać się”, co oznacza że wyruszamy jutro niespiesznie do jedynki, we wtorek równie niespiesznie do C2, w środę do C3, tam robimy sobie dzień przerwy i w nocy z czwartku na piątek na szczyt (jak się da – Inszaallah).

1 lipca  Base Camp (4800 m), 26 dzień wyprawy. Dzień czyściocha
Obudziłam się dziś w nocy, nie kryję, za sprawą pęcherza, bo przy takich ilościach płynów, jakie przebywając na wysokości trzeba się w siebie wtłaczać (4-5 litrów), mój pęcherz robi mi 3-4 przerwy w spaniu. Sikam rzecz jasna do butelki, przy czym zreformowałam system, bo zamiast klasycznej litrowej „pee-bottle” z jakiejś zawsze korzystałam, a która zawsze okazywała się niewystarczająca, przeszłam na lżejszą do noszenia i akurat wystarczającą zwykłą plastikową, 1,5 litrową butelkę po mineralce. Przy okazji – dla ciekawskich jak do tego wcelować? Każda z dziewczyn wyjeżdżających w góry wysokie ma specjalny lejek… Ok, ale nie o tym chciałam… Otóż jak się obudziłam, to chcąc nie chcąc zanim znowu zasnęłam musiałam chwilę powsłuchiwać się w różne odgłosy. Dwa dominowały szczególnie. Pierwszy to lawiny (trudno się dziwić po ostatnich opadach śniegu), a drugi to wydobywające się z licznych namiotów kasłanie. Zazwyczaj opowiadając o górach skupiamy się na ładnych zdjęciach, opisywaniu podejść, informacjach o obozach itp., a o fizjologii jakoś mniej chętniej się opowiada. Na tej wyprawie i tak jakoś dobrze, że nie chodzimy wszyscy przeziębieni, zasmarkani, z bolącymi gardłami itp. co np. na Evereście było normą. Ale kasłanie jest. Chodzi o taki suchy, męczący kaszel wysokogórski, odbierający energię, na który właściwie nie ma żadnej recepty (poza tym, żeby po prostu zejść w dół). Kaszel niezaraźliwy, ale upierdliwy. Ja mam z nim szczególne problemy, im wyżej tym gorzej, ale nocne wsłuchiwanie się utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie tylko moja przypadłość. O że tak powiem „puszczaniu gazów” też zwykle się nie opowiada. A na wysokości to normalka, zwłaszcza w nocy nie do opanowania. Jedni mają z tym mniejszy problem, inni większy, no, ale cóż – fizjologii nie pokonasz.Teraz, z racji tego że jest całkiem ładny dzień (na dole, bo u góry sądząc po chmurach nie za bardzo), wszyscy się „prysznicujemy”. I co? Wytarłam umyte włosy ręcznikiem, no i stwierdziłam, że jeszcze trochę to nie tylko osiwieję, ale wręcz wyłysieję. Coś takiego przerabiałam już na Evereście – też mi normalnie mocne włosy wychodziły garściami. I jeszcze ta przesuszona skóra, łamiące się paznokcie (to u rąk), a u nóg – często schodzące (od nacisku stopy na czubek buta przy ostrych zejściach). Bogu dzięki przynajmniej już nie mam rano podkrążonych oczu – przynajmniej w bazie, gdzie jestem już dobrze zaaklimatyzowana wyglądam normalnie, no ale na większej wysokości, cóż, lepiej nie zaglądać w lusterko. Jedno jest pewne – wysokie góry nie są dobrym pomysłem dla tych, którzy są przeczuleni na punkcie swojego wyglądu. Niestety, wśród wszechstronnych prób jakie się tu przechodzi jest też konieczność akceptacji siebie w wersji mało atrakcyjnej. Tyle że przecież nie dla konkursów piękności się tu przyjeżdża – to góry są Największymi Pięknościami, Krasawicami, bezkonkurencyjnymi Miss`kami.
A tymczasem… nadciągają tragarze jakiejś nowej ekspedycji. Może to wreszcie nasi? Polska wyprawa na K2? Już się nie mogę doczekać, kiedy chłopaki dotrą…

30 czerwca – Base Camp (4800 m), 25 dzień wyprawy. Jak na stypie.
Czuję się jak na stypie. Nie, nikomu nic się nie stało, no może nie licząc, mającego problemy z wysokością Japończyka. Przypadek analogiczny jak opisywanego już Irańczyka: chłopak nigdy nie był na wysokości, przyjechał z wielkimi ambicjami, że co to za problem, taka góra, po czym z poziomu bazy poszedł, jak mówił – na szczyt, tyle że doczłapał się do obozu II (6200 m) i go walnęło. Z tego co wiem zszedł jakoś o własnych siłach, jego życiu nic nie zagraża, ale spece którzy go oglądali sugerowali mu, że jedyne co powinien zrobić to spakować się i jednak zejść w dół [dwa dni później: Japończyk rzeczywiście pożegnał się z wyprawą – zaczął trekking powrotny do Askole].Wracając do tej stypy… Nastroje są kiepskie przez pogodę. Zaczęło się z rana, kiedy razem z Grace dzielnie wstałyśmy o 4.30 (a nasi chilijscy sąsiedzi jeszcze wcześniej, bo coś koło godziny 4.), a tu wszystko przysypane śniegiem i wciąż pada, gór, mimo że tak bliskie, nie widać zupełnie, z powodu ciężkich, nieprzyjemnych chmur, do tego nieprzyjemny wiatr sprawiający że w każdy zakamarek ubrania czy ciała wciska się wkurzająca wilgoć. Jednym słowem atmosfera niezbyt nastrajająca do górskich podbojów. Na wczesnym śniadaniu przejrzałyśmy zaktualizowane prognozy pogody, pogadałyśmy trochę z Nabirem – naszym nepalskim Szerpą (słowo „pogadałyśmy” jest trochę na wyrost, bo chłopak po angielsku praktycznie nic), no i stwierdziłyśmy, że to nasze wyjście w góry to chyba jednak nie ma sensu. Bo raz: prognozy mówiące o sile wiatru rzędu 47-75 km/h w dniu planowanego na poniedziałek ataku szczytowego tak naprawdę ten atak wykluczają, dwa: zasuwać do góry w zagrożeniu lawinowym, po to by utknąć w Camp2 bo ze względu na pogodę nie można będzie pójść ani do góry, ani w dół, i tylko tracić siły – nie są zbytnio motywujące. Równocześnie wygląda na to, że faktycznie dobre okno pogodowe otworzy się na czwartek-piątek. Jeśli zużyjemy siły teraz, nie będziemy miały szans by z tego dobrego okna skorzystać… Podobne zdanie mieli nasi sąsiedzi Chilijczycy, którzy mimo wczesnej pobudki, też postanowili odpuścić. W końcu zdecydowałyśmy: poczekamy do 7-mej na kontakt z będącym w C2 Ruperthem. Ruperth przyznał, że sypie i że mocno wieje, tak więc nakazał nam poczekanie do kolejnego kontaktu o 9-10. Do tego czasu sypać już przestało, no ale na wyjście w góry tak czy owak było już za późno. Dzień stracony, ale najgorsze, że wciąż nie wiadomo co dalej…
Przed lunchem, kiedy całą ekipą siedzieliśmy w mesie z nosami spuszczonymi na kwintę i nadal nie wiedzieliśmy jakie decyzje przyjąć (mamy prognozy z 3 różnych źródeł, a każda mówi co innego), na przeszpiegi odnośnie naszych planów przyszli chłopcy z obozu Summit Climb. Oni dla odmiany korzystają z prognoz hiszpańskich (ze względu na swojego hiszpańskiego lidera – Oscara), podczas gdy my mamy prognozy z Austrii, USA (to znajomy Grace) plus info nadsyłane przez mojego męża i Bartka – mojego kumpla. No nic, wszystko wskazuje że jutro rano jednak wyjdziemy do C2. Trochę nieswojo robi mi się jak słyszę ciągły huk lawin, no ale zakładam że rano, kiedy wszystko jest zmrożone, ryzyko jest jednak małe. Tak na marginesie to dzisiaj do góry wyszedł Waldi. Mam nadzieję że wszystko z nim w porządku. Chilijczycy z jego bazy powiedzieli że mieli z nim kontakt radiowy i że nocuje w C1.Z miłych rzeczy to przyszedł sms od Adama Bieleckiego (pierwszy zdobywca Broad Peaka zimą). Pisałam wcześniej Adasiowi, że mamy tego samego kucharza, co oni, na zimowej wyprawie, tak wiec Adaś prosił o pozdrowienie Moshina. Ale się Moshin ucieszył! Akurat siedziałam w kuchni i pomagałam obierać czosnek (nikt pracy w kuchni od nas nie wymaga, ja tak z własnej woli, w ramach uczenia się przygotowywania pakistańskich potraw), a tu mój Garmin świeci że przyszła wiadomość. Moshin lubi Polaków, bo często miał z nimi do czynienia. Ponoć miał nawet polską dziewczynę (uczestniczkę jakiejś wyprawy), ale niestety go zostawiła. Taki facet jak Moshin to skarb – naprawdę super kucharz. Tylko że… co z tego jak wszyscy panowie z obsługi naszej kuchni na moje pytanie czy w domu też się w kuchni udzielają, jednym chórem przyznali się, że absolutnie, nie! Bo w domu to królestwo kobiety, tak więc facet stojący przy garach, czy też je zmywający, to skaza na męskim honorze!
A wracając do Moshina, jego talentów kulinarnych i kontaktów z dziewczynami, to kiedyś „złapał” jakieś dziewczę (to już nie o Polkę chodzi) na hasło „restauracja”. Konkretnie dziewczę było przekonane, że Moshin jest właścicielem restauracji, podczas gdy on tylko w tej knajpie pracował, ale na wszelki wypadek dziewczęcia z błędu nie wyprowadzał. Miłość skończyła się, kiedy prawda jednak wyszła na jaw.

29 czerwca – Base Camp (4800 m)24 dzień wyprawy, około g. 17. zwiało namioty (?)
Dzień mija pod hasłem przygotowań do ataku szczytowego. Nie lubię tego uczucia – z jednej strony emocje, adrenalina, z drugiej obawa, strach czy wszystko pójdzie dobrze. Zwłaszcza że prognozy są bardzo niepewne – zmieniają się niemal co chwila, a niektóre wręcz się wzajemnie wykluczają. Ale w końcu z nas wiedział, że tak właśnie jest w Karakorum – to niestabilność pogody i bardzo krótkie okna pogodowe (lub wręcz ich brak) przesądzają o tym, że tutejsze ośmiotysięczniki są trudniejsze do zdobycia niż ich pobratymcy w Himalajach.W sumie to chciałabym żeby było już po wszystkim. Czyli żebym była już znowu w bazie. Według danych Rupertha (prognozy przesłane przez Instytut Meteorologii w Salzburgu) najlepsze warunki dla próby atakowania szczytu będą w poniedziałek. W związku z tym każy z nas dostał wolną rękę jak rozłożyć sobie dojście do C3 skąd w niedzielny wieczór, ok. 23, wyruszamy na szczyt. Ja z Grace przyjęłam wersję „nie zmęczyć się, a równocześnie – aklimatyzować”, co oznacza że jutro rano wychodzimy do „dwójki”, tam śpimy, a kolejnego dnia niespiesznie idziemy do C3, tam śpimy i czekamy aż popołudniem zwali się reszta. Bo reszta przyjęła wariant inny – „jak najwięcej byczenia się w bazie, jak najmniej niszczenia się na wysokości”. Czyli wyruszają z bazy dzień po nas, śpią w dwójce, potem zasuwają do trójki, kilka godzin odpoczywają i ruszają na szczyt. Trudno powiedzieć który wariant jest lepszy – to że jest się dłużej na wysokości daje aklimatyzację, ale równocześnie wyniszcza organizm, odbiera siły. My z Grace dobrze znosimy wysokość, zakładamy że na 7100 m jaką ma obóz 3, będziemy w stanie jeść, spać i się trochę przed atakiem szczytowym zregenerować, ale nie wszyscy tak mają, tak więc muszą to być indywidualne decyzje.
W każdym razie zdążyłam się już zapakować, ciesząc się że ogólnie będę szła na lekko, bo większość rzeczy mam w górę wyniesioną, a tymczasem wezwano nas na nadzwyczajne spotkanie ekipy na którym przekazano nam niemiłą wieść od Oskara (lidera ekipy Summit Climb), że zwiało nam dwa namioty z C2. Na wszelki wypadek Ruperth pognał do góry zobaczyć straty na własne oczy, niemniej teraz wszyscy tkwią w niepewności które namioty? Jeśli mój, to zostanę bez śpiwora (ok, w bazie mam drugi), materaca (nie mam drugiego), gogli (przy ataku szczytowym niezbędne), polara (pal sześć), apteczki z lekami wysokościowymi (w tym ratujący życie deksametazon), rękawic puchowych (bez nich atak szczytowy nie da rady) i kilku innych przydatnych rzeczy. Trochę słabo. Jeśli poleciał namiot Grace, to jest jeszcze gorzej, bo ona zdążyła już wynieść do c2 swój kombinezon puchowy. Pocieszam ją, że w razie czego pożyczę jej swoje „puchy”, które póki co leżą jeszcze w c1 (mam je zabrać jutro). W każdym razie mamy trochę nerwówki.
A tymczasem Irańczyk z obozu obok oświadczył jakoby (wieść przyniesiona przez naszego oficera łącznikowego), że wychodzi do góry i zdobędzie górę w 4 dni. Wszyscy pukają się w czoło, bo chłopak dopiero dotarł do bazy, czyli jest niezaaklimatyzowany. Mało tego – nigdy nie był na dużych wysokościach(to chyba właśnie dlatego tak niedorzecznie mówi) . Oby tylko nic sobie nie zrobił.
28 czerwca – Base Camp (4800 m), 23 dzień wyprawy – wieczorem. Dyskoteka po pakistańsku.
Ale impreza była!!! Może nawet i w dwójce (C2) słyszeli! W każdym razie we wszystkich obozach bazy pod Broad Peakiem na pewno, bo zeszli się chyba wszyscy Pakistańczycy, jacy w bazie są… Nawet nie przypuszczałam że nasz namiot kuchenny i mesa są takie pojemne. Pretekstem do spontanicznej zabawy był koniec ramadanu. Z tej okazji, po kolacji, chłopcy obsługujący naszą bazę zaczęli podśpiewywać swoje pieśni, zamiast bębnów wykorzystując plastikowe beczki wyprawowe w których transportuje się sprzęt i jedzenie. Śpiewy były coraz głośniejsze, potem do klaskania Pakistańczyków dołączyliśmy się i my, potem co chwila przychodzili kolejni Pakistańczycy, zaczęli tańczyć, aż w końcu do tańca wciągnęli i nas, co przerodziło się w dość osobliwą „dyskotekę”. Przyznam że jestem pełna podziwu, że chłopaki tak fajnie się bawią bez alkoholu, chociaż z drugiej strony kiedy już około godziny 21 skończyli, byłam trochę zawiedziona że tak wcześnie. Niemniej wybawiłam się całkiem fajnie!

28 czerwca – Base Camp (4800 m), 23 dzień wyprawy. Spacer wśród seraków i takie tam.
Znowu pada – śnieg… Nie lubię tej białej pokrywy, bo tutaj wprawdzie, w bazie, nie jest to jakiś straszny problem, ale tam wyżej sypie już na całego. To właśnie przez śnieg i wiatr nie możemy wyjść do ataku szczytowego. Najciekawsze jest to, że jak się wyjdzie rano z namiotu (rano jest zawsze ładniej), a dzisiaj rano na przykład było prawie bezchmurnie, słoneczko itp., wydaje się że panują idealne warunki do ataku szczytowego. Wystarczy jednak dokładniej przyjrzeć się szybko przesuwającym się obłokom, i już wiadomo, że tak nie jest. Potwierdzeniem tego była relacja Mohammeda Ali (tego co wraz z Simone Moro i Alexem Tixonem zdobył zimową Nanga Parbat) – Ali właśnie wrócił z trójki i powiedział, że jest kiepsko – śnieg po pas i zawierucha straszna. Nam na dole zostaje wsłuchiwanie się w huk lawin – wczoraj zeszła taka naprawdę ogromna ze zboczy K2. Mam nadzieję że nikomu nic się nie stało, bo podobno niektórzy zaczęli już wyjścia do tamtejszego obozu 1. Jak na razie są tam Rosjanie, Chińczycy i Nepalczycy. Polska wyprawa wciąż nie dotarła. Jakoś długo im się schodzi…Ponieważ tak jak wspomniałam, rano było na dole całkiem ładnie, wybrałam się na fotograficzny spacer w pole seraków. Niesamowite są te lodowo-śnieżne twory, fantazja natury, której żadna artystyczna dusza na pewno by nie dorównała. Wracając wpadłam na jednego z oficerów łącznikowych, który zaproponował, że mogę odpocząć w jego namiocie (rzecz jasna w jego towarzystwie), co jak na Pakistańczyka-muzułmanina było dość śmiałą propozycją. Profilaktycznie udałam że nie zrozumiałam, ale na kawę w mesie ich obozu się zgodziłam. Pakistańczyk chyba jednak nie tak wyobrażał sobie spotkanie przy kawie, bo widząc że mesa puściuteńka, wtarabaniłam się do kuchni, gdzie owszem, chwilę pobiesiadowałam, ale już nie sam na sam, tylko w nieco szerszym gronie. Ponieważ wśród siedzących na dywanie (bo namioty kuchenne urządzone są w stylu pakistańskim – trzeba w związku z tym wchodząc zdjąć buty) był wspomniany Mohammed Ali, podpytałam go trochę o szczegóły ich wyprawy. No i posypały się gromy. Na kogo? Ano na Simone Moro. Że przyjechał jak już wszystko było gotowe – poręczówki w trudniejszych momentach, postawione namioty w obozach i wtedy nagle podłączył się do zespołu który to wszystko przygotował. Mohammed Ali za Simone wyraźnie nie przepada, zresztą chyba była między nimi jakaś awantura. Podobno później gdzieś tam się przypadkowo spotkali – Simone jakby nigdy nic wyściskał Pakistańczyka, choć ten utrzymuje że nie było to wcale szczere i nie kryje że traktuje słynnego Włocha jako niezłego „cwaniaka” (takie określenie padło).
Z innej beczki… Po bazie kręcą się tragarze którzy przy okazji przynoszenia sprzętu różnych wypraw, w ramach „obnośnych supermarketów” czyli po prostu prób zarabiania, oferują nam coca-colę. Cena: 10 dolców za butelkę 1,5 l. Niby dużo, ale w końcu przez ileś dni trzeba było to donieść. Ja tam coli nie lubię, ale już mamy w ekipie chętnych, którzy kosztowną flaszeczkę kupili. Kurcze, to więcej niż na Okęciu za butelkę np. Wyborowej!

27 czerwca – Base Camp (4800 m)22 dzień wyprawy. Rozmowy, dyskusje, wspomnienia
Wychodzi na to, że minimum jeszcze przez następne dwa dni w górę nie wyjdziemy. Przynajmniej tak sugeruje pogoda. Nie mam jednak co narzekać – mam czas na czytanie książek i całkiem ciekawe rozmowy. Poza tym powiem szczerze – można kochać góry, w końcu dla nich tu przyjechaliśmy, no ale nikomu też nie spieszy się do marznięcia, dyszenia, sikania do butelek, dyszenia na poręczówkach itp. jeśli nie jest to konieczne.- Trudno, poświęcimy się i skoro nie ma wyboru, to posiedzimy trochę w bazie… – stwierdził rano Manfred, popijając kawę, o której w wyższych obozach mógłby tylko pomarzyć.- Bardzo ci współczuję. Zostanę tu z tobą dla towarzystwa – dodał z bohaterstwem w głosie któryś z Austriaków. Na śniadanie kucharz nas po raz kolejny zaskoczył, bo na stół wjechała jajecznica, ale nie byle jaka, tylko z… wiórkami kokosowymi, migdałami, orzechami itp. Mnie smakowała. Na obiad też była konsternacja, bo owszem, był ryż, somosa – czyli pierożki z jakimś warzywnym nadzieniem, jakaś tam jeszcze ostra sałatka i tajemnicze rurki jak się okazało nadziewane… czekoladą. Ale nie to, że to na deser – po prostu dodatek do tych wszystkich innych słonych i ostrych potraw głównych. Zaniemówiliśmy i rzecz jasna zjedliśmy, bo całkiem dobre to było. Trzeba powiedzieć, że Mosin, nasz kucharz, to kulinarny mistrzunio. Niesamowite co potrafi wyczarować na tej biwakowej kuchni, w dodatku wcale nie ślęcząc cały czas przy garach (aczkolwiek przyznał, że w domu gotuje wyłącznie żona). Jedyne co lekko mi w tej pakistańskiej kuchni nie odpowiada, to zbyt duża jak na mój gust pikantność. Na pytanie czy coś jest ostre, odpowiedź jest zawsze taka sama: -Nie, wcale. No, może tylko troszeczkę… Po czym okazuje się, że ogień w ustach powala i trzeba szybko zapychać się w miarę jeszcze neutralnym ryżem.Za przykładem kolegów Chilijczyków z którymi rano się spotkałam (ja myłam przed namiotem zęby, oni wychodzili właśnie na rekonesans na „swój” lodowiec), miałam się wybrać na sesję zdjęciową w seraki, ale plan wziął w łeb, bo śniadanie mocno mi się przeciągnęło. Niemal do obiadu . Wszystkiemu winni oficerowie łącznikowi – nasz, który zawsze się na śniadanie spóźnia, plus Amir od Szwajcarów (jeden i drugi z pakistańskich Sił Powietrznych), który przyszedł w gości, no i wyszły z tego całkiem ciekawe rozmowy o Pakistanie. Jak się okazuje, podatek dochodowy płaci w tym kraju zaledwie… 1% społeczeństwa. Co do dochodów to minimalna płaca wynosi tu oficjalnie 160 USD, ale w praktyce wiele ludzi pracuje za dużo mniejsze pensje. Zgadało się o samochodach – za pakistańskie uważa się choćby suzuki i jeszcze jakieś „japońce”, tutaj składane, jedynie silniki są importowane. Fakt, nie mają gadżetów typu poduszki powietrzne itp., no ale są za to dużo tańsze od oryginałów. Było też sporo o polityce, a zwłaszcza o znienawidzonych Indiach (nienawiść obopólna). Według naszych rozmówców, cały konflikt dotyczy Kaszmiru – jeśli rozwiążę się ten problem, układy będą normalne. W każdym razie jeśli ktoś ma w paszporcie pakistańską wizę, do Indii nie wjedzie (chyba, że wymieni paszport). Podobna sprawa jest zresztą z Chinami, czyli też z wizą Pakistanu się tam nie wjedzie, co jest jednak dziwne, bo Pakistan i Chiny łączą raczej przyjacielskie stosunki. Były też narzekania na sprawy codzienne… Że biedni Pakistańczycy żyły wypruwają aby utrzymać rodzinę, podczas gdy kobieta siedzi w domu. Tu już obudziła się moja babska ambicja, że chyba coś nie tak – wiele tutejszych kobiet chce zawodowo pracować, ale to chyba przeszkodą są panowie. Po chwili zastanowienia obaj Pakistańczycy się z moją tezą zgodzili. A na koniec zeszło na kobiety ogólnie… Ponieważ nasz pakistański LO (oficer łącznikowy) dostał wczoraj ok. 40 tęsknych smsów satelitarnych, dzisiaj zaś – 57!, kolega Australijczyk zwierzył się że kiedyś miał dziewczynę, która w ciągu raptem jednego dnia wykonała do niego 140 (!!!!) telefonów (fakt, zwykłych, nie satelitarnych). W każdym razie już ze sobą nie są, a po reakcjach kolegów było widać, że zasypywanie telefonami czy smsami – nie są to dowody miłości przez facetów doceniane.
Po obiedzie też były rozmowy, ale już innego typu, bardziej poważne, bo zahaczające o tragiczne wydarzenia z zimy 2013 roku. Trudno mi od tego uciec, zwłaszcza że jestem na etapie czytania książki Jacka Hugo-Badera. Wiem, książka w środowisku ludzi gór uznana za kontrowersyjną, sama też mam do niej sporo zastrzeżeń (i do jej autora), ale specjalnie czekałam z jej przeczytaniem aż dotrę tutaj. Sporo faktów nam się splata – choćby to że mamy obozy rozbite w tym samym miejscu – mam na myśli wyprawę zimową, potem letnią organizowaną przez Jacka Berbekę w celu odszukania i pochowania ciał, no i teraz, naszą. Obsługuje nas ta sama agencja (Jasmin Tour), no i mamy tego samego kucharza, Moshina.(nie mówiąc że mamy też ten sam namiot-mesę i jemy z tych samych naczyń) Pokazałam Moshinowi książkę, jego zamieszczone tam kilkakrotnie imię (niestety przekręcone), no i Moshin wrócił pamięcią do tragicznych dni. Opowiadał m.in. jak to pamiętnej nocy obserwowali z bazy światełka u góry. Chodzi oczywiście o światełka czołówek schodzących ze szczytu chłopaków. W pewnym momencie zostały już tylko dwa (Artur z Adamem byli już w namiocie), czyli Tomka i Maćka. W pewnym momencie jedno zniknęło – co oznaczało zapewne że Maciek wpadł do szczeliny. Tomka słyszeli przez radio jeszcze nad ranem. O siódmej rano, kiedy już nie miał siły nic mówić, słyszeli jeszcze jak oddycha. Potem jego oddech zamilkł.
Ciekawe, że ja tak te wydarzenia przeżywam. Może to tylko ja tak mam, a może to nasza słowiańska dusza? Przy kolacji pokazałam Eduardowi-Niemcowi zdjęcie młodej Niemki, która w 2013 roku zginęła w potoku który przepływa w pobliżu bazy. Tego potoku, którego tak z Grace się boimy. Dziewczyna wpadła, a choć potok nie wydaje się głęboki, to w razie porwania przez jego bystrą wodę nie ma się szans. W przypominającym tor bobslejowy korycie nie ma się czego złapać, nawet zahaczenie się rakami nie wchodzi w grę. Wspomnianej Niemce jej partner usiłować podać rękę, wyciągnąć ją. Niestety, woda porwała ją błyskawicznie wrzucając pod lodowiec. Ale wracając do Eduarda… Historia rodaczki nie zrobiła na nim większego wrażenia. Mówiłam mu, że gdzieś w okolicy jest wzniesiony ku jej pamięci kamienny kopczyk. Przyjął do wiadomości pomiędzy jednymi i drugim łykiem herbaty, po czym nie wiedząc po co mu to mówię, wrócił do stukania smsów.

26 czerwca – Base Camp (4800 m), 21 dzień wyprawy. Nowe znajomości
Dzionek rozpoczęłam wcześnie, bo  godzinie 4. rano, obudzona przez pokrzykujących tragarzy z sąsiedniego obozu od którego dzieli mnie raptem kilka metrów. Jeden z tragarzy stał z jednej strony mego namiotu, drugi po drugiej, i tak sobie coś tam po swojemu pokrzykiwali. Chwilę potem była jakaś akcja z osłem, który omal nie wylądował na moim namiocie. Nie wiem co się działo, ale zwierzę było albo a) mocno przestraszone, b) złośliwe c) nic z wymienionych, ale kiedy wyszłam rano przed swoją płócienną willę, widniała przed nią wielka, cuchnąca kupa. Po pierwszej pobudce, o tej czwartej, wsadziłam sobie w uszy koreczki i jeszcze trochę pospałam. O siódmej obudziło mnie trzęsienie namiotem. Sprawcą był Waldi, który najpierw próbował obudzić mnie słownie, no ale trudno żebym słyszała z zatkanymi uszami, tak więc Waldi wyboru nie miał. Chodziło o to, że wczoraj w ramach sąsiedzkiej pomocy zabrałam do ładowania telefon Davo, Słoweńca który zamierza zjechać na nartach z K2, no a Davo z rana już do tej swojej bazy pod K2 wychodził i rzecz jasna chciał telefon odebrać. Ok, położyłam się jeszcze spać, bo śniadanie mieliśmy mieć dopiero o 9-tej, tym razem już bez koreczków. Trzecia pobudka była że tak powiem zupełnie swojska, a mianowicie było nią głośne: -Kuuuuurwaaaa!To również Waldi, tym razem nie do mnie, tylko z jakichś nieznanych mi powodów. Dość powiedzieć, że przy śniadaniu miałam pytanie od kogoś zaciekawionego z naszej ekipy, co to słowo znaczy.Dziś z założenia dzień restowy, ale tak czy owak nikt w góry nie wyszedł, bo u góry ponoć wieje. Ponoć, bo tak mówią prognozy – tu w bazie, na dole, tego nie odczuwamy. Mało tego – według prognoz miało padać (deszcz), a tymczasem choć niebo jest mocno zachmurzone (szczytów gór nie widać) to moje zrobione rano pranie rozłożone na kamieniach ma się dobrze, czyli w podtekście – jest prawie suche. A co do pogody, to potwierdzeniem tego, że lepiej dziś było w górę nie wychodzić są schodzące co i rusz lawiny – raz słyszę je z lewej, raz z prawej i tylko mam cichą nadzieję, że base camp jest tak położony, że żadna z nich tu nie dotrze.Jedno mogę powiedzieć – siedzenie w obozie wcale nie jest nudne. Przynajmniej dla mnie. Ciągle się tu coś dzieje a przygotowana do czytania książka ciągle jest nie otworzona. Rano, zaraz po śniadaniu mieliśmy spotkanie naszej grupy. Chodziło o zastrzeżenia wobec naszego lidera. Ogólnie poszło o to, że Eduard i Manfred zadzwonili wczoraj do Austrii, do głównego szefa, i wylali różne swoje poniekąd uzasadnione pretensje dotyczące kwestii wspinaczkowych. Nie będę już tu roztrząsała detali, zwłaszcza że większość spotkania odbywała się wyłącznie po niemiecku, ale nie omieszkałam dodać również swoich trzy groszy odnośnie braku komunikacji i niedoinformowania tych (w tym mnie), którzy niemieckiego nie znają.Niezbyt miłą rozmowę przerwało przyjście w gości ekipy obozu Summit Climb. Ich liderem jest Oscar, Hiszpan dla którego Broad Peak to już 14 zdobywany ośmiotysięcznik. Ekipa wiekowo starsza od naszej (raczej moje roczniki i ciut starsze), ale doświadczenie nie powiem – mocne. Jest wśród nich m.in. Tarik, Turek który ma za sobą już 11 ośmiotysięczników, w tym K2. Ponoć zna się dobrze z Adamem Bieleckim i Bogusiem Margielem (obiecałam że przekażę pozdrowienia). Tak na marginesie to Oscar też pochwalił się „polskimi” kontaktami, choć innego typu. Miał ponoć polską dziewczynę, którą bardzo miło wspomina.Po sympatycznym pożegnaniu i obopólnych zapewnieniach co do współpracy na górze złapałam za aparat, by odbyć sesję zdjęciową pod hasłem „oprawianie kóz”. Tym razem chodziło o dwie beczące całe wczorajsze popołudnie koleżanki uwiązane przy ścieżce do toalety. Świadkiem egzekucji nie byłam, natomiast powiem szczerze, byłam pełna podziwu, jak sprawnie lokalsi przygotowują zabite zwierzę do wersji że tak powiem do garnka. Po obiedzie w naszym obozie pognałam do sąsiadów, czyli do mesy w której przesiadują Waldi i trzech Chilijczyków. Zapraszali, więc nie wypadało odmówić. Przy całkiem dobrej kawie i przywiezionych przez Waldiego kabanosach (wieprzowe, więc towar w tym kraju na indeksie) spędziliśmy prawie całe popołudnie. Chilijczycy okazali się super fajnymi chłopakami – zamierzają zdobyć dziewiczy jak dotąd siedmiotysięcznik z zupełnie drugiej niż Broad Peak strony. Widać że nieźli łojanci, wychowani na wspinaczce w górach Patagonii, ale równocześnie fajni kolesie do pogadania nie tylko na tematy górskie. W pewnym momencie pojawił się jednak Ruperth, lider mojej ekipy, no i doszło do solidnego zgrzytu. Ruperth nie bawiąc się w ceregiele zapytał każdego o plany górskie, po czym jak się okazało że tylko Waldi wybiera się na Broad Peak, oznajmił mu że jeśli chce korzystać z poręczówek to musi zabulić 400 dolców. Waldi do płacenia rzecz jasna chętny nie jest, za to wyraził chęć uczestniczenia w poręczowaniu. Problem w tym, że propozycja Waldiego jest już mocno spóźniona, bo wszystko jest oporęczowane, a mówienie że pójdzie się na górę bez poręczówek też powiedzmy sobie nie jest szczere, bo wiadomo, że już pal sześć do góry, ale na zejściach z lin każdy jednak korzysta. Kiedy Waldi zastanawiał się co odpowiedzieć (dla odciągnięcia decyzji w czasie powiedział, że czeka na partnera, Irańczyka który dopiero ma dotrzeć do obozu), do dyskusji włączyli się Chilijczycy. Mimo że temat ich akurat nie dotyczy, stwierdzili że to nie fair narzucać cenę za liny, że góry są dla wszystkich, a w ogóle to chamstwo przyjść do czyjegoś namiotu, nie pogadać najpierw, nie zdobyć się na jakieś sympatyczne powitanie, tylko od razu wypalać o kasie. Finał był mało ciekawy – Chilijczycy dali Ruperthowi do zrozumienia że jest persona non grata, Ruperth obrażony wyszedł, a w najgłupszej sytuacji ja się znalazłam, bo trudno było mi zająć jakieś jednoznaczne stanowisko. Potem długo jeszcze na ten temat rozmawialiśmy. Bo fakt, zgadzam się, że forma była fatalna, ale rozumiem też, że to nie wymysł Rupertha – niewdzięczne zadanie ściągania pieniędzy dostał od swojego bossa. Poza tym problemem jest różnica mentalności – małomównego, bynajmniej nie wylewnego, ograniczającego się do zdawkowych zdań Austriaka i spontanicznych, ciepłych, wylewnych Latynosów. Nie zmienia to faktu, że myślę że Waldi za poręczówki powinien zapłacić – takie są reguły na wszystkich znanych szczytach, które ktoś poręczuje. Bądź co bądź zarówno praca ludzi, jak i sprzęt (liny, haki, śruby, szable śnieżne) – wszystko to kosztuje. Pytanie czy rzeczywiście powinno być to 400 dolców od osoby? Może i tak – na dużo niższym Ama Dablamie za używanie poręczówek płaciłam 180 dolarów. Jak się komuś taki układ nie podoba, może w końcu wybrać inną górę, tak jak to zrobili Chilijczycy.
[ps. Dwa dni później… Waldi dogadał się z Ruperthem. Nie zapłacił 400 dolców, tylko mniej, ale oddał Ruperthowi swoją całkiem fajną linę. Zdaje się że obydwie strony są zadowolone].

25 czerwcaz Camp II (6200 m) do Bazy (4800 m)20 dzień wyprawy. Znowu na dole. Marzenia o ogórkach
Poranek na 6200 m n.p.m. był cholernie zimny, ale nie narzekaliśmy, bo żyliśmy myślami, że za 2-3 godziny powinniśmy być w bazie. Zejście w dół idzie błyskiem w stosunku do wchodzenia pod górę, zwłaszcza że znając teren nie robimy w zasadzie czasochłonnych zjazdów na ósemkach (okej, ósemki są w 2-3 miejscach), korzystając z dużo sprawniejszego sposobu asekuracji „na Szerpę” (hamowanie liną na przedramieniu). Na wysokości obozu I moje zmarznięte pierwotnie ręce przystały na zamianę rękawiczek na lżejsze, a wkrótce potem puchówka poszła już do plecaka, bo zrobiło się całkiem ciepło.Na dojściu od ściany do bazy, przy przekraczaniu pola seraków, zabłądziłam. Nie to, żebym zupełnie nie wiedziała gdzie iść, bo układ gór i doliny jest jednoznaczny, no ale zamiast optymalnej drogi pakowałam się na kolejne bezsensowne pagórki, w obsuwające się kamienie, zamarznięte jeszcze z rana potoki na których pękający lód sprawia wrażenie jakby pękała szyba… Szłam tak i szłam (byłam sama), aż tu nagle okazało się że nie, jest nas dwoje, bo Austriak z sąsiedniego obozu też był sam, i też zabłądził!Na śniadanie do obozów jednak zdążyliśmy no i teraz mam czas aby cieszyć się urokami bazy. Na dobry początek, w ramach nagrody za górskie niedogodności, zżarłam pół torcika wedlowskiego, który szczerze mówiąc miał być na moje urodziny. Małpa jestem, no ale w końcu coś mi się od życia należy . Swego rodzaju wirtualną póki co nagrodą jest też smsowa obietnica mojego męża, że „po powrocie będą czekały moje ulubione ogórki małosolne”. Aż mi ślina na samą myśl pociekła…
Swoją drogą Paweł uprzejmie mi też doniósł, że „na północy Pakistanu w tygodniu był zamach, a wczoraj wybuchła cysterna – 120 osób do piachu”. Zapytałam naszego oficera łącznikowego (bądź co bądź oficjalny przedstawiciel rządu) co on na to, a on na to, że nic nie wie, a dowiedział się ode mnie. Z kolei Eduard przypomniał, że nie tak dawno był z kolei zamach bombowy w Lahore, na co nasz pakistański kolega wyjaśnił, że to w związku z meczem w krykieta (tutaj – sport narodowy). Na nasze dociekania, kto niby miałby na celu atakować kibiców, odpowiedź była jednoznaczna: Indie! Powód? Próba destabilizacji i wprowadzenia chaosu.

24 czerwca z Camp II w górę, powrót do Camp II (6200 m), 19 dzień wyprawy. Nieudana próba dotarcia do Camp III (7000 m)
Ale noc była! Mniej więcej około północy obudziła mnie wichura, a właściwie wrażenie że porywisty wiatr lada chwila uniesie nasz namiot w siną dal, rzecz jasna z nami w środku. Momentalnie przypomniałam sobie, że namiocik jest rozbity dosłownie na skraju kamiennej platformy, za którą zaczyna się strome zbocze, dające szanse na zatrzymanie się jeśli nie w jakiejś szczelinie, to dopiero po dwukilometrowym ślizgu. Szczerze mówiąc byłam gotowa wyjść, ale Tatiana uspokoiła mnie, że namiot jest dobrze umocowany. Uwierzyłam, a tymczasem okazało się, że wcale… nie był. W każdym razie przed kolejną nocą razem z naszymi sąsiadami (Chris i Grace) dla własnego dobra zrobiliśmy z naszych namiotów solidną twierdzę oplecioną linami i zakotwiczoną na amen. Teraz już żadna wichura nam nie straszna.Głównym założeniem dnia było dotarcie do Camp3, czyli zrobienie ok. 800 m w pionie. No i tu niestety porażka, bo celu nie osiągnęliśmy. Zatrzymał nas kopny śnieg i nie założone już dalej poręczówki. Po drodze trochę się dowartościowałam, bo widzę, że wchodzimy na pułap, kiedy przestaję ze względów kondycyjno-zdrowotnych zostawać w tyle – zaczynam nadrabiać dobrą aklimatyzacją, z czym niektórzy koledzy zaczynają mieć trochę problemów.Z tym niedojściem do C3 to trochę osłabiło nasze morale, bo do tej pory wszystko tak ładnie szło, Góra była łaskawa, a tu proszę – pokazała jednak kto tu rządzi. No nic, chyba trzeba będzie jeszcze raz się skatować i tu przyjść. Ruperth twierdzi wprawdzie że pal sześć, następnym razem możemy już atakować szczyt, ja jestem zdania, że bez dojścia do c3 i najlepiej jeszcze przenocowania w tym obozie, nie damy rady. Na szczęście mam czas, by czekać na dobre prognozy i na spokojnie dokończyć aklimatyzację. Reszta tego czasu nie ma – za 3 tygodnie mają samolot, ew. przenoszą się na k2.Z polskich „śladów” w czasie dzisiejszego wspinania – na mijanej po drodze skale była tabliczka ku czci Tomka Kowalskiego, który zginął w czasie zimowego zdobywania Broad Peaka. Opowiedziałam historię tego 23-letniego chłopaka (wesoły, wulkan pomysłów) Grace, z którą dziś się wspinałam. I wtedy Grace się popłakała, bo przypomniał jej się dobry znajomy, który zginął na Evereście. Grace to twardzielka, pierwszy raz widziałam ją w takiej sytuacji, gdy normalnie po ludzku się rozkleiła. Swoją drogą poza Manfredem to moja najbliższa na tej wyprawie kumpela. Ogromnie ją szanuję za jej górskie dokonania i podejście do gór, z drugiej strony to jednak z nielicznych w tej ekipie osób na które rzeczywiście mogę liczyć. Ale i tak każda wyprawa umacnia mnie w przekonaniu: w górach wysokich licz przede wszystkim na siebie!Po powrocie do dwójki jak to w wysokogórskim obozie – dopóki było słońce (czyli było jeszcze ciepło), chciało się coś jeszcze działać (czytaj: gotować, gadać, podziwiać widoki), a potem już jak najszybciej do śpiwora…

23 czerwcaz Base Camp (4800 m) do Camp II (6200 m), 18 dzień wyprawy. Nikt nie obiecywał że będzie łatwo.
Dzięki blogowi mam przynajmniej orientację w kalendarzu. Czyli że w Polsce Dzień Ojca. W odpowiedzi na życzenia Rodziciel napisał:”my się tutaj bawimy, a Ty masz kolejny dzień trudu…” Trudno się nie zgodzić – to co tu mam, czyli dzisiaj drałowanie wprost do obozu drugiego, to jeśli przyjemność, to dla rąbniętych masochistów. Zresztą początek dnia był w ogóle fatalny. Przynajmniej dla mnie. Otóż w ramach problemów komunikacyjnych (językowych) w naszym teamie, wyszło na to, że byłam święcie przekonana że o 5.30 jest śniadanie, a wyruszamy o 6-tej. Jeszcze wczoraj prosząc Grace o budzenie, mówiłam jej żeby o 4.45 krzyknęła (mamy namioty po sąsiedzku), bo muszę mieć chwilę na poranne ogarnięcie się. O 5.15 kiedy byłam już prawie gotowa, dumna z siebie, że tak szybko, i że mam do śniadania jeszcze cały kwadrans, z mesy wyłoniła się Grace z pytaniem czy rzeczywiście nie chcę śniadania, bo zaraz wychodzimy. Zgłupiałam, a zarazem się wkurzyłam. Bo: staram się być punktualna, bo nie lubię jak ktoś na mnie czeka, bo ciągle ekipa niemieckojęzyczna ustala sobie coś po niemiecku, a nasza anglojęzyczna trójka musi się tylko domyślać co i jak. A właściwie nawet nie trójka, tylko dwójka, bo Chris (Australijczyk) niemiecki zna. Grace gdzieś tam usłyszała poprawną godzinę, ja nie, co owszem – sprawi że na przyszłość upewnię się dwa razy, ale też nie do końca czuję się winna. Zgodnie z ustaleniami o 5.30 żeśmy wyszli, od razu do Camp2, ale że bez śniadania słabo funkcjonuję, w obozie pierwszym zrobiłam sobie przerwę na ugotowanie zupy. Nie było to łatwe, bo najpierw nie mogłam znaleźć działającej zapalniczki (na wysokości i w zimnie zapalniczki się buntują), a potem skończył się gaz, ale wodę na zalanie liofa zdążyłam roztopić i jako tako podgrzać.Tu muszę powiedzieć kilka miłych słów pod kątem Grace, która ogólnie jest super kumpelą i wiedząc że robię sobie przerwę w C1, na mnie czekała. Przy okazji poznałyśmy Laurę – Meksykankę która ma za sobą już chyba z 10 ośmiotysięczników. Niesamowicie silna dziewczyna, a zarazem bardzo miła. Laura pochwaliła się, że jest najstarszą kobietą atakującą Broad Peak (przynajmniej w tym roku – innych statystyk nie znam), ale wyprowadziłam ją z błędu – jestem starsza! Do obozu drugiego dotarłam, nie powiem, lekko padnięta, ale po ugotowaniu obiadku szybko doszłam do siebie. Ładne miejsce – K2 niemal na wyciągnięcie ręki, a i szczyt Broad Peaku wydaje się tak blisko. Niestety, to tylko pozory…

Koniec bezpośredniej relacji Moniki

AK

1 lipca
Jak smsowo informuje Monika, prognozy wymusiły na jej ekipie kolejne przesunięcie wyjścia w góry.  Startują w poniedziałek rano, atak szczytowy prawdopodobnie odbędzie się w czwartek. Schodzące lawiny i silne wiatry u góry wymuszają na nich kolejne zmiany terminów. Wciąż czekają w bazie na okienko pogodowe, ale pogoda jest o wiele bardziej niestabilna niż w Himalajach.
Za to spędziła przesympatyczny wieczór z polską wyprawą na K2, która w ich obozie ma ostatni nocleg przed dotarciem do swojej bazy. W ekipie jest między innymi. Andrzej Bargiel, który zamierza zjechać z K2 na nartach, Janusz Gołąb, który przyjechał na rekonesans przed zimowym K2, Darek Załuski, słynący z górskich filmów, Jurek Natkański jako lider firmowanej przez PZA wyprawy i kilka innych osób, którzy też będą walczyć na wielkim Kolosie.

AK

 

Dostałam od Moniki jej dziennik z wyprawy. Całość poniżej

22 czerwca – w Bazie, 17 dzień wyprawy. Odwiedziny Polaków, masaż Mosina
Jak fajnie móc pogadać po polsku! Otóż siedzę sobie przed namiotem nad miednicą (bez skojarzeń – po prostu robiłam pranie), a tu nadchodzi jakaś para. Zobaczyli powiewającą przed moim „domem” biało-czerwoną flagę i… – radość była chyba obustronna! Ela i Gustaw z Gdyni (choć obecnie mieszkający w Niemczech) wybrali się na trekking sami, to znaczy bez grupy, jedynie w towarzystwie przewodnika. Ale jakiego przewodnika! Jak się okazało leciwy, ale w pełni sił pan ubrany w tradycyjną pakistańską czapeczkę, chodził kiedyś na wyprawy między innymi z Wandą Rutkiewicz czy Reinholdem Messnerem. Niesamowity zbieg okoliczności, bo wczoraj wieczorem, przy świetle latarki czytałam relację Anki Czerwińskiej z wyprawy na Broad Peak w 1983 r., z nawiązaniem do kobiecej wyprawy na K2, rok wcześniej. Liderką wyprawy z 1982 r. była właśnie Wanda, a niestety w wyniku choroby wysokościowej w jednym z obozów (na 6700 m) zmarła wtedy Halina Kruger-Syrokomska. Podobno ją wtedy u podnóża K2 pochowano, tak więc przy wczorajszej lekturze pomyślałam sobie, że powinnam jej grób odwiedzić. Gdzie on jest, jednak nie wiedziałam, a tu proszę – dzisiaj zjawia się facet, który był wtedy przy pochówku i dokładnie gdzie to jest, mi powiedział. Z ogromną przyjemnością pogadałam z rodakami przy herbacie w naszej mesie, kucharz się wykazał, bo wyciągnął jeszcze na poczęstowanie mięso jaka, no ale w końcu Ela i Gustaw musieli wracać do swojego obozowiska na Concordii. Teraz jest już popołudnie – o dziwo wyjrzało słońce. „O dziwo”, bo wczoraj wieczorem posypało śniegiem, a dzisiaj rano był deszcz. W obozie znowu atmosfera przygotowań, bo jutro idziemy od razu do dwójki – a to jednak kawał drogi, z obciążeniem. Żeby mi się lepiej szło, Mosin, nasz kucharz, którego uwielbiam!, zrobił mi masaż. Taki islamski, bez jakichś negliży, ale muszę powiedzieć że facet zna się na rzeczy (jako kucharz i masażysta mam na myśli). Wymasował mi głowę, kark, kręgosłup, nogi, ręce (bo na poręczówkach ramiona i przedramiona też solidnie pracują) – mam nadzieję, że jutro będę miała zwielokrotniony power. Umówiłyśmy się z Grace, że jutro robimy tandem wspinaczkowy – za Ruperthem (naszym liderem) i ścigantami w roli Stefana czy Marca i tak nie nadążymy, a poza tym nie widzimy sensu w narzucaniu sobie zbyt szybkiego tempa.A z ciekawostek bazowych… Co chwila przychodzą tragarze przynoszący sprzęt różnych wypraw (może niektórzy z nich są z naszej polskiej wyprawy na K2?) i dopytują się czy nie chcemy kupić… coca-coli. Cena wyjściowa: 10 dolców za butelkę 1,5 l. Rozumiem że trzeba to było przynieść kawał drogi, ale jak na razie nawet Austriacy twierdzą że to przegięcie. Chociaż… Chyba Manfred przystępuje do negocjacji. 🙂

21 czerwca – Z Camp I (5650 m) do Base Campu (4850 m) 16 dzień  wyprawy
Znowu w namiotowym „domu”. Zaledwie 2,5 dnia nas nie było, a baza zmieniła się nie do poznania. Nawet nie chodzi o to, że jak rano do niej wracaliśmy, to była przysypana śniegiem (do południa stopniał), ale o to, że obok naszego obozu wyrosły dwa kolejne. Zrobiło się istne namiotowe miasteczko – jutro zrobię zwiad jakie ekipy się pojawiły (na razie wiem że Brytyjczycy i Japończycy, bo słyszałam po rozmowach, plus wyprawa szwajcarska i dwójka niezależnie działających Amerykanów). Przyznam że w nocy spałam lekko zestresowana czy nie pada śnieg, który uniemożliwiłby nam zejście do bazy. Na szczęście nie padał, choć gdzieś nieopodal słychać było schodzącą lawinę. Na wszelki wypadek już o 6. rano byliśmy zwarci, silni, gotowi i zaczęliśmy odwrót. Celowo wyruszyliśmy tak wcześnie, bo raz: mniejsze ryzyko lawin (śnieg jeszcze po nocy zmrożony), dwa – nieprzyjemna rzeka, przecinająca lodowiec rano jest zdecydowanie łatwiejsza i bezpieczniejsza do pokonania. Fajne są powroty do bazy – to trochę jak do domu. Niesamowite, że droga która do góry zajęła nam 7 godzin, w dół wymagała zaledwie dwóch! Dziś mamy dzień restu – moje nielubiące stromych zejść kolana, bardzo sobie to chwalą. Udaną pierwszą część aklimatyzacji uczciłam sobie szaleństwem jedzeniowym. Na początek poszedł specjalnie przytachany z Polski torcik wedlowski – no, nie cały, ale całkiem solidny kawałek. Potem były owocki – z moich ulubionych LyoFoodów wykruszyła się paczuszka pod nazwą „Exotic Fruits”, co oznacza liofilizowane (czyli odpowiednio suszone) kiwi, banany, mandarynki i inne fruty, które nie są w tym przypadku żadną chemią, tylko autentycznie smakują tak jak powinny. W międzyczasie zachciało mi się truskawek. W Polsce sezon truskawkowy w pełni, a mnie tu żal ściska że po raz kolejny mnie te owocki ominą, no to na otarcie łez wyciągnęłam sproszkowane truskawki do zrobienia sobie soko-kompotu (też produkcja naszego polskiego LyoFoodu). Powiem szczerze, niebo w gębie, nie mówiąc o tym, że nijak nie mogę zrozumieć jak z osadzonego na łyżce proszku, w kontakcie z wodą wychodzi prawdziwa truskawka? Ale to i tak jeszcze nie wszystko… Bo na koniec znalazłam jeszcze zagubiony słoiczek orzechów w miodzie – prezent od publiki na prelekcji w bibliotece w Głogowie. Moje doznania smakowe przerwało mi wezwanie na obiad, na który podano kolejną wersję mięsa naszego zoo (tego nieszczęsnego jaka, którego przyprowadzono z Askole). Do tego surówkę z marchwi i kapusty, i ryż, a na deser galaretkę. Efekt? Zemdliło mnie z przejedzenia. Jak tak dalej pójdzie to wcale na tej wyprawie nie schudnę. 🙂
A co do naszych planów… Jutro też rest, a pojutrze prawdopodobnie znowu w górę, z zamiarem dotarcia docelowo do „trójki”. Póki co zrobiłyśmy sobie z Grace prysznic (reszta jakoś nie chciała), a ogólnie jak rest to rest – większość ekipy po prostu śpi, zwłaszcza że chciałoby się powiedzieć – za oknem, ale w rzeczywistości – za połą namiotu – szaro, buro i ponuro. Gdzie te dni z bezchmurnym niebem??? Wieczorem…Mesa zamieniła nam się w czytelnię. Na początku tylko ja przychodziłam z książką, aby mieć alternatywę, gdy koledzy z Austrii/Niemiec/Szwajcarii prowadzą jakieś dłuższe niemieckojęzyczne dyskusje nie tłumaczone przez nich na język angielski, ale teraz już połowa ekipa przychodzi z książkami (ewentualnie kindle’ami). Co do mnie to aktualnie jestem na etapie książki „Broad Peak – góra przeklęta” o dwóch dość tragicznych wyprawach austriackich. Stefan (Austriak) dopowiedział mi ciekawą historyjkę o jednym z głównych bohaterów, Kurcie Diemberger’ze . Był on czołowym wspinaczu austriackim (Kurt rzecz jasna), między innymi pierwszy zdobywca Broad Peaka (dwa tygodnie później zginął na jednym z pobliskich szczytów – rok 1957). Otóż Kurt był tak zakręcony na punkcie wspinania, że każdą wolną chwilę wykorzystywał na to, aby z Innsbrucka gdzie mieszkał wydostać się w góry. Któregoś razu, wybrał się rowerem do Zillertalu, gdzie cały weekend się wspinał, a rano w poniedziałek pedałował z powrotem, by zdążyć do pracy. Jego zachłanność na wspinanie sprawiła, że był tak zmęczony, że jadąc… zasnął, w rezultacie lądując w rzece. Jak widać lepiej nie zasypiać za kierownicą – również roweru. 🙂
20 czerwca – Z Camp I (5650 m) do Camp II (6150 m), powrót do C1 15 dzień wyprawy. Jeszcze wyżej!
Od rana sypie śniegiem (przez cały dzień), ale choć w śpiworach w C1 było tak przyjemnie, Ruperth uznał (jak najbardziej słusznie) że w końcu to normalna górska pogoda i nie jesteśmy na wakacjach, tylko na wyprawie, na pewno nie dla mięczaków. Cóż było robić, wyczołgaliśmy się ze śpiworów, ubraliśmy uprzęże, ciężkie górskie buciory, założyliśmy raki, a w ręce wzięliśmy czekany i noga za nogą (na tej wysokości nie da się inaczej, zwłaszcza bez aklimatyzacji) zaczęliśmy piąć się w górę. Ogólnie czuję się dobrze, wysokości specjalnie nie odczuwam (w znaczeniu że dobrze śpię, dużo jem, głowa mnie też nie boli), ale wkurza mnie, że jestem wolniejsza niż większość ekipy. Okej, od większości z nich jestem 20 lat starsza, nie trenuję górskich biegów ultra (większość chłopców trenuje), po drodze jeszcze robię zdjęcia, jednak… nie lubię zostawać w tyle. Pozostaje mi nadzieja, że od pewnej wysokości nasz „power” się wyrówna – kondycja przestanie mieć główne znaczenie, ważniejsza okaże się dobra aklimatyzacja, a to akurat chyba moja dobra strona. Dojście do dwójki nie było specjalnie trudne, poza tym że było jednak stromo, a niektóre odcinki mocno zlodzone. Szkoda że nie było widoków – praktycznie cały czas byliśmy w chmurach i do tego sypało śniegiem. Ci, którzy się nie posmarowali kremem z filtrem, wychodząc z założenia że przecież nie ma słońca, teraz prezentują maski o kolorach od buraczkowo-czerwonego po różne odcienie brązu. Na szczęście wszyscy mieli okulary lub gogle, tak więc przynajmniej nikt nie narzeka na ślepotę śnieżną, częstą właśnie po takich dniach. Teraz zastanawiamy się co dalej… Plan był taki, by jutro z rana zejść do bazy, ale jeśli nadal będzie tak sypać śniegiem jak sypie teraz, zrobi się poważne zagrożenie lawinowe, które lepiej byłoby przeczekać w obozie. Tylko że rezerwy gazu i jedzenia mamy na najwyżej 1 dzień, a takie uziemnienie nas przez pogodę może potrwać nie wiadomo ile… No nic, na razie nie ma co się nakręcać – zamiast martwić się na zapas, trzeba poczekać co przyniesie pogoda.
Wieczorem…Godzina 20, wszyscy już chyba śpią (w górach normalka że jak się tylko zrobi ciemno, ludziska idą w kimono), a ja ciągle gotuję i gotuję… Gotowanie to (poza spaniem i wspinaniem) główne zajęcia w wysokogórskich obozach. Bo pić trzeba dużo, a woda to swego rodzaju luksus, na który trzeba zapracować. Najpierw trzeba przynieść sobie śnieg lub lód (zazwyczaj zlodowaciały śnieg) – a że człowiekowi zwykle nie chce się wychodzić z w miarę ciepłego namiotu, to przynosi się ten śnieg/lód raz na jakiś czas, od razu w większej ilości, w jakimś worku (może być choćby po namiocie, choć my mamy ze sobą zwykłe worki na śmieci). Jak już się ten śnieg/lód ma, to odpala się kuchenkę, co też stanowi swego rodzaju „sztukę”. W sypialni namiotu gotować się nie powinno (ryzyko spalenia płachty namiotowej oraz przy słabej wentylacji – zaczadzenia), na zewnątrz zimno, no to ja przynajmniej w tej sytuacji przyjęłam opcję gotowania w przedsionku. Następny problem może nam stworzyć zapalniczka, która na wysokości często nie chce z nami współpracować. Co z tego jak teraz mamy w namiocie dwie, jak żadna nie chciała odpalić. Okej, w końcu się udało – kuchenka odpalona. Tylko że wytapianie śniegu/lodu wcale tak szybko nie idzie, nie mówiąc o tym że z wielkiej bryły śniegowej i tak mamy tylko trochę wrzątku, z dodatkami typu kamienie, piasek itp., na co od pewnego momentu nikt już uwagi nie zwraca. W każdym razie gotowanie trwa i trwa – Tatiana, z którą jestem w namiocie i której ugotowałam dwa litry wrzątku już poszła spać, ja natomiast chciałam napełnić sobie jeszcze termos i już się cieszyłam bulgocącą wodą, zakładając że też zaraz wsunę się do ciepłego śpiwora, gdy kuchenka się przechyliła, garnek zjechał na bok i jeszcze żeby już pal sześć, wylał się w przedsionku, ale nie, musiał pochylić się tak, że gorąca woda bluzgnęła właśnie na mój śpiwór. Wysuszyć go trudno, niewysuszony przy minusowych temperaturach szybko zlodowacieje. I żadne to pocieszenie że w międzyczasie kolega przysyła mi satelitarnego smsa że w Europie fala upałów. 
19 czerwca – z Base Camp 4850 m do Camp I (5650 m) 14 dzień wyprawy Wreszcie w górę!
Jeju, jak ja nie lubię wcześnie rano wstawać! Sama siebie nie pojmuję, że płacę ciężkie pieniądze za wyprawę, na której takie wczesne wstawanie to norma. Dzisiejsze śniadanie było zarządzane na 5.30, a o 6-ej rano już byliśmy gotowi do wyjścia. Nawet ciepły dzień był, albo może to adrenalina nas tak rozgrzewała? Najpierw było około godziny podejścia przez lodowiec (i kilka szczelin do przeskoczenia) do tzw. Crampons Point, czyli miejsca gdzie przypina się raki. A potem już – w górę! Pierwsze 200 m w pionie wspinania okazuje się całkiem strome. Mamy umowę, że każdy idzie sobie swoim tempem, zwłaszcza że Ruperth uważa, że jadąc na taką wyprawę każdy na wspinaniu się zna i kontroli czy pomocy nie wymaga. Od pewnego momentu zastanawiam się jaka to straszna z tymi górami hipokryzja. Niby się człowiek nie może doczekać, kiedy wyjdzie w górę, a jak przyjdzie co do czego, to przeklina że tak mu te góry dają w kość. Na prelekcjach na których opowiadam o Evereście czy Koronie Ziemi można wywnioskować że to wysokogórskie wspinanie to takie łatwe i przyjemne, a tymczasem prawda wygląda zgoła inaczej. Bo trudno opowiedzieć, jak to naprawdę jest. Co tu opowiadać – że człowiek sapie jak parowóz? Że jego marzeniem jest jak najszybciej zalec w namiocie, a tymczasem droga zdaje się nie mieć końca? Wejście po schodach choćby i na Pałac Kultury to zupełnie coś innego niż zrobienie iluś kroków w niedotlenieniu, po zapadającym się często śniegu, lodzie lub obsypujących się kamieniach. Tylko że po powrocie z wyprawy o tych trudach już się zwykle nie pamięta, albo nie chce się pamiętać.
Obóz I to kawałek odsłoniętej (bezśnieżnej), mocno eksponowanej skały. Ledwo zmieściliśmy na niej naszych 5 namiotów, a zastanawiam się, gdzie wstawią swoje kolejne wyprawy? Żaden z namiotów nie stoi idealnie poziomo, niektóre są wręcz lekko zawieszone nad przepaścią, a żeby w ową przepaść nie runęły – przywiązane są jeden do drugiego plus do różnych skał, pajęczyną lin. O kameralności w sprawach toaletowych nie ma co marzyć – po prostu nie ma gdzie pójść, trzeba załatwiać się „na widoku”.
A widoki swoją drogą są, oj są. Hen w dole widać naszą bazę, no i ogólnie cały lodowiec. Poza tym tyle ładnych gór nas otacza, z K2 na czele. Nawet obiad na takiej wysokości smakuje lepiej – dziś ugotowałam sobie „farfalle z serem gorgonzola i sosem szpinakowym”. No, może „ugotowałam” to za dużo powiedziane – po prostu zalałam wrzątkiem przytachanego w plecaku liofa (chodzi o liofilizat, czyli specjalnie spreparowane sproszkowane potrawy, które po zalaniu gorącą wodą zwiększają swoją objętość i stanowią bogate w węglowodany danie).

18 czerwca – Base Camp (4850 m), 13 dzień wyprawy. Nostalgicznie…
Smutny dzień – przynajmniej dla mnie. Wybraliśmy się dziś w kilka osób do tzw. Memorial K2. Inaczej mówiąc – zrobione na zboczach K2 miejsce pamięci wspinaczy, którzy zginęli w okolicznych górach. Miałam wrażenie że dla moich kolegów było to po prostu miejsce z licznymi tabliczkami. Bezosobowymi. Jakieś nazwiska, anonimowi ludzie. Pobyli tam trzy minuty i odwrót, a Tatiana w ogóle została na dole (bo do tabliczek trzeba się trochę pod górę wdrapać), mówiąc że jej w ogóle to nie interesuje. Potem przyszli będący na trekkingu Koreańczycy. Porobili sobie zdjęcia przy tabliczkach, byli trochę dłużej, bo wyszukiwali swoich rodaków, poszli po 10 minutach. A ja? Ja poczekałam aż sobie wszyscy pójdą, popatrzyłam na polskie tabliczki i… się rozryczałam. Szczerze, z głębi serca, płakałam chyba z 10 minut. Bo dla mnie nie były to „tylko” tabliczki, tylko konkretni ludzie. Większość z nich znałam, niektórych nie znałam, ale znam ich rodziny. Przy tabliczce upamiętniającej Olka Ostrowskiego (zginął w 2015 roku zjeżdżając na nartach z Gasherbruma) przypomniałam sobie jak go poznałam. Było to na Kolosach, na imprezie „integracyjnej”, kiedy w kilka osób, już nawet nie wiem z kim, siedzieliśmy przy stoliku popijając piwo. Brakowało miejsc, więc podszedł do nas sympatyczny, skromny chłopak, który w przeciwieństwie do wielu innych, niewiele o sobie mówił. Wszyscy wtedy mówiąc o narciarzach zjeżdżających z ośmiotysięczników myśleli tylko o Andrzeju Bargielu – o Olku jakoś mało kto, choć to co już osiągnął i co zamierzał osiągnąć, wcale gorsze nie było. To co mnie w Olku ujęło to pasja – widać było że nie zależy mu na medialności – robi coś, co kocha. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że już Go nie ma…Inne tabliczki: Maciek Berbeka i Tomek Kowalski (zginęli na Broad Peaku w 2013 r.), Artur Hajzer (Gasherbrum, też 2013 r.), Tadeusz Piotrowski (K2, 1986 rok), Dobrosława Miodowicz-Wolf zwana Mrówką – jej osobiście nie znałam, ale kiedyś na jej temat przegadałam pół nocy z Peterem Habelerem (słynny wspinacz austriacki), który miał do niej słabość. W takich chwilach mam wątpliwości jaki sens ma wspinanie? Czy rzeczywiście warto w zamian za górskie pasje ryzykować życie? Czy warto narażać na samotność ludzi którzy są nam bliscy? Na czym polega magnes gór i czy nie są one zbyt zaborcze? Kiedy jest ten moment kiedy lepiej się z tych najwyższych gór wycofać? I wiecie co? Wprawdzie zawsze mówię, że kocham życie, ale teraz tym bardziej uświadomiłam sobie, jak bardzo. I że wcale nie chcę go w górach tracić.
Wieczorem…
Wyraźnie widać emocje związane z jutrzejszym wyjściem w góry. Wszyscy się pakują, bo żadnych tragarzy którzy mieliby za nas coś nosić nie mamy. Owszem, mamy HAP-sów (tragarzy wysokościowych) – 3 Pakistańczyków i 3 nepalskich Szerpów, ale na ich głowie jest poręczowanie drogi, tak więc mają do wyniesienia setki metrów lin, szable śnieżne i inne okucia do zrobienia poręczówek. W każdym razie swoje osobiste rzeczy, gary, gaz, żarcie, namioty, apteczki itp., nosimy sobie sami. Nastrój zmagań z górą udzielił się też obsłudze kuchni – po kolacji na stół wjechał tort z czekoladowym wierzchem i napisem: Welcome to Broad Peak!

17 czerwca – Base Camp (4800 m)12 dzień wyprawy Rest z widokiem na K2
To jeden z takich dni, że jest mi naprawdę dobrze. Siedzę sobie na nagrzanym kamieniu, przed chwilą wypiłam sobie popołudniową kawę z widokiem na K2, no i w takich ładnych okolicznościach przyrody mogę postukać bloga. Ciszę przerywa jedynie huk spadających od czasu do czasu lawin (base camp jest bezpieczny) i ewentualnie krzyki kolegów w stylu: Kto teraz pod prysznic? Dziś mamy dzień tzw. restowy, czyli nigdzie nie chodziliśmy. Co nie znaczy, że nic nie robiliśmy. Fakt, już wczoraj przy kolacji umówiliśmy się, że wreszcie się wysypiamy. Śniadanie zostało ustalone na godzinę 9., ale i tak chyba dłużej niż do 7. nikt nie spał, bo wysoko już o tej porze zawieszone na niebie słońce dawało wrażenie że namiot zamienia się w saunę. Jak na razie wszyscy czują się bardzo dobrze, nie licząc drobiazgów którymi nikt się nie chwali, uznając że w górach pewne niedyspozycje są na porządku dziennym. Ja na przykład zaczęłam już swoje zwyczajowe wysokogórskie kasłanie – pani pulmonolog monitorująca moje guzki w płucach, twierdzi że to wysokogórska astma. Na razie nie jest źle, ale niestety już teraz współczuję moim namiotowym współspaczom w wyższych obozach. Poza tym mam problem z okiem – podejrzewam że to efekt wczorajszego amoku fotograficznego, co wiązało się z częstym zdejmowaniem okularów. Już w nocy obudziłam się z bólem oka, o godzinie 5. rano oko było zaropiałe i bolące tak, że trudno było je otworzyć, więc w lekkiej panice, że oko wyeliminuje mnie z wyjścia w górę zaczęłam szukać spisanych porad Roberta Szymczaska, speca od medycyny górskiej, który szykował mi apteczkę i na szczęście uwzględnił takie przypadłości. W każdym razie teraz zgodnie z przykazaniami kolegi-lekarza wpuszczam sobie co 6 godzin polecone krople i zdecydowanie jest lepiej. Dzień wykorzystaliśmy przede wszystkim na prysznic (wiaderko i kubek w specjalnym „prysznicowym” namiocie). Ja korzystając z dobrych układów z chłopakami z kuchni, po zdobyciu dodatkowego czajnika ciepłej wody zrobiłam jeszcze pranie – płukanie uskuteczniałam już w lodowcowym potoku zgrabiałymi z zimna rękami. Poza tym było jeszcze do wykonania trochę różnych prac związanych z zakładanym na pojutrze wyjście w góry. Szykowaliśmy trasery (tyczki do oznaczenia trasy czy depozytów), przygotowywaliśmy szable śnieżne i liny do poręczowania, segregowaliśmy liofilizaty – wszystko w euforii że wreszcie zaczynamy na dobre naszą wyprawę. Z ważnych wydarzeń obozowych powinnam jeszcze wspomnieć, że niestety nasz jako-byk, który tak dzielnie pokonywał całą trasę niełatwego przecież trekkingu, zakończył żywot. Tak naprawdę, to stało się to jeszcze wczoraj, bo tutaj i tak nie miałby się gdzie paść (żadnego zielska w okolicy nie ma). Chyba przeczuwając co się święci odmówił dojścia do obozu – kurtuazyjnie zapytano nas czy będzie dla nas wielkim problemem jak tragarze zabiją go tam, dokąd dotarł. Nikt śmierci zwierzęcia, które w międzyczasie polubiliśmy nie zamierzał oglądać, tak więc byliśmy nawet wdzięczni jakowi, że oszczędził nam uczestnictwa w przykrej ceremonii, za to dzisiaj przez cały dzień przy namiocie kuchennym, niczym amulet, leży nieco zakrwawiony ogon. A tak w ogóle to tutaj o tych jako podobnych zwierzakach mówi się: zoo (samce) lub zoomo (samice). [dopisane po kilku dniach: Mohammed, chłopak zajmujący się obsługą mesy, wykorzystuje teraz ogon jaka w roli miotły do zamiatania]
Wieczorem: No i zjedliśmy naszego zoo na kolację. No, może nie całego, bo to jednak kawał zwierzaka… Był ryż, gotowana soczewica, plus mięso (jaczyna?) w pikantnym sosie i całkiem smaczna wątróbka.Aż jestem zaskoczona, że wszystkim tak dopisują apetyty, bo na wysokości to wcale nieoczywiste. Jedynie Grace nam coś dzisiaj niedomaga, bo jako jedyna nie przyszła na kolację. Mówi że się przeziębiła. Mam nadzieję że szybko dojdzie do siebie, zwłaszcza że jest z nas wszystkich najbardziej doświadczona (na koncie 9 wypraw na ośmiotysięczniki, z czego 5 szczytów przez Kanadyjkę skutecznie zdobytych).
P.S. W ramach bratania się z lokalsami, stanowiącymi obsługę bazy, a także z myślą o przyszłych podróżnikach czy wspinaczach którzy dotrą w te rejony, uczę się podstaw używanego w tym regionie języka balti. Poniżej kilka przydatnych tu słówek, wg mojego fonetycznego zapisu (miejscowi zwykle nie umieją pisać łacińskim alfabetem).- dzień dobry – salam alejkum- do widzenia – hodej fawrin- dziękuję – bakszesz- woda – szu- zimno – gahmo- góra – ri- lodowiec – gank- śniadanie – kawor- obiad – barazan- dobry – jaanuzen

16 czerwca – z Gore II Camp (4300 m) do Base Camp (4800 m)6 dzień trekkingu. Ośmiotysięczniki na horyzoncie!!!
Pogoda jak na zamówienie! Dzisiejszy dzień był najładniejszy widokowo na całym trekkingu, tak więc bezchmurne niebo potraktowaliśmy jak prawdziwy dar od losu. Szczęście dla wyprawy ma wróżyć znaleziona przez któregoś z chłopaków podkowa. Jak się okazuje we wszystkich reprezentowanych przez nas krajach podkowę uważa się za dobry omen, chociaż z tego co się dowiedziałam koniecznie trzeba ją pokazywać w wersji litery „U”. Ja do zdjęcia złapałam ją tak jak ją zwykle w Polsce zawieszamy, a tu wszyscy podnieśli krzyk, że nie tak, tylko odwrotnie! W sumie ciężki to był dzień bo szliśmy 8-9 godzin (ja 9, bo co chwila przystając na zdjęcia). Jeszcze zwijając rano obóz (pobudkę mieliśmy o 4.30!) napawaliśmy się widokiem na mający 7821 m wysokości Masherbrum, potem zachwycaliśmy się wznoszącą się już na granicy z Chinami imponującą ścianą Mustagh Tower (7272 m), w międzyczasie jak zaczęła się rozsnuwać poranna mgła – wyrósł przed nami masyw Gasherbrumów (najpotężniejsze wrażenie sprawiał mający 7147 m Gasherbrum V, zasłaniający ośmiotysięczne G I i G II). Wkrótce potem ukazał się też„nasz” Broad Peak! Nie powiem – kawał góry! Cholera, to ja mam tam wejść??? Prawdziwy orgazm przeżyliśmy w miejscu zwanym Concordia, skąd jest widok na wszystko – Chogolisa, Gasherbrumy, Broad Peak i piramidę K2 , o którym miejscowi mówią Chogori. Nie jestem zbyt romantyczna, ale to widok, który mnie na poważnie wzruszył. Marzenie od wielu lat, marzenie, które kosztowało mnie wiele wyrzeczeń i pracy, ale w końcu się udało. Mam nadzieję, że za półtora miesiąca żegnając się z tym miejscem będę dziękować górom, że mogłam wśród nich być. Czy się uda z Broad Peakiem – niczego nie zakładam – zależy od Góry. Widoki widokami, ale droga się trochę wlokła. Do kamienistych pagórków doszła jeszcze wysokość – w rozpisce idealnej aklimatyzacji na tej trasie jest nocleg w obozie Concordia, a tymczasem my go przeskakiwaliśmy idąc dobre 200 m wyżej. Po drodze była do pokonania jeszcze mało przyjemna lodowcowa rzeka. Nie lubię tych przeskakiwań nad wartkim, płynącym przez głębokie szczeliny strumieniem, zwłaszcza że wiem, że były dwa przypadki śmierci wśród uczestników wypraw na Broad Peak spowodowanych właśnie wpadnięciem do takiego strumienia (jeden z tych przypadków to Polka). W każdym razie widok base campu powitałam jak zbawienie. To znaczy obozu jako takiego jeszcze nie było – były przyniesione przez tragarzy bety, a obóz trzeba było dopiero zbudować (rozstawić namioty, namiot służący jako mesę, zrobić latrynę itp.). No ale teraz mam już swój tymczasowy „dom”, czyli namiot, w którym mogę się wreszcie rozpakować. Powiesiłam przy nim polską flagę, choć widzę że tylko ja jedna jestem przywiązana do narodowych symboli. Dziś po drodze mieliśmy nawet dyskusję z Eduardem, który mówił, że u nich w Niemczech epatowanie nadmiernym patriotyzmem jest wręcz źle odbierane. Nie chodziło wprawdzie o flagi przy namiocie,czy moją ulubioną na wyjazdach czapkę z orzełkiem i napisem „Polska”, ale o mówienie typu: a mój kraj to jest świetny w tym i tym. On ową skromność i uniżenie Niemców wobec siebie samych i świata tłumaczył brzemieniem wojny, ciągłym poczuciem winy. A co do flag przy namiotach, to przecież chyba fajnie, jak widać, kto z jakiego kraju jest?
Wieczorem… Jakoś tak rodzinnie się zrobiło. Siedzimy w naszej mesie, Ruperth wyciągnął słoiki z nutellą, które stały się szybko znikających hitem, a Manfred zadbał o muzykę! Zabrał ze sobą głośnik, który jak się okazało przy okazji wypuszcza na ściany namiotu kolorowe, dyskotekowe światła, no i teraz wszyscy kiwamy się w rytm całkiem fajnych kawałków puszczanych przez Austriaka.
15 czerwca – Gore II Camp (4300 m)5 dzień trekkinguZiiiimnooo!
Słońce zastrajkowało. Dziś nawet na chwilę nie mieliśmy błękitnego nieba, za to w pewnym momencie zaczął padać śnieg i zrobiło się zimno. Cóż, takie prawa wysokości. Szkoda jednak że chmury sprawiły, że nie mamy widoków, bo dziś powinniśmy podziwiać Masherbrum, na mapach oznaczany też jako K1 (choć od K2 dużo niższy – ma 7821 m).Dzień rozpoczęliśmy od opowiadania sobie wrażeń z nocy. Mnie o godzinie 1 zbudziła potężna kamienna lawina. Trudno było wyczuć czy leci gdzieś daleko, czy całkiem blisko. Pewnie bym na nią nie zwróciła uwagi, gdyby nie to, że wcześniej na skale przy obozie wyczaiłam tabliczki z nazwiskami osób które właśnie w tym obozie w zginęły. Jak zginęły? Ano właśnie przez jakiś oberwany głaz, który poleciał na namioty. Było to w roku 2011 – niektórzy z naszych tragarzy pamiętają swoich kolegów którzy wtedy stracili życie (ofiarami byli Pakistańczycy). Innego typu nocne, a właściwie to już poranne wrażenia miał Chris. Otóż obudził go okrzyk: Allah, Allah! Zrobiło mu się nieco nieswojo, wyjrzał z namiotu i… okazało się że tuż przed namiotem modli się jeden z tragarzy.Oczywiście o szczegółach takich, że znowu o 4 rano wszystkich wyrwali ze snu zbierające się do drogi poganiacze mułów, już nie wspominam. Zrobił się z tego swego rodzaju rytuał. Tak przy okazji to pytałam, ilu tragarzy mamy – 52 plus jeszcze ileś mułów. Jeden tragarz zabiera 25 kg ładunku, jeden muł – 100 kg, czyli tyle co 4 tragarzy, tyle że w muła trzeba jednak zainwestować (przeciętnie 40 tys. rupii), no i jest ryzyko że po drodze na przykład złamie sobie nogę, a to oznacza w praktyce jego śmierć (co jakiś czas mijamy szkielety takich nieszczęśników, albo nawet cuchnące strasznie jeszcze nie-szkielety).
Ile zarabia tragarz? 9000 rupii, czyli niecałe 90 dolarów (dla porównania pensja nauczyciela, fakt miesięczna, to 30-40 tys. rupii). Biorąc pod uwagę że facet wychodzi z domu na min. 8 dni, to wypada mu niecałe 12 dolarów dniówki. W ciągu sezonu ma w najlepszym razie 5-6 takich ekspedycji. Jak się załapie, bo chętnych do tej pracy jest sporo. No właśnie, dzisiejszy trekking wykorzystałam aby coś się dowiedzieć na temat życia lokalsów. Ponieważ trasa była stosunkowo krótka (GPS wskazał 11,6 km, choć trzeba pamiętać że to w linii prostej, bez uwzględnienia licznych podejść i zejść), szłam razem z mówiącym trochę po angielsku Mohammedem. Mohammed ma 32 lata i jako najstarszy z synów, ma na głowie utrzymanie 15-osobowej rodziny, na którą składa się jego żona, trójka dzieci, rodzice i pięcioro rodzeństwa, bratowa i jej dziecko. W Askole pracy nie ma – większość ludzi utrzymuje się z uprawy niewielkich poletek, tak więc szansą dla facetów są właśnie ekspedycje. Angielskiego Mohammed nauczył się od turystów, bo w szkole miał tylko urdu (oficjalny język Pakistanu), a miejscowi między sobą w balti. Swoją drogą ciekawa sprawa – wielu lokalsów nie zna nawet urdu, co oznacza, że jak pojadą gdzieś poza Baltistan (tutejsza prowincja), to nie mogą się z innymi rodakami dogadać. Jak na lokalsa Mohammed jest bardzo „światowy” bo był i w Lahore, i w Islamabadzie. Za granicą – nigdy, bo mówi że nie ma za co. Tak na marginesie to chłopak zna wielu polskich wspinaczy, m.in. Adama Bieleckiego, Jacka Tellera, opowiadał też o jakiejś Polce (nie wiem o kogo chodzi), która zginęła w szczelinie na jakiejś pomniejszej górze, a on uczestniczył w akcji wyciągania ciała. Wracając do Pakistanu… Podpytywałam Mohammeda o bezpieczeństwo i sprawy terroryzmu. Mówił że w Baltistanie terroryzmu nie ma, a ludzie są mu przeciwni. Według jego opowieści w liczącym ok. 180 tys. mieszkańców Pakistanie są 73 odmiany islamu, z czego 72 „dobre”, tolerancyjne i pokojowe, a tylko jedna ta radykalna, związana z talibami. Mówił, gdzie lepiej nie jechać, ale nie mając mapy, niewiele mi te nazwy mówiły. W każdym razie Islamabad jest pod względem bezpieczeństwa ponoć ok.
A co do trekkingu – dziś było nie tylko krócej, ale i łatwiej, bo nie było aż takich kamieni jak wczoraj, no i mniej wzgórz było do pokonania. Niemniej skoro powiedziano że jest to 4-5 godzin chodzenia, to nastawiłam się na te cztery, a tymczasem kiedy myślałam że wyrastające przed nami wzgórze to już ostatnie, po dojściu na jego szczyt okazywało się że jest jeszcze kolejne i kolejne. Z ciekawych rzeczy po drodze to mijaliśmy dwa obozy wojskowe (uprzedzano nas że żadnego fotografowania, a tymczasem w jednym z nich żołnierze sami podeszli do mnie i do Grace z prośbą o wspólną fotę). Poza tym było trochę imponujących seraków, kilka lodowcowych jeziorek i spotkanie z wracającą już w dół parą trekkersów (Austriacy). Co do obozu to dziś jest dużo skromniejszy niż te poprzednie – puste lodowcowe pole na którym wyrosły nasze namioty. Tu muszę wyjaśnić, że tutejszy lodowiec pokryty jest kamieniami, tak wiec dopiero jak się je odgarnie (ew. się… nasika), to wyłania się żywy, błękitny lód, od którego nieźle „ciągnie” chłodem. Aaa, no i nie ma już tych dziwnych toaleto-domków, jakie nastawiano w poprzednich obozach. Tu mamy po prostu rozstawiony specjalny namiot toaletowy w którym załatwia się do dziury w lodowcu.

14 czerwca – obóz Uskurdas (4000 m)4 dzień trekkinguBaaardzo długi dzień
Lodowiec Baltoro trochę mnie zawiódł. Dziś na niego weszliśmy i nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że będzie to biało-błękitny, taki obrazkowy więc lód, a my oczarowani będziemy sunąć jego poboczem. Prawda okazała się brutalna. Lodu i śniegu prawie nie widać, bo są przysypane kamieniami – małymi i dużymi, tak więc wygląda to jak brudno-szare kamienne rumowisko. Kto szedł do bazy pod Everestem to wie o co chodzi – idzie się po tych kamulach, raz pod górę, raz w dół, ciągle się coś spod nóg obsypuje, a kiedy zachodzi konieczność przeskakiwania po głazach, co i rusz jakiś się chyboce. Ogólnie średnia przyjemność, zwłaszcza z nie najlżejszym plecakiem. Strasznie mi się ta droga dłużyła. Jak na złość było pochmurno, a przez pewien czas nawet deszczowo, więc przepiękna Tango Tower, skalna wieżą którą liczyłam że obfotografuję, w pewnej krasie niestety się nie pokazała. Wyruszyliśmy w trasę już o 6.30 i szliśmy te 22 kilometry tej katorżniczej trasy dobre 8 godzin. Teraz mój mądry zegarek (przeznaczony do różnych aktywności sportowych Garmin) mówi mi, że mam sobie zrobić 46 godzin odpoczynku! Pomarzyć dobra rzecz? Jakie 46 godzin? Przecież za kilkanaście godzin znowu trzeba będzie drałować. Obserwując naszą ekipę widzę, że do obowiązkowych elementów ekwipunku wysokogórskiego należy teraz m.in. odtwarzacz ze słuchawkami. W pewnym momencie pomyślałam sobie, że gdyby ktoś zawołał o pomoc, nikt by go nie usłyszał, bo wszyscy byliby zatopieni w muzyce. Wyjątkiem od muzyki chyba tylko ja jestem, gdyż zamiast muzyki słucham audiobooków. Dziś na tapecie miałam „Księgę z San Michele” – niesamowite jak wiele z tej napisanej chyba w 1922 roku książki aktualne jest także w obecnych czasach. Wracając do dzisiejszej trasy… Ze względu na chmury fascynujących widoków nie było, choć co jakiś czas coś jednak się wyłaniało. Oprócz wspomnianej już, imponującej Trango Tower podziwialiśmy jeszcze stanowiącą wyzwanie dla wspinaczy skalnych Katedrę – jak odsłonię połę namiotu to nadal ją widzę!Pewnym urozmaiceniem było przekraczanie wartkiej rzeczki – sama nie wiem jak skacząc po kamieniach nikt z nas nie wpadł do wody. Najbardziej poziom adrenaliny podniósł mi się jednak trochę później, gdy zjechałam po obuwających się kamieniach. Jak zwykle w takich momentach odruchowo chroniłam aparat, któremu na szczęście nic się nie stało. Wprawdzie jestem trochę poobdzierana, ale koledzy mnie obandażowali/poplastrowali, a najważniejsze że nogi całe.

13 czerwca – obóz Paiju (3400 m)3 dzień trekkingu Rest, czyli laba
Dziś mamy rest, czyli w ramach aklimatyzacji zostaliśmy na drugą noc w tym samym miejscu. W związku z tym liczyliśmy na dłuższe pospanie, a tymczasem… O czwartej rano obudziły nas krzyki zbierających się w drogę poganiaczy mułów – nie przejmując się zupełnie tym, że są tacy, którzy wstawać o tej porze nie muszą, darli się w strasznie. Jak już sobie poszli zebrało się na poranne „iya,iya” pasącym się po sąsiedzku osłom. Ja to ja – mam stopery do uszu, tak więc tylko wcisnęłam je sobie głębiej, ale ci którzy stoperów nie mieli, zasadniczo już spanie zakończyli. Nigdy nie byłam na wczasach all inclusive, ale dzisiaj mam taką ich wyprawową wersję, Opalać się wprawdzie trudno, bo strasznie wieje, ale mogę wreszcie poczytać książkę („Zwyczajne pakistańskie życie” autorstwa Polki mieszkającej w Karaczi), na jedzenie zawołają, deserek zapodałam sobie sama (batonik bananowo-orzechowy od polskiej firmy ZmianyZmiany), a i drinki są (zdrowotny koktajl szpinakowy – też polski produkt, firmy LyoFood, która robi wszystko z ekologicznych, naturalnych składników).Ale z tą labą to też nie do końca, bo poszliśmy sobie na wycieczkę aklimatyzacyjną – 400 m w górę. Trochę sobie z widokiem na góry posiedzieliśmy, popatrzyliśmy też na lodowiec Baltoro, po którym jutro będziemy szli, a potem wróciliśmy do naszej chwilowej bazy na obiad, na który kucharz zrobił pizzę!!! Ale jaką! Wyglądała jak tort, a w składnikach miała między innymi migdały, fragmenty miąższu kokosowego, rodzynki, no i klasycznie – ser, jakieś kiełbachy itp. Była pyszna! Nie mogąc uwierzyć jak można było takie kulinarne dzieło stworzyć w warunkach obozowych, poszłam do namiotu kuchennego, pogratulować kucharzowi. A że ten robił już na kolację chapati (naleśnikowate placki zastępujące chleb), dostałam lekcję ich „produkcji”. Szczerze mówiąc to myślałam że chapati mamy… ze sklepu, przywiezione na jakimś mule, a tymczasem to naprawdę sporo pracy. W ramach „zajęć własnych” zaliczyłam też kąpiel. Namiastkę prysznicu z wody z wiadra, fakt, podgrzanej przez obsługę kuchni. Po 3 dniach niemycia się, kiedy człowiek w ciągu dnia ocieka potem i idzie w ciągłym kurzu, taką kąpiel, a potem założenie czystych ciuchów to jedna z większych przyjemności. Teraz to i tak jeszcze nic – po kilku tygodniach przebywania w górach człowiek docenia co to znaczy prawdziwy prysznic.

12 czerwca – w obozie Paiju (3400 m)2 dzień trekkinguKurz, pot i cholerne słońce
Trekking do bazy pod Broad Peakiem czy K2 a trekking do bazy pod Everestem to dwa różne światy. Uwielbiam Nepal, ale Pakistan swoją „dzikością” ujął mnie bez reszty. Z cywilizacją pożegnaliśmy się w Askole, a teraz już tylko góry i góry. Żadnych wiosek, żadnych sklepików, jedynie co jeszcze trochę o cywilizacji przypomina, to kabel telefoniczny ciągnący się między obozami pakistańskiej armii (nie tam żadne słupy – kabel po prostu ciągnię się po ziemi) no i obozowiska w których przygotowano prowizoryczne platformy pod namioty i postawiono dość abstrakcyjnie wyglądające toalety.Męczący dzień. Pobudka była o 5.45, choć już o 4-ej darł się jakiś osioł (nie jest to aluzja do nikogo – mam na myśli prawdziwe zwierzę, które chyba zerwało się z powrozu i snuło się między namiotami). To co muszę powiedzieć o Austriakach, to to, że są niesamowicie zorganizowani – godzina wyjścia oznacza praktycznie wyjście, żadnego guzdrania się, tak więc zgodnie z wczorajszą umową, punkt 7 wszyscy byli gotowi do wymarszu. Do przejścia było więcej niż wczoraj – 21 km, liczonych na 7 godzin chodzenia. Dystans sam w sobie nieimponujący, ale po piachu, kamieniach, trochę w górę, trochę w dół, z widokami które po wczorajszym dniu już nam się trochę opatrzyły, więc nawet do robienia zdjęć było mniej motywacji. Na dodatek strasznie się kurzyło – najgorzej jak mijała nas karawana obładowanych mułów, wzniecające dosłownie chmury kurzu. Ale i tak najgorsze było słońce – już o 9 palące tak, że człowiek czuł się jak na Saharze, a nie na wysokości ponad 3000 metrów. Wygrali ci, co zabrali parasole – pal sześć deszcz, który na razie nas oszczędza, ale to idealny sprzęt na słońce (zgodnie z nazwą: para-sol. „Sol” to przecież słońce.). „Sekta parasolowa” to mniej więcej połowa grupy, w tym też nasi Szerpowie. Najładniejszy parasol jak dla mnie ma Stefan (Austriak) – tęczowy, co jednoznacznie kojarzy się nam z ruchem homoseksualnym (choć sam Stefan chyba nie ma takich inklinacji). Niestety ja akurat parasola nie mam, tak więc mimo czapki z daszkiem i koszulki z krótkim rękawem, męczyłam się dziś strasznie, no i niestety zaczynam już wyglądać na twarzy jak panda (czyli biały ślad po okularach i spalona reszta twarzy). Zrobiliśmy ten dzisiejszy trekking z tylko jednym odpoczynkiem , no ale teraz, już w obozie mamy sporo czasu na labę (byliśmy w obozie już ok. 13.30). Jak to na wyprawach – siedzimy teraz wszyscy w mesie (namiotowej jadalnio-świetlicy), i popijając herbatę (w górach trzeba dużo pić) obserwujemy naszych pakistańskich tragarzy, którzy się chyba o coś kłócą.Jak na razie wszyscy czujemy się okej, ale to też i żadna wysokość (sprawdzałam saturację – 92!). Jedyny, który nie domaga to nasz oficer łącznikowy. Każda wyprawa ma obowiązkowo kogoś takiego, reprezentującego pakistańską władzę, niby dla zapewnienia bezpieczeństwa, a w praktyce do kontroli czy wyprawa działa zgodnie z opłaconym permitem. Utrzymanie takiego oficjela należy oczywiście do wyprawy – trzeba go nie tylko wyżywić, zapewnić mu namiot itp., ale także wyekwipować (ponoć zwykle daje mu się 3 tys. dolców, żeby sobie kupił wszystko co będzie mu potrzebne w górach). Na Evereście (bo w Nepalu funkcjonuje to podobnie, tyle że tam jest nim urzędnik Ministerstwa Turystyki), naszego oficera widzieliśmy tylko raz, przez pół godziny, kiedy przyszedł zrobić zdjęcia poświadczające że był w bazie (bo żadna to frajda dla oderwanego od biurka urzędnika siedzieć półtora-dwa miesiące w chłodzie, daleko od domu). Tu w Pakistanie oficerem jest młody chłopak z pakistańskich sił powietrznych (ale nie lata, obsługuje radary). Pierwszy raz idzie na taką wysokość, ma zamiar spędzić z nami 2 miesiące i chociaż stara się być bardzo dzielny, coś nam jednak słabnie (oficjalnie ma coś z kolanem). Jest bardzo religijny – w porach muzułmańskiej modlitwy wyciąga przed namiot swój dywanik modlitewny i gorliwie się modli, choć post jednak przerwał. W sumie to nie wyobrażam sobie aby zrobić taki trekking cały dzień bez jedzenia, a zwłaszcza picia, no ale na szczęście islam dopuszcza zwolnienie z ramadanu tych, którzy są w drodze. Tragarze są chyba mniej religijni, bo nie zauważyłam aby się modlili. Niektórzy jednak noszą na szyjach muzułmańskie talizmany – woreczki ze schowanymi w środku wersetami z Koranu. U nas natomiast większość grupy nosi na szyi dżi – tybetański kamień szeroko rozumianego szczęścia i powodzenia.

11 czerwca – w obozie Laskam (3160 m)1 dzień trekkingu Z krową i kozami
Dziś mieliśmy do przejścia około13 kilometrów. Niby niedużo, ale końcówka już się trochę dłużyła, zwłaszcza na odcinku przejścia po „plaży”, czyli piaszczystym brzegiem jakiejś spływającej z boku rzeczki. Inna sprawa że nudno nie było: ciekawe było już choćby wyjście z Askole (kobiety znoszące trawę dla zwierząt, dzieciaki chwalące się małymi kózkami, jakieś wiekowe pojazdy które chętnie zakupiłoby do swoich zbiorów niejedno muzeum etc.). Potem szło się już cały czas brzegiem lodowcowej rzeki (dopływ Indusu), z pokonaniem dwóch mostków linowych i widokami na ośnieżone szczyty. K2 ani Broad Peaku jeszcze nie widać – zobaczymy je dopiero 5 dnia wędrówki. Co ciekawe, razem z nami idą do bazy dwie kozy i krowa, nie mówiąc o niesionych przez tragarzy kurach. Cały ten zwierzyniec zabrany jest w celach że tak powiem – spożywczych, choć powiem szczerze: nie wiem czy będę miała ochotę na konsumpcję zwierzęcia które wcześniej głaskałam i fotografowałam. Tymczasem Mohammed – chłopak z obsługi kuchni, widząc jak patrzę na moją ulubienicę jedną z kóz, śliczną, bo z takim długim włosiem, już mi zapowiedział, że ma na imię Zuu (koza rzecz jasna) i jak ją będą zarzynali, to mnie zawoła…Jeśli chodzi o tragarzy, to widzę że nasi Szerpowie już z niektórymi z nich się zbratali. Mamy w ekipie trzech nepalskich Szerpów, którzy idą z nami na zasadzie pełnoprawnych uczestników wyprawy. Jedzą z nami posiłki, idą na trekkingu tak jak każdy z nas, na lekko (czyli z wielkimi torbami korzystają z pomocy tragarzy), śpią razem z nami… Fajne, ale chyba trochę nie wiedzą, czy mają trzymać bardziej z nami (wspinaczami) czy raczej z pakistańską obsługą. Do Pakistańczyków kulturowo jednak im bliżej. Poza tym z nami trochę trudniej im się dogadać, bo angielski znają słabo, natomiast okazuje się że i nepalski, i funkcjonujący w Pakistanie urdu, mają dużo wspólnych słów, choćby „pani” czyli „woda”. No a poza tym od czego ręce .W ładnym miejscu mamy obóz… Wysokość 3150 m, ale specjalnie się jej nie odczuwa. Dzień był ciepły, wręcz upalny, wieczór też w miarę ok (chodzę tylko w samym polarze). Jest tu trochę drzew, tarasowate miejsce na postawienie namiotów i mnóstwo dziwnych domków które okazały się… toaletami. Kompletnie nie mogę pojąć, po co komu tyle toalet? Obozowiskami zarządza pakistańska organizacja górska, chociaż tylko 50% z zysków z obozu to jej dochód- pozostałe 50% idzie na potrzeby miejscowych. Dobry pomysł, bo widząc, że na turystach można zarobić, lokalsi są zmotywowani do dbania o górską infrastrukturę. To właśnie dlatego jakieś 10 lat temu posadzili wspomniane drzewa (i dosadzają kolejne), no i dbają o obóz, żeby był w nim jako taki porządek.W ramach zakumplania się z lokalsami, a ściślej – naszymi tragarzami, bo innych lokalsów tu nie ma, dziś mieliśmy akcję „pogotowie”. No więc najpierw przyszedł jeden tragarz, chłopak z pokaleczonymi piętami. Ruperth odkaził mu te skaleczenia, pozaklejał, i już myśleliśmy że koniec akcji, a tu przychodzi kolega tego pierwszego, że on też ma pokaleczone nogi. Tak naprawdę nic strasznego mu się nie działo, ale okej, Ruperth z pomocą Edwarda opatrzył również tego drugiego tragarza. Nie minęły dwie minuty, jak z tą samą prośbą pojawił się kolejny, któremu kompletnie nic nie było, ale chciał mieć opatrunek. Bojąc się że z naszej apteczki nic nie zostanie, musieliśmy wykazać się asertywnością i trzeciego tragarza odesłaliśmy z kwitkiem.
Okej, późno już a rano o 5.45 trzeba wstać, bo ponoć długi dzień przed nami, Szybko zasnę, bo jestem trochę zmęczona dzisiejszym upałem, a tu jeszcze do uszu dociera ten kojący zmysły szum wody (owa lodowcowa rzeka). Aż mi się nie chce wierzyć że jestem w Karakorum, górach o których tyle lat marzyłam.
10 czerwca – wieczoremobóz w Askole (tutejsi mówią: Askoli) Adrenalinowe Karakorum Highway
Pewnie niektórzy, słysząc nazwę Karakorum Highway wyobrażają sobie jakąś autostradę, a przynajmniej przyzwoitą asfaltową szosę. Nic bardziej mylnego – na odcinku ze Skardu do Askole asfalt mieliśmy tylko na początku – potem był już żwir, piasek i błoto. W sumie do przejechania mieliśmy niewiele, raptem 145 km. Tylko że właśnie rodzaj drogi sprawił że zajęło to dobre 8 godzin (fakt, z obiadem po drodze, ale bardzo sprawnym). Na dzień dobry, wkrótce po wyjeździe ze Skardu, przywitał nas napis informujący że wjeżdżamy do regionu, w którym panie mają mieć chusty (po tutejszemu: dupatty), a poza tym jest zakaz słuchania nieprzyzwoitej muzyki. Nie za bardzo wiedzieliśmy o co chodzi z tą muzyką, ale i tak niczego nie słuchaliśmy, bo nasz dżip nie miał żadnego radia ani CD, a zresztą byliśmy zbyt skupieni na widokach i wrażeniach. Od pewnego momentu o normalnej szosie można już było zapomnieć – gnaliśmy szutrową drogą na szerokość samochodu, z zakrętami typu agrafki i oczywiście żadnymi barierkami zabezpieczającymi przed wypadnięciem w przepaść. Żeby było jeszcze bardziej adrenalinowo, w czasie obiadu zaczęło lać, dzięki czemu dodatkowo zrobiło się ślisko. Inna sprawa, że muszę przyznać, że nasze dżipy, raczej z tych zabytkowych (mój faworyt to taki mający 25 lat) całkiem dobrze dawały sobie radę. Powinnam wspomnieć jeszcze o komforcie jazdy – siedzieliśmy na przodzie w składzie trzyosobowym: kierowca, ja, a między nami policjant z dźwignią biegów między rozłożonymi nogami.Najciekawsze momenty stanowiły przejazdy przez rozmyte wodą odcinki oraz przez wiszące mosty, dość wątpliwej konstrukcji i z dziurami w drewnianej „jezdni” (na wszelki wypadek jeśli jest na takim moście jeden samochód, drugi czeka). W pewnym momencie, o czym byliśmy uprzedzeni, jechać dalej już się nie dało, bo droga była zasypana przez kamienną lawinę – trzeba było wszystkie pojazdy rozpakować i przenieść bety jakiś kilometr, na drugą stronę lawiniska, gdzie czekały już kolejne dżipy. Rzecz jasna momentalnie pojawili się chętni do pomocy (i zarobienia) tragarze – mam wrażenie że zablokowana droga jest im nawet na rękę .

Koniec bezpośredniej relacji Moniki

AK

 

21 czerwca

Śnieg przestał padać, a Monika i reszta jej ekipy jest już bezpieczna. Zeszli do bazy i teraz czeka ich dwudniowy odpoczynek . Jeżeli pogoda pozwoli, to później będą się wspinać na dalszy ciąg aklimatyzacji. Docelowo chcą założyć camp 3 na wysokości ok. 7000 metrów. Monika jak na razie nie ma żadnych problemów z aklimatyzacją. Informacje o Monice znajdziecie też na portalu www.polskamowi.pl
Anna Krzesińska
20 czerwca
Jak smsowo informuje Monika, spędzają drugą noc w pierwszym obozie, ale wynieśli namioty i część sprzętu do drugiego obozu, znajdującego się na wysokości 6200 metrów. Jutro rano planują zejść do bazy, ale wiele zależy od pogody – gdyż pada śnieg. Rezerwę jedzenia i gazu mają tylko na jeden dzień, ale są dobrej myśli.
AK

19 czerwca

Wczoraj Monika zrobiła sobie wypad z bazy do podnóża K2, gdzie są tabliczki, upamiętniające tych, co zginęli w górach. Sześć osób jest z Polski. Było to dla niej smutne przeżycie tym bardziej, że większość z nich znała. Popołudnie ekipa wykorzystała na przygotowanie się do poniedziałkowego wejścia w górę. Dziś wstali o 4.30 i ruszyli w drogę. Obóz założyli na wysokości 5650 metrów, ale 800 metrów stromego podejścia po lodowcu z ciężkim plecakiem dało jej w kość. Poza tym noce są bardzo zimne.

AK

14 czerwca

Kolejna porcja smsowych newsów od Moniki. Po ośmiu godzinach i przejściu 22. kilometrów po pokrytym kamieniami lodowcu dotarli do przedostatniego obozu przed base campem.
Dziś śpią na wysokości 4000 metrów z widokiem na szczyty: Tango Castle i Cathedral oraz imponujące lodowce. Jedynymi zwierzętami są tylko ich muły.

Anna Krzesińska

13 czerwca, w drodze na szczyt

Na podstawie smsów satelitarnych od Moniki przekazuję, że wszyscy są zdrowi i pełni energii. Początkowo pojawiło się sporo miejscowych tragarzy, którzy pokazywali skaleczenia czy bolące zęby i chcieli, aby ich leczyć. Póki co, mimo wysokości ponad 3000 metrów, w ciągu dnia jest wręcz upalnie, a i noce w namiocie też są całkiem ciepłe. Śnieg widać tylko na szczytach gór, a ekipie towarzyszy wypływająca z lodowców rzeka.  Razem z nimi idzie również krowa i dwie kozy, ale nie wiedzą czy będą je jeść, bo ekipie szkoda zwierzaków. Panowie obsługujący bazę nie mają takich rozterek.

Przypominam, że gdyby coś, to można pisać do Moniki darmowe smsy satelitarne (instrukcja tutaj: http://broadpeak.monikawitkowska.pl/index.php/kontakt/), choć nie daje ona gwarancji, że będzie w stanie na wszystkie odpowiadać.

Anna Krzesińska

10 czerwca, Skardu – wyjazd do Askole i dalej już na piechotę – W GÓRY
Za chwilę pakujemy się do jeepów i wyruszamy na krętą, ponoć mocno adrenalinową Karakorum Highway (tu w znaczeniu może nie tyle autostrady co wyjątkowej w swoim rodzaju drogi wysokogórskiej). Niestety
OD TEJ PORY NIE MAM JUŻ DOSTĘPU DO INTERNETU ANI DO ZWYKŁEGO TELEFONU.
Kontaktować można się ze mną tylko przez telefon satelitarny (jak wysyłać darmowe smsy – opis tutaj), zaś wpisy na blogu przejmuje Ania Krzesińska z portalu PolskaMówi,pl

9 czerwca, wieczorem, Skardu
Torby, Budda i koza

W sumie to jak na razie Pakistan lubię 🙂

Poranek był pracowity – robiliśmy przepakowanie. Ponieważ każdy ma 2 torby, trzeba było spakować się tak, by jedna torba na części trekkingowej była nieruszana, wysłana od razu do bazy, przy czym żadna z toreb nie może ważyć niż 25 kg (limit dla tragarzy).

Na obiad pojechaliśmy nad pobliskie jezioro. Sztuczne, bo powstało w wyniku wybudowania tamy, ale urokliwe (otoczone górami, a do tego ładny szmaragdowy kolorek). W drodze powrotnej podjechaliśmy jeszcze

Jezioro, które było celem dzisiejszej wycieczki

do wielkiej skały z wizerunkiem Buddy – w kraju typowo muzułmańskim, miejsce trochę zaskakujące. Budda został wyryty w skale w IX wieku – na wielki plus muzułmanów trzeba zapisać fakt, że go nie zniszczono. Asghar, nasz opiekun (a zarazem właściciel pakistańskiej agencji obsługującej wyprawę) na moje zdziwienie zareagował… zdziwieniem. –Przecież to historyczne dziedzictwo – stwierdził, jak najbardziej rozsądnie.

Po południu mieliśmy uroczystość złożenia ofiary z kozy. Chodzi o ofiarę za pomyślność ekspedycji i szczęśliwy powrót. Obawialiśmy się, że będzie krwawo, nie byliśmy nawet pewni czy chcemy zabijanie biednego zwierzęcia

Nieszczęsna koza, która ma nam zapewnić powodzenie na wyprawie.

oglądać (tak na marginesie to Chris-Australijczyk jest wegetarianinem), ale obyło się bez krwi. Po prostu przyszedł pan, a jakże, z kozą, razem z Aszgarem – szefem organizującej wyprawę agencji pomodlili się do Allaha, potem każdy z nas miał kozę pogłaskać, koniecznie prawą ręką, po czym pan kozę… zabrał i sobie poszedł (z kozą). Zapytałam Aszgara co w takim razie z ową kozą. Otóż w ramach obligatoryjnego w islamie nakazu dzielenia się dobrami z innymi, została oddana do miejscowego sierocińca. No cóż, zabita będzie, ale przynajmniej dzieciaki się najedzą.

 

9 czerwca, około południa, Skardu
Życie codzienne Pakistańczyków

Wczorajsze popołudnie spędziłam włócząc się po Skardu. Miasteczko jest bazą wypadową na trekkingi i wyprawy wspinaczkowe, ale szczerze mówiąc turystów tu za bardzo nie widać. Właściwie poza nami, ekipą Hiszpanów na Gasherbrumy (dwa ośmiotysięczniki) i grupką Koreanek robiących trekking do bazy pod K2, nikogo więcej nie widziałam. Nawet się zastanawiam, jak wychodzą na swoje tutejsze sklepiki ze sprzętem górskim – jest tu kilka takich, sprzedających głównie ciuchy i sprzęt jaki został po różnych wyprawach.

Przy wejściu do miejscowego meczetu

Życie w Skardu skupia się głównie na głównej, przecinającej miasto ulicy po której jeżdżą nie przestrzegające żadnych przepisów samochody, włóczą się krowy (ale nie uważa się je za „święte” – po prostu są, bo są), a co ciekawe – handlem i usługami zajmują się praktycznie sami faceci. To oni sprzedają owoce, robią ciasteczka, gotują, dobierają materiały na ubrania, sprzątają itp. itd. Do mnie, chodzącej samotnie i fotografującej, nastawieni byli bardzo pozytywnie – sami prosili się o zdjęcia, jak też o robione ich telefonami selfie, wielu z nich jeszcze celowo pokazywało jakieś ciekawe miejsca czy ujęcia. Gorzej z kobietami, bo te jeśli nawet gdzieś się spotka, to zdjęć raczej nie chcą. Za to jak zwykle fajny kontakt jest z dzieciakami – spotkane na cmentarzu zaprowadziły mnie do gniazda z pisklakami. Mówiłam im, żeby nie dotykały i nie niepokoiły maluchów, bo samiczka może już do nich nie przylecieć, ale na ile przydała się moja lekcja wychowawcza, szczerze mówiąc nie wiem.

ALi, który zimą wszedł na Nanga Parbat, to ten w środku.

Co do tych kontaktów z lokalsami, to z niektórymi nawet sobie miło pogadałam (choć ze znajomością angielskiego ogólnie tu słabo).W kilku miejscach częstowano mnie, a to herbatą, a to colą, a to jabłkami. Na moje obiekcje, że chyba nie wypada, bo  przecież jest ramadan i trochę głupio jeść jak oni głodują, stwierdzali że nie ma problemu, jestem przecież ich gościem.
Właśnie, co do miejscowych… Jednym z mieszkańców Skardu jest Muhammad Ali – Pakistańczyk, który wraz z Simone More oraz Alexem Txiksonem w ubiegłym roku dokonał pierwszego zimowego wejścia na Nangę Parbat (8126 m). Cieszę się, bo Ali idzie wspinać się z nami – może mi się uda wyciągnąć od niego jakieś ciekawe opowieści.
8 czerwca, około południa, w Skardu
Lot z widokiem na Nangę

Nanga Parbat z okna samolotu.

Budzik dzwoniący o 4.50 nie jest wprawdzie tym, co kocham (zwłaszcza że jeszcze nie przestawiłam się na tutejszy czas), no ale wizja tego że za kilka godzin znajdę się w górach wynagrodziła mi męki bolącej z niewyspania głowy.

Lot do Skardu zaoszczędził nam trwającej ponad 24 godziny podróży samochodem, zwłaszcza że krętych, górskich dróg nie lubię jeszcze bardziej niż wczesnych pobudek. Samochodami pojechały za to nasze bety – zostawiłam sobie jedynie mały plecak.

Nasz samolot

Na lotnisku pogadałam trochę z Hiszpanami, czy może raczej Baskami, którzy wybierają się na trawers Gasherbrumów  (dwa ośmiotysięczniki, w skrócie G1 i G2, oddalone o dzień drogi od bazy pod Broad Peakiem). Ich ekipę tworzy czterech chłopaków, wyglądających na niezłych makserów, co zresztą potwierdzałaby lista zdobytych już przez nich gór (K2, BP i inne). Na pożegnanie zaprosili w odwiedziny do ich bazy – trzeba będzie rozważyć…
Lot był super! Tradycyjnie zasnęłam przy starcie, ale potem coś mnie tknęło, obudziłam się, otworzyłam oczy i… oniemiałam! Widok za oknem był niesamowity: morze gór, ciągnące się po horyzont białe szczyty, nieskażone cywilizacją wierzchołki, lodowce i doliny. Jedna z gór wyróżniała się szczególnie – potężna, majestatyczna, groźna i piękna. Dopiero po wylądowaniu dowiedziałam się, że to słynna Nanga Parbat – kolejny pakistański ośmiotysięcznik (dokładniej Nanga znajduje się na granicy Pakistanu i Chin).

Pod nami morze gór…

A potem góry zaczęły się obniżać, pojawiło się więcej zieleni i już nie całe góry, ale tylko szczyty pozostały białe (wyglądały jakby ktoś obsypał je cukrem-pudrem), po czym rozległ się melodyjny głos stewardessy informującej że zaczynamy się zniżać, i „Inshalah” (jak Allah pozwoli) postaramy się wylądować. Szczerze mówiąc to pomyślałam sobie, że wolałabym aby lądować nie tyle za sprawą Allaha, co pilota, na szczęście ten dobrze wiedział co robi.

Przylot do Skardu natchnął mnie taką dawką energii, że najchętniej poszłabym w góry już zaraz. Zwłaszcza że góry są tu już na wyciągnięcie ręki. Są duże plusy, że to już trochę wyżej (3100 m) – jak ręką odjął przeszedł mi mój alergiczny katar i błyskawicznie zapomniałam o niewyspaniu.

Po sąsiedzku z samolotem którym przylecieliśmy.

Samo Skardu to niewielkie miasteczko z ruchliwą główną ulicą obstawioną rodzinnie prowadzonymi sklepikami i warsztatami. Hotel mamy na jego obrzeżach, przy czym po licznych plakatach na ścianach przy recepcji widać że niejedna wyprawa tu już spała. Po sąsiedzku jest nawet muzeum które postawili Włosi dla uczczenia pierwszego w świecie wejścia na K2 zrobionego właśnie przez wspinaczy rodem z Italii. Połowa ekspozycji dotyczy przyrody parku narodowego, połowa – zasług włoskich himalaistów.

 

7 czerwca, wieczorem
Islamabad
Pierwsze wrażenia

Jak na razie wrażenia z Pakistanu – super! Ludzie fajni, życzliwi, miasto (mam na myśli Islamabad) wprawdzie duże (2 mln mieszkańców), ale jak na razie nie męczące.

Z tej perspektywy opisywany meczet nie wydaje się jakiś strasznie wielki, ale uwierzcie, że jest naprawdę ogromny!

No właśnie, w ramach czekania na zebranie się całej ekipy (brakuje jeszcze `1 osoby), pojechaliśmy coś tam w pakistańskiej stolicy zobaczyć. Z punktu widokowego na jednym ze wzgórz (bo Islamabad jest ogólnie na nizinie, ale tuż obok zaczynają się góry) metropolia wydaje się zaskakująca zielona, nie mówiąc o widocznym na jej obrzeżach jeziorze.

Najciekawszy był meczet, a konkretnie Faisal Mosque, wzniesiony jako prezent od Arabii Saudyjskiej (kosztował w przeliczeniu na obecny kurs waluty – ponad 120 mln dol. amer.). Po tym jak oddano go do użytku (w 1986 roku) przez długie lata był największym meczetem świata – a o jego wielkości może świadczyć to, że same jego minarety mają po 79 m wysokości.

Jak widać, trochę zieleni w pakistańskiej stolicy mieszkańcy mają.

W ciągu dnia miasto było jednak dość puste, a to za sprawą ramadanu. Trudno się dziwić, że nie mogąc jeść, a nawet pić (mimo upałów sięgających aktualnie 40 stopni), ludziska oszczędzają energię. Pytałam jak to będzie z naszymi tragarzami – trudno żeby nosząc nasze dość ciężkie toboły (do obozu bazowego wszystkie ekipy korzystają z tragarzy), przebywając w warunkach jednak już wysokogórskich, chłopcy nie mogli jeść ani pić (zwłaszcza że gdy nie będą pić – na 90% będą mieli problem z wysokością). Okazuje się, że system z tym miesięcznym postem jest następujący: jeśli ktoś uzna, że trudno mu pościć, wtedy post może przerwać,  „odrabiając” nieposzczone dni w innym okresie. Korzystają z tego choćby ludzie starsi, którzy biorąc pod uwagę zalecenia lekarzy że w upale muszą pić, poszczą nie w lecie, a zimą.

Moja kolacja{: ryż z różnymi dodatkami, lassi (rodzaj jogurtu), kompot z wody różanej (nie zamawiałam, ale przynieśli w ramach poczęstunku) i dwa daktylki na osłodę życia chyba. Całość rachunku: 4 dolce .

Oczywiście ja tam, ze względów rozsądkowych, coś tam w międzyczasie popijałam, choć żeby nie wkurzać miejscowych – w ukryciu. Swoją drogą widzieliśmy dzisiaj w ciągu dnia tylko jeden jedyny sklepiko-bar, gdzie można było kupić jakieś napoje. Reszta – wszystko pozamykane. Za to po zachodzie słońca zaczyna się obżarstwo, co i mnie się udzieliło. Nasza ekipa postanowiła wprawdzie zjeść kolację w hotelu, no ale uznałam że międzynarodowe, szablonowe jedzenie w stylu spaghetti po bolońsku, to mogę zapodać sobie wszędzie, a w ramach poszukiwania lokalnych smaków poszłam sobie „w miasto”, Byłoby super, gdyby tutejsi kucharze nie doprawiali wszystkiego tak pikantnie. Wprawdzie kilka razy podkreślałam, że nie lubię ostrego, a kelner nawet obiecał że jasne, ostre nie będzie, no ale widać nasze wersje w kwestii „ostrości”, trochę się różnią.

 

7 czerwca, godz. 5 rano (do Polski różnica +3 godziny)
Islamabad
Witaj ekipo!

W tym gronie mamy spędzić ok. 2 miesięcy…

Górsko ubrane chłopaki na które zwróciłam uwagę wsiadając do samolotu w Stambule faktycznie okazali się moimi towarzyszami na wyprawie, ale okazało się to dopiero przy taśmie bagażowej po przylocie. Szczerze mówiąc serce mi mocniej zabiło, bo wszyscy już mieli swoje bagaże, poza mną. Kiedy już pogodziłam się, że moje cenne torby leżą zapewne w Stambule (albo w Warszawie) – raczyły nadjechać!

Ekipa wydaje się fajna. Poza mną jest z nami jeszcze Tamara – sympatyczna młodziutka Austriaczka (z zawodu policjantka 🙂 ), z którą zresztą wzięłam na spółkę pokój. Rupert, nasz lider też robi dobre wrażenie – konkretny, zorganizowany, a choć w Karakorum pierwszy raz, to ogólnie dość doświadczony (z ośmiotysięczników był na szczycie Dalahgiri i Sziszapangmy, a pewnie byłby i na Evereście, ale z wysokości 8700 m zawrócił, aby sprowadzić wspinacza który nabawił się ślepoty śnieżnej).

Ok, jak na razie mamy dwie godziny czekania aż nam dadzą pokoje. Tu doba hotelowa zaczyna się o godzinie 7 rano! Prosiliśmy aby dali nam pokoje wcześniej (zwłaszcza że są dostępne), ale mówią że jeśli nam dadzą przed 7-mą to będziemy musieli zapłacić za dodatkową noc, a rzecz jasna wcale nam się do tego nie pali. Za to ku naszemu miłemu zaskoczeniu, powiedzieli że bez dodatkowej kasy możemy iść na śniadanie. Ciekawe zasady…

 

6 czerwca
Na przesiadce w Stambule

Lot z Warszawy do Stambułu przespałam. Dało o sobie znać zarywanie ostatnich nocy i przedwyjazdowa gorączka załatwiania mnóstwa spraw. Jak zawsze w takich sytuacjach – zasnęłam jeszcze przed startem, obudziłam się po wylądowaniu. Normalnie robię sobie przebudzenie na jedzenie, ale tym razem był to samolot LOTu co oznaczało, że nawet kanapki nie podadzą (tak na marginesie to linie tureckie latające a tej samej trasie, po takiej samej cenie biletu dają normalny obiad). Sorry, że narzekam na LOT, normalnie cenię to co polskie, ale nie rozumiem że narodowy przewoźnik musi aż tak strasznie skąpić, wystawiając na szwank swój (i Polski) wizerunek.

Lotnisko w Stambule należy do tych, które lubię (i znam dość dobrze).  Trwającego obecnie Ramadanu nie widać – Burger King i wszelkie knajpy zapełnione na maksa. Za to sporo muzułmańskich grup pielgrzymkowych – rzucających się w oczy bo ubranych w charakterystyczne szaty.
A póki co zaczyna się wsiadanie do samolotu do Islamabadu. Samotnych kobiet – brak. Te które są, w większości pozawijane są w chusty przeróżnego rodzaju. Ja też mam w plecaku taką jedną (nie kobietę tylko chustę), ale jeszcze się wstrzymam z przebierankami. Turystów kilku jest- wyglądają dość profesjonalnie (górskie ciuchy, buty trekkingowe) – może to moi przyszli koledzy z ekipy?

 

6 czerwca, około południa
Na lotnisku w Warszawie
Chwała Przyjaciołom!
Uff, bagaż oddany (dwie torby – jedna 25,5 kg, druga 27 kg, ale już przy kupowaniu biletu zgłaszałam że mam tzw. bagaż sportowy), mogę wreszcie zająć się swoimi myślami. Owszem, dociera do mnie, ile spraw nie załatwiłam, bo się najnormalniej w świecie nie wyrobiłam, na ile maili z tego samego powodu nie odpisałam, ale czas żeby się wreszcie z tej codziennej gonitwy wyłączyć. Właśnie to między innymi w tych górskich wyjazdach (i rejsach) lubię – czas zaczyna mieć inny wymiar, nagle się okazuje że można żyć bez internetu i telefonu, człowiek zaczyna znowu być człowiekiem, a nie robotem.

A przy okazji – dotarło do mnie (okej, to w sumie o tym wiedziałam, tylko nie zawsze miałam czas odpowiednio docenić), jak fantastyczni ludzie mnie otaczają. Nie mam szans wymienić tu wszystkich ale kilka przykładów… Choćby wczoraj – moja wysłużona Corsa po kilkunastu latach naszego „związku” zbuntowała się i odmówiła ruszenia (i tak dobrze że nie stanęła na środku skrzyżowania, tylko raczyła zaparkować), akurat ostatniego dnia przed wyjazdem, kiedy trzeba było przemieszczać się po Warszawie z racji załatwiania tego co zwaliło się na ostatnią chwilę. Ja w rozpaczy, a tu telefon od Andrzeja Dybowskiego:
– Moniś, gdybym mógł ci w czymś pomóc, może gdzieś zawieźć…
Po prostu z nieba mi spadł…
No i te liczne smsy, telefony, maile… Że trzymacie kciuki, że dobrze mi życzycie, że będzie ze mną myślami i że w sierpniu się widzimy. Najfajniej zabrzmiało to z ust Aśki Kozanieckiej która pożyczała mi detektor lawinowy.
– Tylko masz mi go oddać… – rzuciła Aśka.
W pierwszej chwili nawet lekko mnie to dotknęło, no bo jasne że sobie go nie przywłaszczę. Dopiero po chwili zorientowałam się, jak istotnie pozytywny był wydźwięk tej prośby. Nie ma innej opcji – muszę wrócić…

ps. Więcej o „Przyjaciołach wyprawy” tutaj

 

Etap przygotowań

Z Karolem, po jednym z treningów.

3-4 czerwca, Warszawa
Telekonsultacje
Finisz z Formą na Szczyt

Jeju, ale mi żal… No bo miałam jechać na weekend w moje ukochane Bieszczady, z niebyle jakiej zresztą okazji, bo na imprezę z okazji 60-lecia mojego koła, SKPB Warszawa (inaczej: Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) ale że jestem „w lesie” z pakowaniem, rozsądek nakazał odpuścić. Szkoda, bo następnego „lecia” trzeba będzie czekać 10 lat.

Za to na spokojnie mogłam skupić się na ostatnich konsultacjach ze specami z Formy na Szczyt. Na pożegnalnym treningu dostałam od Karola w prezencie mini-wałek do rolowania. Karol stwierdził że jakiś płaski kamień na którym będę się mogła wyciągnąć i wykonać kilka ćwiczeń na pewno znajdę i że na pewno mi to zaprocentuje szybszą regeneracją. Trochę byłam sceptyczna, ale po argumencie że Adaś Bielecki też taki wałek wziął na Annapurnę, stwierdziłam, że chyba trzeba Karolowi ufać.

To zdjęcie z kwietnia – analizujemy z Martą wyniki moich badań (żelazo, wapń etc.)

Z Martą-dietetyczką, przegadałam bite dwie godziny. Jak stosować izotoniki, jakie żele, co zjeść przed atakiem szczytowym, jak  przyrządzać pierzgę (do tej pory nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje – chodzi o w uproszczeniu: koncentrat pyłku pszczelego) i mnóstwo innych tego typu rad. Okej, jak ma pomóc…

No a na koniec była jeszcze telekonferencja z Robertem (lekarzem). Głównym moim problemem są zaburzenia kardiologiczne i zdarzające mi się w związku z omdlenia plus podejrzenie astmy „wysokościowej”, tak więc tym bardziej muszę działać rozsądnie. Robertowi ufam, bo to nie tylko dobry lekarz, ale też himalaista (zdobywca trzech ośmiotysięczników), tak więc teoria w jego przypadku idzie w parze z praktyką.
Jedno jest pewne – ogólnie czuję się przygotowana. Zwłaszcza od strony teoretycznej. Jak wyjdzie – czas pokaże. Życie i tak pisze najbardziej nieprzewidywalne scenariusze.

 

 

29 kwietnia –  UELI STECK NIE ŻYJE! 
Co za koszmarny news… Wstaję rano, żeby zobaczyć co tam na Evereście (w kwietniu i maju kiedy jest sezon na wspinanie w Himalajach śledzę co tam u znajomych wspinaczy słychać), a tu – poraziło mnie! Mroczki mi stanęły przed oczami i się najnormalniej w świecie poryczałam…
Powód? „Zginął Ueli Steck..” -wyczytałam. Uli jest…, znaczy się – był, jednym z najlepszych na świecie himalaistów. Ponieważ słynął z bardzo szybkich, sprawnych wspinaczek, mówiło się o nim „Swiss Machine” (faktycznie był Szwajcarem).

U góry zdjęcie z Wikipedii pokazujące co Ueli zamierzał zrobić w maju br. (trawers Everestu połączony z Lhotse), u dołu moje zdjęcie pokazujące topografię terenu.

Dowiedziałam się o wypadku godzinę temu i nie mogę uwierzyć… Pamiętam jak w 2013 r. siedzieliśmy sobie z Uelim i Simone Moro w namiocie chłopaków i gadaliśmy, oczywiście o górach. Bardzo Uliemu w tym co robił kibicowałam – imponował mi zarówno umiejętnościami, jak i niezwykłą skromnością. W tym roku planował trawers Everest-Lhotse (mapka na zdjęciu), tak więc ramach aklimatyzacji robił wypady na wznoszące się obok obozu 1 i 2 siedmiotysięcznik Nuptse. Niestety, dzisiaj, robiąc sobie takie treningowe wyjście, ponoć się poślizgnął, no i poleciał, bo jak to zwykle on – wspinał się solo, bez asekuracji.

Nie dociera to do mnie, zwłaszcza że przymierzałam się do wywiadu z Uelim. Na dodatek w 2013 roku na tej samej górze, też w ramach przygotowań do próby zrobienia nowej drogi na Evereście, a na Nuptse wychodząc treningowo, zginął Aleksiej Bołotow, którego też zdążyłam poznać.
Teraz Ueli i Aleksiej mogą się razem wspinać na niebiańskim Evereście. Żadne to jednak pocieszenie…

ps. Jak się wspinał Ueli, można zobaczyć na filmiku. Kliknijcie tutaj.

29 kwietnia. Dobre rady Kuby Porady…

Razem z Kubą Poradą i panem kamerzystą oglądamy wyniki naszej pracy. Nie widać Gosi Główki (producentki), która robi nam fotę.

Dziś w ramach cyklu „Pokaż nam świat” TVN wyemitował program, w którym razem z prowadzącym Kubą Poradą, rozmawiamy o przygotowaniach  do mojej wyprawy.  Jak wypadłam nie chcę oceniać (zwłaszcza, że się nie oglądałam 🙂 ), natomiast niezwykłe jest, jak bardzo czasochłonne, a zarazem pracochłonne jest nagranie takiego kilkuminutowego wejścia na antenę. Tak czy owak był to ciekawie, efektywnie, a zarazem wesoło spędzony czas.

 

18 kwietnia – Forma na szczyt – w przenośni i dosłownie

Ćwiczenia pod czujnym i wymagającym okiem Karola Henniga.

W ramach przygotowań swojej formy na szczyt zaczęłam treningi z „Formą na szczyt” –  firmą. Tworzy ją trio zapaleńców, którzy sami chodzą po górach, wspinają się, biegają ultramaratony, a że są specjalistami w różnych przydatnych przy tych aktywnościach dziedzinach, to postanowili swoją pracę i zainteresowania połączyć, tak aby przy tej okazji coś tam zarobić, ale równocześnie robić coś pożytecznego dla tych, którzy chcą zdobywać góry.  I tak Karol Hennig zajmuje się treningami kondycyjnymi, Marta  Naczyk – ustawieniem diety wspinacza pod kątem specyfiki gór, a Robert Szymczak to moim zdaniem najlepszy w Polsce lekarz od medycyny wysokogórskiej.
Cała trójka przygotowuje osoby oddelegowane pod ich opiekę przez Polski Związek Alpinizmu (m.in. ekipa zimowej wyprawy na K2), tak więc i ja też z tej „protekcji” pod opiekę kolegów i koleżanki trafiłam.

Jak dotychczas miałam dwa treningi z Karolem, które uświadomiły mi jedno:  zamiast skupić się na bieganiu, trzeba było wykonywać różne ćwiczenia wcale nie tak bardzo męczące, ale w rezultatach – efektywniejsze. No i przekonałam się, że nawet porozciągać się po treningach prawidłowo nie umiałam… Do wyprawy zostało półtora miesiąca – trzeba je będzie dobrze wykorzystać. Póki co gonię na spinning (to już bez Karola).

 

7 kwietnia. I tylko kasy brak…

W Zimbabwe szybko można stać się milionerem. Oto sto tryliionów tamtejszych doarów!

Myślami jestem już w Karakorum, a tu jak na razie stan finansów wyprawy wynosi zero!!! Niedobrze, same chęci nie wystarczą. Trzeba działać!
W międzyczasie rozmawiałam z Karolem z Formy na Szczyt, który ma pomóc mi w przygotowaniu kondycyjnym.  Umówiliśmy się na wtorek. Coś czuję że w ramach sprawdzianu dostanę niezły wycisk :).

 

6 kwietnia
Wieczorem, zaraz po treningu (bieg 12 km w szybkim tempie) spotkałam się z chłopakami jadącymi na Lhotse (Kuba Bojan i Mateusz). W sumie to ja też się na Lhotse wybierałam, no ale uznałam że Broad Peak jest ciekawszą opcją. Ale teraz im trochę tego Lhotse zazdroszczę, zwłaszcza że sporo znajomych tam będzie (ci znajomi to głównie w ekipach everestowych, bo obie góry mają wspólną bazę i obozy I, II, III). Potem, przez facebooka pogadałam jeszcze z Januszem Adamskim, który z kolei zamierza zdobywać Everest bez wspomagania się tlenem z butli. Oj, szykuje się ciekawy sezon. Będzie za kogo trzymać kciuki.