Ostatni dzień (i noc) pod Broad Peakiem (28/07/2021)

W bazie ogólny rozgardiasz, bo wszyscy się pakują. Jedyna osoba która nie dotarła do bazy i ciągle pozostaje w górze to Argentyńczyk, który zszokował nas informacją, że NIE zamierza póki co schodzić z obozu 3 (gdzie został sam, samiuteńki) i dziś w nocy szykuje się do samotnego ataku szczytowego. Jedni z grona broadpeakowiczą mówią dosadnie co o tym myślą (nie będę przytaczać, ale ogólnie biorą go za wariata), inni (w tym ja) nie komentują, ale po prostu o tego chłopaka się boją. A tak w ogóle to jeśli chodzi o ataki szczytowe, paradoksalnie łatwiej było w tym roku zdobyć K2 niż Broad Peak. Nad Broad Peakiem ciągle wiszą ciężkie chmury, podczas gdy nad K2 niebo jest czyściutkie. Wśród tych którzy stanęli dzisiaj na wierzchołku K2 i to jako jedyni – bez dodatkowego tlenu, są nasi dobrzy koledzy: Niels (Belg) i Hugo (Boliwijczyk), którzy wcześniej załapali się do jedynej piątki jaka weszła na Broad Peak. Zdobyć obydwa te szczyty w ciągu zaledwie 2 tygodni to naprawdę niebywały wyczyn. Co by nie mówić, i Niels i Hugo to wysokościowe maszyny, a przy okazji – wielcy szczęściarze. Cieszę się ogromnie, że im się udało!Skoro nic się dziś specjalnie nie wydarzyło (poza tym że skradziono mi spod namiotu kijko-czekan Grivela, który po wyrażeniu mojej dezaprobaty dla tego czynu cudownie został podrzucony w to samo miejsce), opiszę pokrótce funkcjonowanie obozowej mesy (bo miałam o to pytania na priv). Otóż mesę ma każdy obóz, przy czym zwykle jest to duży namiot, którego główną część zajmuje stół lub stoły, na których zwyczajowo zawsze stoją termosy z gorącą wodą (jak zabraknie to prosi się o przyniesienie), plus pudełka z herbatami, kawą, czasem innymi napojami czy jakimiś przekąskami. W mesie jada się posiłki (w każdym obozie jest kucharz, bo nikomu nie kalkulowałoby się gotować w bazie samemu) i spędza się dużą część dnia. W określonych godzinach włączany jest generator, co oznacza że można podładować swoją elektronikę, a że teraz każdy ma tej elektroniki dużo (aparaty, komórki, zegarki, laptopy, MP3-ki, lokalizatory satelitarne, radia do łączności etc.) to zwykle jakiś jeden boczny stolik w mesie zawalony jest kłębowiskiem kabli, których zawsze jest więcej niż możliwych do podłączenia wtyczek.Jeśli nie jesteśmy poza obozem (mam na myśli gdzieś w górze albo w odwiedzinach w bazie pod K2), w mesie spędza się sporą część dnia. W obecnych czasach oznacza to niestety przeglądanie wiadomości w internecie (o ile jest internet), pracę z laptopem, albo po prostu gadanie. To ostatnie mnie akurat dotyczy szczególnie, bo do mesy ciągle ktoś wpada – przeważnie goście z innych obozów, czasem jacyś trekerzy (dziś było 3 chłopaków z Polski), a każdy jest na swój sposób ciekawy, więc rzeczywiście gros czasu spędzam na rozmowach. Z jakichś powodów w mesie naszego obozu gości jest zawsze najwięcej – może dlatego że jesteśmy w centralnym punkcie, może dlatego że jest u nas więcej miejsca niż gdzie indziej, nieistotne. Plusem tego jest to, że to u nas jest główne źródło obozowych informacji, do nas wpada ustalać się różne sprawy, u nas też odbywały się spotkania wspinaczkowej braci. Posiadówki przerywa co jakiś czas huk lawin. W takiej chwili rozmowy milkną i wszyscy nasłuchują. Jeśli lawina schodzi z Broad Peaka, wszyscy wyskakują przed mesę i patrzą czy przypadkiem nie na ścianie, gdzie być może ktoś się wspina. Jeśli to gdzieś na zupełnie innej górze, nikt nie wyskakuje, co najwyżej tylko macha ręką, że to nieistotny szczegół.W mesie najtłoczniej jest wieczorami, a to z racji tego że wtedy zwykle włączane są piecyki (po zachodzie słońca w bazie robi się naprawdę zimno). Nasza mesa i tak jest jak na tutejsze bazy wyjątkowa, jako że Akbar (szef agencji) zainwestował w kopulasty namiot cieplejszy od innych typów mes, ale zimno tak czy owak jest. I nie pomaga ciągłe zasuwanie zamków przy drzwiach czy wykładanie podłóg mes dywanami. W każdym razie odpalenie niewielkiego piecyka to każdego dnia wielka, wyczekiwana przez wszystkich chwila. Oczywiście jeden mały piecyk nie ogrzeje całej mesy – wciśnięcie się z krzesłem w promień grzania piecyka to cel większości z nas, ale miejsca starcza na maks 3 osoby. Tak na marginesie przez ostatnie dni przepychanek do piecyka już nie ma. Powód? Ano piecyk odmówił współpracy. Życie towarzyskie kończy się zwykle około godziny 21 (no chyba że jest jakaś specjalna okazja), bo potem robi się już tak zimno, że trudno wytrzymać (zwłaszcza jak się siedzi z dala od piecyka) no i wstająca o świcie obsługa kuchni po prostu chce spać. A jak się komuś spać nie chce, zawsze może popatrzeć na przepięknie rozgwieżdżone niebo, choć szczerze mówiąc widok ten trochę już nam spowszedniał. Około 22-ej z namiotów słychać już tylko albo chrapanie, albo kasłanie. No właśnie, już się nie mogę doczekać, kiedy wreszcie mi ten cholerny kaszel minie (żadne leki nie pomagają). Budzę się, kaszlę, duszę, potem trochę pośpię i znowu… Ot, uroki dużych wysokości.

Nasza messa wieczorową porą
Dzięki jednemu ze sponsorów mojej wyprawy – firmie Brother, mieliśmy na wyposażeniu mesy nawet drukarkę! A tak na marginesie to na dole stoi mesowy piecyk (włączany tylko wieczorami).
Drukarka Brothera bardzo się przydawała, m.in. do drukowania prognoz pogody ( w środku).
Żeby było łatwiej zapamiętać imiona naszej pakistańskiej obsługi, wydrukowaliśmy odpowiednie ściągi.

Ach ten Broad Peak!

Niestety, drugi (i ostatni) atak szczytowy na Broad Peak kompletnie się nie powiódł. Nikomu. Nawet Donowi i Lhottcie, którzy byli ogólnymi, niekwestionowanymi faworytami w obstawianiu kto ma szansę na szczyt. Góra pokazała że ma swoje humory, nie zamierza nikogo na swój wierzchołek wpuszczać, i koniec. Prognozy pogody zupełnie się nie sprawdziły – miało być ładnie, bezwietrznie, a wręcz przeciwnie – wiało jak diabli, zaś szczyt spowiły ciemne chmury. Co ciekawe, w tym samym czasie na sąsiednim K2 ileś osób stanęło na szczycie. Dziwne? Wcale nie – K2 jest wprawdzie technicznie trudniejsze, no i wyższe, ale mimo to atak szczytowy jest tam krótszy. Poza tym K2, przynajmniej w tym roku, było lepiej przygotowane jeśli chodzi o liny poręczowe – na Broad Peaku poręczówek wcale wszędzie nie było, a nawet te co były (już mniejsza o ich jakość), po ostatnich opadach śniegu i palącym słońcu okazały się w wielu miejscach nie do wyrwania spod białego „betonu”. Aktualnie wszyscy co byli na górze schodzą, a wszyscy co są na dole trzymają kciuki by nie dopadły ich co i rusz schodzące lawiny. Część wspinaczy już opuściła bazę – ja zaczynam treking powrotny pojutrze, w czwartek, wybierając mniej popularną, trudniejszą trasę przez Przełęcz Gondogoro (5600 m).

Niestety, czas pożegnań. Ja i Akbar (pierwszy z lewej) jeszcze zostajemy, ale w dół schodzą: Nastia (Rosjanka), Jeff (Belg) oraz Zoltan (Węgier)

Póki co mam ostatnie chwile relaksu i doceniania plusów wypraw w góry wysokie. Jakie to plusy? Już mówię:- Można zrzucić co nieco z kochanego ciałka! I to bez żadnego katowania się dietami, wręcz przeciwnie – jedząc bardzo kalorycznie. Nie wiem ile kilosów straciłam, ale sądząc po luzach na ubraniach zeszłam z rozmiaru 38 na 36 i bez mocno zaciągniętego paska już się nie ruszam (inaczej zgubiłabym spodnie). Niestety, obawiam się że po powrocie do Polski, szybko wrócę do poprzedniego stanu 🙂– Można się wyspać! W Polsce mało śpię, bo nie nadążam z nawałem spraw. A tu, w górach, człowiek już o 21 jest zwykle w śpiworze, a budzi się jak słońce zacznie ogrzewać namiot (w przypadku mojego namiotu oznacza to godzinę 8-mą, choć potem potrafię jeszcze przysnąć). Owszem, mam w nocy przerwy gł. na kasłanie, przed snem też zwykle coś tam czytam, ale i tak wychodzi tego spania ogromnie duuuuużoooo (no i już ziewam 🙂 )- Można wypić kawę gapiąc się na piękne widoki (oczywiście o ile jest pogoda). To mój codzienny rytuał – siadam sobie na kamieniu i piję kawę z widokiem na K2 albo na Broad Peak! Tak na marginesie to najchętniej bym to robiła w pełnym spokoju i ciszy, ale zaraz zwykle zjawia się ktoś z obsługi któregoś z obózów i zaczyna się: „How are you? Ok? Good!” (jest to miłe do pierwszych 10 osób)- Człowiek przestaje przejmować się polityką, jakimiś aferami etc., bo o nich po prostu nie czyta – liczy się tylko to co tu i teraz. To akurat plus tego, że ciągle mam problemy z internetem. Fakt, głupio mi że nie odpisuję na maile czy posty, ale wierzcie mi, przy tych problemach z dostępem do sieci jakie stwarza mój telefon, plus ograniczoną możliwością ładowania elektroniki, nie mam jak sprawdzać ani facebooka, ani poczty, ani przeglądać jakichkolwiek portali. Wrzucenie posta jest tak czasochłonne, ze na tym mój kontakt ze światem zewnętrznym się kończy, a na komentarze czy wszelkie wiadomości postaram się odpowiedzieć po powrocie.- Docenia się, to co się ma w Polsce. Jeju, jak już marzę aby „uwalić się” na swoim łożu pod normalną pościelą, wykąpać w wannie, zjeść jakąś normalną sałatkę ze świeżych warzyw, zamienić puchową kurtkę na letnią sukienkę, a górskie buciory na sandałki, zamiast słuchać huku lawin posłuchać mruczącą Melę (moją kocicę)… Ileś tygodni w świecie lodowców i skał ma dużo uroku, kocham ten świat, ale… czas powoli wracać 🙂

Mój codzienny rytuał (o ile nie muszę gdzieś chodzić/wchodzić :)) . Kawa z takimi widokami smakuje lepiej!
Czas na małe „spa”. W górze skóra się bardzo wysusza, zanim więc wrócę w doliny trzeba ją trochę podreperować (ratunek kremami Dr Irena Eris Cosmetics)
A tu prezentuję luzy na spodniach. Gdyby nie pasek, nie byłyby się w stanie już na mnie same utrzymać. Niestety szkoda że niestety zanim zrzuciłam tłuszczyk, w pierwszej kolejności straciłam sporo mięśni.

Dlaczego nie atak szczytowy

Powinnam teraz być w Camp 3 i szykować się do jutrzejszego ataku szczytowego, ale zamiast tego jestem na dole, w bazie, i wyprawę w sumie mogę uznać za zakończoną. Co się stało?
Przyczyna jest prozaiczna, tak prozaiczna, że sama informując najbliższych nie wiedziałam już, czy się śmiać, czy płakać… Ale po kolei.
Jak pewnie część z Was pamięta, mój poprzedni atak szczytowy, jakieś 10 dni temu, nie powiódł się, bo mój HAP, jak się w Pakistanie nazywa tragarzy-przewodników, obwieścił 300 m ponad Obozem 3, że ma ból żołądka i wraca do namiotu. To co się stało później, czyli dość dramatyczne dla mnie zdarzenia (problem z wymianą butli z tlenem, zjazd po stoku z dużej wysokości itp.) były następstwem owych problemów z HAPem i dowodem na to, że podjęta przeze mnie próba samodzielnego wyjścia na szczyt, nie była rozsądnym pomysłem.
Ok, wróciłam w dół, stanęło na tym że dostanę nowego HAPa. Tym którzy pytają dlaczego nie mogłabym wyjść bez HAPa wyjaśniam, że przyczyn jest wiele. Najważniejsza to przyczyny zdrowotne -rzadko bo rzadko, ale zdarzają mi się utraty przytomności i po prostu z założenia zwłaszcza na dużej wysokości po prostu muszę być z kimś. Drugi powód to taki, że nie mając zespołu nie jestem w stanie sama wynieść do góry niezbędnego sprzętu (namiot, butle z tlenem etc.). Trzecia przyczyna – nie uważam pomocy HAPa za żaden dyshonor – korzystają z HAPów największe wspinaczkowe sławy, nie widzę więc powodów dlaczego nie miałabym skorzystać i ja.
Nowego HAPa miałam dostać od Koreańczyków, którzy po śmierci Kima zakończyli już akcję górską. Wszystko już było domówione, a tymczasem w przeddzień mojego wyjścia w górę, Koreańczycy… się rozmyślili. Uznali że potrzebują wszystkich swoich HAPów i żadnego zabrać nie mogę. Przyznam, że było to dla mnie duże zaskoczenie, bo nie raz okazywali że mnie bardzo lubią, a w tym wypadku byli przecież świadomi, że swoją podjętą w ostatniej chwili decyzją, pozbawiają mnie szansy na szczyt.
No nic, Akbar, szef agencji pocieszał że HAPa mimo wszystko znajdzie. I rzeczywiście, przy kolacji, gdy poziom mojego zdenerwowania sięgał zenitu, okazało się że z bazy pod K2 wyruszył do nas, do bazy pod Broad Peakiem HAP, który o 4 rano następnego dnia wystartuje ze mną w górę. HAP o imieniu Taki (swoją drogą fajnie brzmiące imię), tak naprawdę miał być HAPem Oswalda Rodrigo przy zdobywaniu K2, ale że Oswald z wejścia na K2 się wycofał, to HAP można powiedzieć, że był wolny. Dobrze wróżyło też że Taki kilka lat temu był HAPem Andrzeja Bargiela, tak więc mogłam uznać że mam HAPa z najwyższej półki.
Następnego dnia lekko po 4 wyruszyliśmy z base campu. Taki okazał się bardzo sympatycznym gościem, idącym wprawdzie jak na HAPa dość wolno, ale uznałam że to taka taktyka pode mnie, żebym się za bardzo nie zmęczyła.
Po półtorej godziny wędrówki podeszliśmy pod ścianę, do miejsca gdzie zakłada się uprzęże, kaski i raki, po czym Taki oświadczył, że… dalej nie idzie. Myślałam że może coś nie załatwione w kwestiach finansowych, więc chciałam przez radio połączyć się z bazą, ale Taki uściślił: boli go serce i dalej pójść nie da rady.
Co zrobiłam? Nie, nie krzyczałam na niego, po prostu opadły mi ręce, uczucie bezsilności wzięło górę nad wkurzeniem. Przy poprzedniej sytuacji z Fide (tak miał na imię mój poprzedni HAP), musiałam się wypłakać, bo nie mogłam zrozumieć, jak to – tyle miesięcy przygotowań, pracy, działań kiedy wszystko było podporządkowane wyprawie, poszło tak sobie na marne? Tym razem już nawet płakać nie mogłam, a zresztą Taki to typ poczciwiny który chyba ze sto razy przepraszał, że mnie zawiódł, że trudno było mieć do niego pretensje (jego poprzednik, Fide, na żadne przeprosiny się nie zdobył).
Cóż był robić – pożegnałam kolegów którzy szli dalej w górę, a my wróciliśmy do bazy.
Żal mi? Pewnie. Czy jestem rozgoryczona? Pewnie. Przykro mi, że miałam dwie szanse zdobycia szczytu, wiem że oceniając swoje szanse fizyczne i mentalne – szczyt jak najbardziej był w moim zasięgu, ale zawiedli ludzie. Z drugiej strony zawsze mówię sobie, że nic za wszelką cenę. Coś jest po coś. To ze czasem coś nie wychodzi i sprawia, że czujemy się rozżaleni, niejednokrotnie ma drugie „dno”, w rzeczywistości daje wynik na plus, a pozornie kiepska dla nas sytuacja zamienia się w dobrą, pozytywną. Kiedy dziś przy kolacji napomknęłam coś, że chyba jestem najbardziej na tej wyprawie pechowa, jeden z kolegów słysząc to stwierdził: „-Może dzięki temu żyjesz?”. Może… Nie ma chyba co roztrząsać. Widocznie tak miało być.

Ps. Dziś na K2, w lawinie, zginął bardzo dobry wspinacz, Brytyjczyk Rick Allen.

Ponowne wyjście na szczyt (23/07/2021)

Dzień minął na przygotowaniach do wyjścia w górę i drugiej próby ataku szczytowego. Prognozy są super, kondycyjnie czuję się świetnie, nastawienie psychiczne też dobre (waleczne i zarazem optymistyczne). Obiecuję że będę rozsądna, przy czym z jednej strony zrobię wszystko co w mojej mocy, ale z drugiej – nie dam się ponieść ambicjom. Plan „dniowy” jest następujący:- 24 lipca – dojście z bazy do Camp 2 (wyjście 3 w nocy)- 25 lipca – dojście do Camp 3- 26 lipca w ciągu dnia – rest w Camp 3- noc z 26/27 lipca i cały dzień 27 lipca – atak szczytowy, z powrotem do Camp 3- 28 lipca – zejście z Camp 3 do bazy.

Z Waszym wsparciem i kilkoma amuletami jakie otrzymałam na tę wyprawę, powinno się udać! 🙂

Lepsze nastroje (22/07/2021)

Nie wiem czy obecna młodzież kojarzy święto 22 lipca (mam na myśli PRLowską genezę tego dnia), ale pamiętam że wśród moich znajomych nazywaliśmy ten dzień „Świętem Wedla” (jako że dawniej nasze sztandarowe zakłady cukiernicze założone przez Wedla nosiły dumne miano „Zakłady im. 22 Lipca”). Piszę o tym dlatego, że dziś w kalendarzu 22 lipca, a torcik wedlowski mam (jestem jego wielką wielbicielką), wyciągnęłam go z zamiarem uszczknięcia jednego kawałeczka, no ale jakoś nim się zorientowałam, już było po torciku. W bazie dziś wreszcie ciut lepiej pogodowo, co sprawia że i towarzystwo w lepszych humorach. Obudził mnie zsuwający się z dachu namiotu śnieg. Oczywiście od razu zrobiło się jaśniej, przez moment myślałam nawet że słonecznie, no ale aż tak, to nie 😊. Najważniejsze jednak że nie padało, i że wreszcie można było zobaczyć przynajmniej te niższe partie gór.W ramach przedpołudniowego spaceru obeszłam broadpeakowe obozy z zaproszeniem tych co jeszcze są w bazie na poobiednie spotkanie związane z obgadaniem powtórnego ataku szczytowego. Na ustaloną godzinę 15-tą w naszej mesie pojawili się prawie wszyscy, za wyjątkiem Brytyjczyków którzy akurat tego dnia wybrali się na wycieczkę do bazy pod K2 oraz Dona i Lhotty którzy mają własny pomysł na zdobywanie szczytu, czyli chcą iść na niego… prosto z bazy. Czyli nie zatrzymując się na dłużej w żadnych obozach (okej, w dwójce na zupę), nie śpiąc, tak po prostu robiąc górę jednym ciągiem. Dla mnie to swoisty „kosmos”, coś nierealnego, ale zobaczymy – oboje są niezwykle sprawni, zaaklimatyzowani, znają swoje możliwości.Przyznam że spotkanie było bardzo konkretne i owocne. Umówiliśmy się, że wszyscy atakujemy szczyt tego samego dnia, raz żeby wspólnie torować drogę, ale też żeby było bezpieczniej. Wszyscy mają mieć ustawione radia na tę samą częstotliwość, ustaliliśmy też że graniczną godziną na zdobycie szczytu jest 15-ta – kto się nie wyrobi, ma zawrócić. Bierzemy też 200 m awaryjnej liny – na wypadek akcji ratunkowej (tfu, tfu) albo gdyby trzeba było coś oporęczować. W każdym razie pomni tego co się wydarzyło z Nastią i Mr Kimem, wszyscy jak widzę są bardzo wyczuleni na kwestie bezpieczeństwa i bardzo dobrze.A właśnie, co do Kima… Obchodząc obozy wpadłam też do obozu koreańskiego – złożyć kondolencje. Już się powoli otrząsają z przykrej sytuacji. Wczoraj jeden z nich dosłownie mi się rozpłakał, dzisiaj już bardziej panowali nad emocjami. Pokazali mi namalowany na metalowej tacy napis, jaki zawiśnie lada dzień na Wzgórzu-Memoriale przy bazie K2, a potem… zaprosili na koreański obiad. Wbrew moim obawom był lepszy niż się spodziewałam – brązowe kluski z jajkiem, kapustą kimchi i kiszoną rzodkwią. Szczerze mówiąc w naszej mesie wybór dań jest większy, ale zawsze fajnie zrobić sobie taką odmianę.Kończę bo wjeżdża kolacja. Kolejny dzień za mną…

Kolejny dzień w bazie (21/07/2021)

Ale pogoda! W znaczeniu: okropna, dołująca, barowa. Zimno, pada – na zmianę deszcz i śnieg, o poły namiotu tłucze się wiatr, najchętniej człowiek by ze śpiwora nie wyłaził. Przez te gęste chmury złapanie internetu to jak wygrana w Lotto, choć po załadowanych tytułach wiem (treść już się nie otwiera), że w Polsce upalnie, pełnia lata i co niektórzy mają tego gorąca dość. Niezadowolonych z upałów zapraszam tutaj, chętnie się zamienię.Tak w ogóle to dzisiaj wypada jedno z najważniejszych świąt muzułmańskich, Eid Al Adha. Jedną z jego tradycji jest rytualne zabijanie zwierząt, których mięso potem dzieli się w następujących proporcjach: 1/3 zostawiają sobie właściciele zwierzaka, 1/3 idzie między rodzinę i przyjaciół, zaś pozostałą 1/3 przekazuje się biednym. Podoba mi się to prospołeczne podejście. A co do zwierzaków to każdy kupuje takiego na jakiego go stać, ewentualnie w ileś osób można się na jakiegoś złożyć. I tak zakłada się, że wielbłądem wyżywi się 70 osób, podczas gdy krową/jakiem/wołem – 7, a koza to już w ogóle skromna, na ogół 1-osobowa wersja. Cenowo, w przeliczeniu na dolary amerykańskie, wygląda to mniej więcej tak: za wielbłąda trzeba liczyć przeciętnie 8 tys. USD (ale ponoć wielbłądzie mięso nie wszyscy lubią), za krowę, jaka – ok. 1500 USD, za kozę 500 USD (ceny dotyczą dorodnych, wypasionych okazów, bo takie kupuje się na świąteczny ubój; zwierzęta do hodowli można kupić taniej) . Na szczęście do bazy żadne czworonogi w ostatnim czasie nie dotarły, tak więc żadnego zabijania nie będzie. Ale nie będzie też normalnie towarzyszących temu świętu tańców i śpiewów. W związku ze śmiercią Mr Kima, po prostu nie wypada, w obozie panuje nieoficjalna żałoba.Do bazy z góry już prawie wszyscy zeszli, ale kiedy z powrotem wychodzimy, docelowo na atak szczytowy, jak na razie pozostaje tematem tabu. Trudno się dziwić, dotarcie do bazy to moment radości, wraca się jakby do domu, mając tych gór serdecznie dość i zwykle większość z nas obiecuje sobie, że już starczy, kończy wyprawę, chce wreszcie do tego prawdziwego domu, bliskich, rodziny, a na góry nawet nie chce patrzeć. Ale mija dzień, człowiek się wyśpi, zje normalne posiłki, ogrzeje się i zaczynają się myśli: a może skoro jest okazja, to spróbuję z tym atakiem szczytowym raz jeszcze? Nie, nikomu się wcale nie chce pod górę drałować, no ale przecież wiedzieliśmy że przyjechaliśmy tu na harówkę, wakacje z adrenaliną. W każdym razie większość z nas zaczyna już mimochodem zerkać na prognozy i mentalnie przygotowywać się do ponownego wyjścia. Ja dogadałam z Akbarem że dostanę nowego HAPa. Są jednak i tacy, którzy ewidentnie już odpuścili. Największym zaskoczeniem jest Thomas, Norweg z teamu narciarskiego – poprosił o tragarza w dół już na jutro. Z innych – zrezygnował Amerykanin Billy, a z bazy pod K2 m.in. Carlos (tak, ten którego opisywałam w książce o Lhotse) czy Anne Biały (Boliwijka której ojcem jest mieszkający we Francji Polak).Są jednak i tacy (pojedyncze osoby), co wciąż jeszcze są w górze. Dziwne, bo pogoda tam mało przyjemna, dużo gorsza niż ta szaruga na dole, ale takie były prognozy: zimno, bardzo silny wiatr, duże opady śniegu. Jedną z takich osób jest Argentyńczyk, który teraz dopiero dotarł do bazy (miał jakieś straszne problemy z przelotami), no i nie ma wyboru, musi w przyśpieszonym tempie zakładać obozy (zaaklimatyzowany wstępnie jest, bo pracuje jako przewodnik na Aconcagule). Druga osoba która została w Camp 3 to tajemniczy Omańczyk (większość z nas go nie kojarzy ) plus jego HAP, przy czym Omańczyk ma poważne odmrożenia. I tu zaczyna się problem, bo chcielibyśmy Omańczykowi pomóc, ale nie jest to proste. Przy tej pogodzie trudno kogoś do góry posłać, a Omańczyk o własnych siłach jak twierdzi – nie zejdzie. Poprosił o helikopter, ale znowu – przy tej pogodzie na heli i tak nie ma na to szans. Jeśli z kolei pogoda się już pojawi, helikopter na takiej wysokości (7000 m) nie wyląduje – może wziąć chorego jedynie na zasadzie podczepienia do liny. I tu jest największy problem – Omańczyka tak zabrać nie można, bo facet okazał się emocjonalnie niestabilny. Nie wiadomo czy zawsze tak miał, czy ujawniło się to pod wpływem wysokości, ale zasłynął tym, że podczas ataku szczytowego rzucał się na ludzi z czekanem! No i jak takiemu pomóc?

Baza pod Broad Peakiem (20/07/2021)

Ale to fajnie wyspać się na szerokim materacu, gdy nikt się na mnie nie zsuwa, rano przyjść na śniadanie gdzie wszystko jest podane na talerzach i nie trzeba wytapiać wody ze śniegu, no a poza tym móc się wykąpać i założyć ciepłe ciuchy!

Co do śniadania to mimo że przyszłam na nie dopiero o 9.30, mocno kajając się, że zaspałam, i tak byłam pierwsza, bo byli tacy, co pojawili się dopiero w południe, na godzinę przed obiadem . Za to w jakiej obstawie miałam te śniadanie! Z jednej strony siedział Akbar, czyli jak o nim mówimy „King of Baltoro”, z drugiej Don Bowie, wspinaczkowa sława. Szkoda jedynie że tematami rozmowy chcąc nie chcąc wracaliśmy do wydarzeń związanych ze śmiercią Pana Kima (ciekawe, że różnica wieku między nami to zaledwie 2 lata!). Jednym z wątków był tekst usłyszany przez radio w czasie kiedy próbowano wyciągnąć Mister Kima z otchłani. Na możliwość przejścia dalej drogi czekało wówczas kilka niewątpliwie zmarzniętych, a tym samym zniecierpliwionych osób, gdy nagle padło, dobrze słyszalne w eterze: -A może go po prostu odciąć? No po prostu szok! Jakby nie było Mr Kim ciągle wtedy żył i walczył o wyjście na powierzchnię. Nic dziwnego że oburzony Don postanowił zrobić dochodzenie, kto był autorem tej osobliwej „rady”. Wyników jak na razie nie mamy.

Po jakimś czasie do rozmów o wypadku Mr Kima dołączył Victor , Hiszpan. Victor z zawodu jest matematykiem, tak więc wziął kartkę papieru i rozrysował swoją teorię przyczyny tego co się stało. Przyznam że nawet dla mnie, typowej humanistki, brzmiało to logicznie. Otóż chodziło o siły działające na linę – zdaniem Victora koreańska (jak na ironię!) plastikowa, statyczna lina, nie miała szans wytrzymać naprężenia – po prostu pękła. Powiem tylko, że kilka godzin później tę samą teorię przedstawioną przez kogoś innego podali jako oficjalne wytłumaczenie nasi oficerowie łącznikowi.

Wspomniałam o kąpieli. Musiałam się wykąpać! Po tych kilku dniach w górze, ciągle w tych samych ciuchach (do spania też) już sama siebie czułam, a to sygnał, że dobrze nie jest. Ale i tak jest lepiej niż na poprzednich wyprawach, bo nie mam na spalonej twarzy jednej wielkiej rany, tylko w miarę normalnie wyglądam. Usta ratuje mi otrzymany od Akbara jakiś lokalny krem na bazie wazeliny z kamforą, a twarz smarowałam kremem z filtrem 100! (mocniejszego już nie ma). Zresztą po kąpieli i tak zrobiłam sobie namiotowe spa. Nasmarowałam się kremami nawilżającymi (dostałam ich cały zestaw od Dr Irena Eris), poobcinałam paznokcie (dwa pewnie zejdą – zawsze tak mam po powrocie z gór), potuszowałam sobie rzęsy… A potem zaaplikowałam sobie „Egzotyczną Przyjemność”. Żeby była jasność – chodzi o egzotyczne owoce w wersji liofilizowanej; mandarynki, banany, kiwi… Ale tak naprawdę to marzę o pomidorach. Nie, nie liofilizowanych, tylko świeżych, polskich.

Po południu

Obóz jakby wymarły – wszyscy pochowani w namiotach albo siedzący w mesach ale nie że rozmawiający między sobą, ile z nosami w ekranach komórek. Niby trudno się dziwić – takie czasy, a każdy spragniony kontaktu z bliskimi (sama też chciałabym nadrobić komórkowe zaległości, tyle że akurat doja komórka ma problem z logowaniem się do sieci), no ale coś nam chyba przez ten internet umyka. Wspominaliśmy dziś z Akbarem wyprawę z 2017 gdy nie było internetu – graliśmy w karty, szachy, rozmawialiśmy… Teraz jak się wchodzi do mesy, to nawet przy iluś siedzących w niej osobach panuje charakterystyczna cisza, no jeśli nie liczyć warkotu generatora ładującego owe komórki, laptopy i resztę elektroniki. To że trudno załapać się na wolne gniazdko, to już inna historia. Ech, świat się zmienia…

Pierwsze wejście i dramat na Broad Peak

A jak ataki szczytowe innych? Z całkiem sporej grupy wspinaczy wymienionej narodowościami na początku szczyt zdobyło raptem 5 osób:

1) Oswald Pereira (czyli nasz, Polak)- trzeba przyznać że Oswald jest niezwykle wytrzymały, świetnie się też w najwyższych górach aklimatyzuje – wróżę mu pasmo sukcesów na ośmiotysięcznikach i trzymam kciuki za kolejne szczyty

2) Nastia Runova – młoda, również bardzo wytrzymała, ambitna, no i do tego bardzo ładna Rosjanka. Poznałam Nastię na Lhotse, kiedy to zdobyła szczyt bez dodatkowego tlenu, chociaż na zejściu miała wtedy problemy z chorobą wysokościową

3) Nils …. – młody, bardzo miły, uczynny i niezwykle sprawny Belg, który ma już za sobą zdobycie Nanga Parbat. Jego wydolność górska wszystkich nas zadziwia – przejścia między obozami Nils robi w czasach przynajmniej o połowę krótszych niż większość z nas. Właściwie to Nils jest na wyprawie na K2, a ten Broad Peak to tak „przy okazji”. Dodatkowym plusem Nilsa jest jego uczynność – nie opisywałam tego na tym blogu (będzie w książce), ale kiedy szukałam kogoś, kto by sprowadził z obozu 1 mającego ślepotę śnieżną Węgra, Nils był jedyną osobą (a pytałam wielu), która nie widziała problemu i Węgrem się zajęła.

4) Hugo – Boliwijczyk, dla którego Broad Peak to pierwszy ośmiotysięcznik, zrobiony chyba trochę pod wpływem Nilsa, jako że głównym celem ma być K2. Z górami Hugo ma do czynienia na co dzień, z racji tego że u siebie w kraju pracuje jako przewodnik górski.

5) Mr Kim – 57-letni Południowokoreańczyk, dla którego Broad Peak był ostatnim, 14 ośmiotysięcznikiem. Istotne jest też i to, że Mr Kim wspinał się mając jedynie kikuty dłoni – stracił palce w wyniku odmrożeń już bardzo dawno temu.

Niestety, nie wszystko poszło na atakach szczytowych, tak jak powinno było pójść. To że będzie ciężko, to jasne,każdy wiedział, bo nie na darmo podkreśla się, że atak szczytowy na Broad Peaku jest bardzo długi (standard to 24-26 godzin). Około północy, kiedy większość osób już była w Camp 3 (zawróciła nie osiągając szczytu) zostałam obudzona pytaniem czy mam deksametazon. Miałam, bo chociaż, jak pisałam, wyleciały mi z plecaka 2 zastrzyki deksy, zostały mi jeszcze 2 zapasowe. Chwilę potem zapytano mnie jeszcze, czy bym nie użyczyła maski do butli z tlenem. No pewnie żebym użyczyła. -Dla kogo? – zainteresowałam się, choć rzecz jasna nie miało to znaczenia, bo oddałabym każdemu. – Dla Nastii. Upadła na skałach! Nie powiem, zdenerwowałam się, ale na pytanie czy mogę jakoś konkretniej pomóc uzyskałam odpowiedź, że nie, wszystko jest pod kontrolą, a akcją ratowniczą dowodzi Anton, jeden z rosyjskich narciarzy.

Ledwie przysnęłam obudzono mnie po raz kolejny. -A nie masz czołówki z mocnymi bateriami? Czołówkę rzecz jasna miałam, a baterie wymieniłam na nówki sztuki, więc powinny dać radę. Zdziwiło mnie jednak że nie mówiono już o akcji ratunkowej Nastii, a o „rescue Mr Kim”.

Kiedy obudziłam się rano i zaczęłam dobijać się do namiotu Oswalda i Nastii, nie odpowiadali wprawdzie jak się czują, ale już sam fakt, że są w namiocie, dobrze wróżył. Dopiero później dowiedziałam się, o co chodziło z akcją ratunkową. Najpierw z drogi wzdłuż poręczówki w przepaść osunęła się Nastia. Mimo że sytuacja była dramatyczna i w międzyczasie próbowano jej pomóc, w końcu (po 4 godzinach!) jakoś sama wydostała się na powierzchnię. Tyle że wkrótce po niej w tę samą pułapkę (wstępnie mówiło się że to szczelina, ale to raczej specyficzny uskok skalny) wpadł Mr Kim. Po bardzo długiej akcji ratunkowej prowadzonej gł. przez Rosjan (Walerego i Antona), udało się go już prawie wyciągnąć z głębokości 15 m, ale już na końcówce ambitny Mr Kim postanowił wyjść sam, używając jumara (popularny w górach wysokich przyrząd zaciskający się na linie). I tu coś poszło nie tak – Mr Kim runął w 20 m czeluść. Żadnego ratunku dla niego już nie było.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta śmierć. Kolejna osoba, którą poznałam, która szczerze, z całego serca kochała góry, i którą góry zabrały…

Ciężko było…

Do obozu III (7050 m), z myślą rzecz jasna o zdobyciu szczytu, dotarła całkiem spora grupa wspinaczy. Z bazy pod Broad Peakim praktycznie wszystkich znam, więc jeśli kogoś nie pominęłam, statystyka wyglądałanastępująco: Rosjanie – 4 osoby, Litwin- 1, Azer -1, Ukrainka – 1, Hiszpan – 1, Węgier – 1, z Polski – ja, Brytyjczycy – 2, Kanadyjczycy – 3, Belgowie – 4, Norweg – 1, Koreańczycy – 5, Finka – 1, czyli w sumie ok. 25 osób. Do tego trzeba doliczyć na oko z 15 osób z bazy pod K2, których poza Oswaldem i Nilsem (Belgiem) średnio kojarzę (chodzi o tych co mają zezwolenia i na K2 i na Broad Peak). Dodatkowy „tłum” robiło około 25 Pakistańczyków z ekipy poręczującej oraz tzw. HAPów, czyli tych, których na różnych zasadach wynajmuje się jako tragarzy wysokościowych lub/i partnerów wspinaczkowych.

Praktycznie wszyscy poza pojedynczymi osobami przyszli z obozu 2 do 3 tak aby zrobić sobie spokojny dzień restu – zregenerować się, na spokojnie przystosować do wysokości. Mało tego, Koreańczycy założyli nawet obóz IV (8450 m), co planowali także niektórzy z nas (ja też), ale po namyśle z pomysłu tego zrezygnowaliśmy. Dylemat tkwi w tym, czy lepiej, jeśli na ataku szczytowym mamy 400 m w pionie mniej do przejścia, a 400 m w takich warunkach to dużo, czy lepiej być niżej, gdzie jednak jest więcej tlenu, przez co organizm trochę mniej się wyniszcza.

Na kilka godzin przed atakiem szczytowym ekipa HAPów poręczujących jasno dała nam zakomunikowała, że poręczówek do szczytu nie ma i nie będzie (bo są zmęczeni, bo mają za mało lin, bo jest bardzo głęboki śnieg), a równocześnie zwróciła uwagę, że przeszkodą po drodze jest olbrzymia szczelina. Powiało pesymizmem, czy w tej sytuacji w ogóle jest sens robić atak szczytowy, jednak przełożyć go nie było jak, bo wiadomo było, że chodzi o ostatni dzień dobrej pogody. Po negocjacjach stanęło na tym że HAPowie w nocy do poręczowania owszem wyjdą, z założeniem że poręczować będą tylko niektóre odcinki, dokąd im siły pozwolą, no i rzeczywiście – o godz. 20 wyszli, a wkrótce po nich ruszyli wspinacze.

Ja z Fide (moim HAPem) wystartowaliśmy o 21.30. Noc była ciepła (jak na tę wysokość minus 20 stopni temperatury odczuwalnej to nawet dla takiego zmarzlucha jak ja, zupełnie przyzwoicie), czułam się super, w myślach nieskromnie widziałam się już na szczycie. Szłam chyba szybko, bo któryś z HAPów zapytał nawet, na ile mam ustawiony przepływ tlenu. -Na półtora – odpowiedziałam (chodzi o 1,5 litra na minutę; do wyboru na pokrętle regulacji jest: 0, 0,5, 1, 1,5, 2, 3, 4). -No to niewiele – pochwalił mnie, co było dla mnie wskazaniem, że z moją wydolnością himalaistki-emerytki nie jest jeszcze źle.

Zrobiliśmy ładne 300 m w pionie, kiedy Fide stanął. -Brzuch mnie boli – stwierdził. Bywa, sama na dojściu do obozu 2 miałam problem, więc początkowo wcale się nie przejęłam. On jednak stanął na dobre i powtórzył: -Dalej nie idę. Brzuch mnie boli. Możecie wyobrazić sobie moją minę. Tyle miesięcy przygotowań, tyle pieniędzy, tyle różnych przeszkód pokonanych by wreszcie znaleźć się tu i teraz, i nagle wszystko na nic, bo gościa z którym od początku są jakieś problemy, teraz akurat boli brzuch? Żeby była jasność – biorę pod uwagę, że każdy ma prawo być chory, HAP to nie maszyna, lecz człowiek, ale z problemami żołądkowym problemy miewa tu większość z nas, są na to różne lekarstwa, a poza tym Fide ani przez ileś godzin poprzedzających atak szczytowy, ani też jakoś następnego dnia, na chorego nie wyglądał. Poza tym gdyby powiedział te kilka godzin wcześniej że coś nie tak, można byłoby dogadać jakieś zastępstwo, wariant awaryjny…

Moja rozpacz sięgała zenitu, podczas gdy on po prostu stał, obojętny na wszystko, ale na pewno nie wyglądający na zwijającego się z bólu.

Do wyboru miałam albo pogodzić się z tym że pech to pech, zdarza się, albo coś podziałać. Przypomniało mi się, że jeszcze na samym dole mijaliśmy się z Julią, Ukrainką z Kalifornii, która dość szybko zawróciła, rezygnując z dalszego wspinania. -To zejdź na dół i zaproponuj HAPowi Julii, że może poszedłby na górę ze mną zamiast Ciebie, co rzecz jasna jakoś rozliczymy – poprosiłam Fide. Poszedł. A ja przez godzinę czekałam, siedząc i życząc mijanym mnie wspinaczom powodzenia na górze, zarzekając się, że oczywiście wkrótce do nich dołączę. Po godzinie światła czołówek sunące w górę stoku zaczęły rzednąć, w końcu nie było widać żadnych, jasne więc było, że moje dalsze czekanie nie ma sensu i że jedyna droga to tylko ta w dół.

Po zejściu do obozu zdziwiło mnie że w moim namiocie tak ciemno. -Pewnie Fide krąży gdzieś po obozie i ciągle szuka zastępstwa… – wmawiałam sobie. O ludzka naiwności – gdy zajrzałam do namiotu okazało się, że Fide… śpi! Nie to, że ma wyrzuty sumienia, że mnie zostawił na lodzie, nie że się martwi że siedzę te 300 m wyżej i marznę (nawet nie przekazał nikomu, żebym nie czekała), nie to że wpadł na to, że jak już w końcu zejdę to może napiłabym się czegoś gorącego, bo na wysokości trzeba się dobrze nawadniać. Nie, Fide zawinął się w śpiwór i po prostu spał.

Wymiana uprzejmości nie miała sensu. -Daj mi butlę, pójdę sama! – zdecydowałam. Wiem, nie było to rozsądne z mojej strony, bo przy problemach zdrowotnych, sama w takich górach wspinać się nie powinnam, a tak na marginesie z tych samych powodów, odpadają też moje wspinania zupełnie bez butli.

Mając w plecaku 2 butle oznaczało to dociążenie się 8 kg (1 butla = 4 kg), do tego 2 litry picia, żele, batony energetyczne, apteczka, kilka innych rzeczy – w sumie kilkanaście kg tego wyszło, no ale co tam, zdeterminowana zaczęłam mozolne odrabianie wysokości, którą przed kilkoma godzinami już przecież osiągnęłam. Po drodze minęłam się z jakimś HAPem. -Mógłbyś zobaczyć, na ile mam odkręcony zawór butli? – poprosiłam, bo niestety przy rosyjskiej butli z tlenem (znawcy wiedzą – najbardziej zawodny typ) wskaźniki wypadają na karku, co utrudnia ich kontrolę i przestawianie. Chłopak coś tam wymamrotał, że się na tym nie zna, ale coś pokręcił, prawdopodobnie nieco odkręcając (zwiększając) przepływ tlenu, czego w tym momencie specjalnie nie odczułam bo akurat zrobiło się stromiej i to jeszcze przez głęboki śnieg.

Minęło trochę czasu, stopniowo zdobywałam wysokość powoli goniąc migocące w górze światełka czołówek, aż w końcu zrównałam się z Nilsem (Belgiem) i Hugo (białym Boliwijczykiem). -Nils, zerknij proszę, ile mi zostało tlenu? Nils zajrzał na wystający z plecaka zawór butli. -Nie, no super. Prawie pełna – stwierdził, nie podając co prawda konkretnej wartości, ale brzmiało lepiej niż świetnie i dodało mi optymizmu jeśli chodzi o wizję szczytu. Szkoda że nie włączyła mi się czerwona lampka, że coś za dobrze to wyglądało. Teraz już wiem, że Nils sprawdził stan… nie tej butli co trzeba. Odczytał napełnienie butli nieruszonej, podczas gdy ta używana… No cóż, ja jeszcze coś tam poprawiałam przy uprzęży, chłopcy poszli, potem podeszłam jeszcze jakiś kawałek i… Wyraźnie coś zaczęło być nie tak. Zaczęło mi brakować powietrza (właściwie to tlenu). Zdjęłam plecak, rzuciłam okiem na wskaźniki i… zmroziło mnie. Strzałka była na zerze. -Spoko, przecież mam jeszcze drugą butlę- nie widziałam jeszcze powodu do niepokoju. Zabrałam się za podmianę butli, ale nie mogłam odkręcić zaworu. Nie wiem czy brak sił, czy zimno, czy jakaś inna przyczyna – nie mogłam i już. Tu już trochę spanikowałam (ok, wcale nie „trochę”).Wiedziałam jaki może być scenariusz – wokoło ciemna noc, żadnych ludzi, jedyną moją szansą było „zgubienie wysokości”. Nie wiedziałam ile mam czasu zanim mnie „odetnie”, ale uznałam, że przede wszystkim trzeba pozbyć się plecaka, który postanowiłam wpiąć w akurat zaczynające się poręczówki (-Ktoś go znajdzie i zniesie – uznałam), no i jak najszybciej wiać w dół.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie i w dużej mierze bez mojego świadomego udziału. Niedostatek tlenu sprawił, że straciłam świadomość i zaczęłam się zsuwać po zaśnieżonym stoku. Plusem tego było to, że w naturalny sposób, w miarę szybko „gubiłam” wysokość. Gdy już zjechałam ze 100-150 m (w pionie) ocknęłam się – mój mózg zaczął znowu działać, tyle że wciąż zjeżdżałam, nabierając prędkości i mając w świadomości że muszę naprawdę już szybko działać. Na szczęście miałam czekan, a jak górscy spece wiedzą, sprzęt ten nie służy wyłącznie do lansu i zdjęć , ale m.in. do wyhamowywania takich właśnie zjazdów, co też miałam okazję wypraktykować.

Po zjeździe, a tym samym – utracie wysokości, nie było już sensu ponowne wyruszanie pod górę. Mój atak szczytowy można było uznać za zakończony. Szczęście w nieszczęściu mój plecak był całkiem niedaleko ode mnie – jak się okazało nie zdążyłam wpiąć go w poręczówkę i zaliczył lot podobny do mojego. Niestety sprawdzając butle nie zdążyłam go też właściwie zapiąć, co zaowocowało wypadnięciem wielu rzeczy – część z nich odnalazłam, ale kilka przepadło bezpowrotnie (obydwie butle, termos, puchowa rękawica, przygotowane do użytku zastrzyki z deksametazonem itp., itd.).

Gdy po 9 godzinach od rozpoczęcia ataku szczytowego wróciłam do namiotu, Fide nawet nie zapytał jak było, dokąd doszłam etc. Obrócił się tylko na drugi bok i nadal spał…

Już w bazie (19/07/2021)

Zejście z obozu 3 do bazy ze względu na warunki pogodowe nie było proste, ale skoro wreszcie jest internet, to jutro opiszę wydarzenia ostatnich godzin i ataku szczytowego. W każdym razie z moich wstępnych szacunków wynika że z ok. 40 wspinaczy Broad Peak zdobyło zaledwie 5 osób, w tym @Oswald Piereira (gratulacje!!!!) i wspominany przeze mnie już na tej stronie Mr Kim z Korei Południowej. Niestety, zaraz po spełnieniu swojego marzenia, czyli zamknięciu Korony Himalajów i Karakorum, Mr Kim wpadł do 20 m szczeliny i nie udało się go uratować. Co tu mówić, jesteśmy wszyscy w szoku. A jeszcze kilka dni temu jedliśmy z Mr Kimem suszone ryby jakich ekipa koreańska przywiozla że sobą do Pakistanu, ja opowiadałam o moich wrażeniach z pobytu w Koreach (Północnej i Południowej) i cieszyliśmy się zbliżającym się atakiem szczytowym. Nie możemy uwierzyć…

Na zdjęciu Mr Kim (obok mnie) eksponuje brak palców, amputowanych po odmrożeniach, dzięki czemu chciał zostać pierwszym wspinaczem z taką niepełnosprawnością na szczytach wszystkich ośmiotysięczników. No i został, choć szkoda że zapłacił taką cenę.